poniedziałek, 13 lutego 2017

18. Poświęcenie.

     Cztery dziewczyny pędziły przed siebie. Nie zważając na uderzające je gałęzie brnęły dalej. W ich oczach malował się strach, a oddech nienaturalnie, nawet jak na bieg, przyspieszył. Każda z nich pędziła w jednym celu. Musiały sprowadzić pomoc. Musiały uratować Jamesa. Po policzkach rudowłosej płynęły słone łzy. Pozostałe nie były w stanie na to się zdobyć. Były bardzo roztrzęsione. Kiedy dotarły wreszcie pod gabinet dyrektora, wyglądały bardzo żałośnie. Miały zadrapania na ciałach oraz obite od upadków kolana. Włosy, które były w nieładzie, ozdobione były licznymi listkami.
- To kto zna hasło?- wysapała roztrzęsionym głosem Dorcas.
- Evans, Williowes, Lorens, Meadowes, co wy tu robicie?- rozległ się głos Marka Pottera.
Zaczęły się przekrzykiwać nawzajem i ich głosy splotły się w jeden wielki hałas. Jednak starszy Potter zdawał się coś z tego usłyszeć, bo przeraźliwie zbladł na twarzy i wysłał patronusa-hipogryfa do dyrektora. Kilkanaście sekund później chimera odsunęła się i wyłonił się z niej Dumbledore.
- Gdzie oni są? Prowadźcie!- powiedział szybko.
     W jego oczach zwykle połyskujących wesołym blaskiem nie było ani krzyty wesołości. Nigdy nie widziano go w takiej determinacji. Energia i siła biła od niego, a mimo to widać też było pod nimi zmęczonego, zmartwionego i przygnębionego staruszka. Spojrzenie w jego oczy i muzyka feniksa napływająca z gabinetu sprawiły, że wszyscy momentalnie się uspokoili. Przez ich serca przepłynęła nadzieja. Dziewczyny ochłonęły i odzyskały trzeźwość umysłu. Nie zwlekając popędziły tam, skąd przybyły. Adrenalina buzowała w ich krwi. W Lily, Ann, Dorcas i Kate obudził się duch walki, którego jeszcze chwilę temu nie było. Każda z nich miała nadzieję, a to przecież jest najważniejsze. Kiedy dobiegali na miejsce usłyszeli krzyk mężczyzny. Krzyk przepełniony bólem, niedowierzeniem, wściekłością. Z szalejącymi sercami dotarli na miejsce. To co zobaczyli zdeptało wszystkie resztki nadziei. Zniszczyło im wiarę. Zdruzgotało życie. Dostrzegli błysk teleportującej się osoby, jednak najbardziej oczy przykuwała inna scena. Najsmutniejsza, jaką kiedykolwiek widzieli. Na ziemi u stóp Syriusza leżał James. Jego poniszczona od wielu walk twarz zastygła w bezruchu. Choć oczy miał zamknięte z jego twarzy nie zniknęła pewność siebie, determinacja. Kończyny bezwładnie były rozrzucone wokół tułowia, jakby przed chwilą zasłaniał kogoś rękoma. Sekundę później na kolana obok niego padli Remus oraz Syriusz. Remus wziął nadgarstek przyjaciela i zacisnął dwa palce na jego przegubie. Syriusz wpatrywał się w niego z napięciem i rozpaczą. Kiedy Lunatyk uniósł na niego wzrok, Łapa dostrzegł łzy płynące z jego wypełnionych bólem oczu.
- Niee!!!- ryknął jak zranione zwierzę kładąc twarz na klatce piersiowej swojego najlepszego przyjaciela i brata.
     Lupin uczynił ten sam gest, a z gardeł oby chłopaków wydobywał się potężny szloch. Nie mogli uwierzyć, że tak się to skończyło. Przecież mieli jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Tyle dowcipów do wykonania, tyle pełni, w których mieli wspólnie włóczyć się po lesie, tyle nieobgadanych spraw. Stracili przyjaciela. Najlepszego jakiego każdy człowiek mógł sobie wymarzyć. Przyjaciela, który nie wahał się zasłonić przyjaciela przed lecącym w niego śmiertelnym zaklęciem. Przyjaciela wiernego do końca. Ich brata.
- Ty pieprzony bohaterze- wyszlochał Syriusz czując, że jego serce okropnie krwawi.
   Nie mógł zrozumieć dlaczego James umarł za niego, kiedy on go ranił. Kiedy on go zawiódł. Nie wybaczy sobie do końca swojego żałosnego życia, że Rogacz poświęcił się dla niego. Nie potrafił przyjąć do swojego zbolałego serca tego, że już nigdy nie usłyszy jego głosu. Nigdy się już razem nie zaśmieją. Nie pokłócą. Nie zrobią już nic razem. Bo dusza Jamesa uleciała gdzieś daleko i patrzy teraz na nich z góry. Na ziemi zostało tylko ciało. Martwe ciało. Serce, które już nigdy nie zabije. Płuca, które już nigdy nie poruszą się w oddechu. Usta, które już niczego nie wypowiedzą. Oczy, które już niczego nie zobaczą. Uszy, które niczego nie usłyszą. Ciało, które już nigdy nie poruszy się. Krew, która zastygła, już nigdy nie poniesie adrenaliny, budząc do szybszej pracy resztę narządów. Ale przede wszystkim. Całość, która już nigdy nie będzie żyła. Wszyscy przyjaciele uklękli obok Rogacza i oddali się temu cierpieniu. Upajali się być może ostatnimi oznakami, że James żył. Na ich myśli wypłynęły wszelakie wspomnienia z nim związane, które jeszcze bardziej wbijały noże w ich serca.
- T-ty nie mogłeś umrzeć! Nie mogłeś as zostawić! Nigdy nas nie zostawiasz- krzyczał Lupin uderzając lekko otwartą dłonią przyjaciela.- Nie możesz, rozumiesz? Nie możesz!- krzyczał dalej, choć w jego gardle urosła gula i dławił się własnymi łzami.
    Lily oparła czoło o czoło Pottera i wstrząsana szlochem wymamrotała:
- To przeze mnie. To wszystko się zaczęło ode mnie.
   Dorcas głaskała jego dłoń. Zawsze tak robili sobie nawzajem, gdy potrzebowali pocieszenia. Teraz jednak ona szukała bliskości z nim. I szeptała:
- Ty nie mogłeś umrzeć. Obiecaliśmy sobie kiedyś, że będziemy niezniszczalni, pamiętasz?
   Ann i Kate przytulały się do siebie i po prostu płakały. Mark stał i wylewał gorzkie łzy tracąc kolejnego i ostatniego członka rodziny, którego darzył miłością jak własnego syna. Albus natomiast stał obok niego i powtarzał sobie w myślach, że nie powinni żałować umarłych, tylko tych, co żyją bez miłości, jednak i to nie pomagało. Nie był w stanie pojąć tego, że zło odebrało życie człowieka, którego serce przepełnione było dobrem i którego to dobro do tej śmierci doprowadziło. Ostatkiem sił powstrzymując łzy, podniósł różdżkę i wysłał patronusa do Świętego Munga.

   Bellatrix teleportowała się przed swoim panem z dzikim uśmiechem na ustach. Padła zadowolona przed swoim panem i powiedziała:
- Panie mój. James Potter nie żyje. Zabiłam go.
Na twarz Lorda Voldemorta wypłynął lubieżny uśmiech.
- Doskonale Bello. Zostaniesz nagrodzona, bo jako jedyna wśród bandy tych idiotów zrozumiałaś moje pragnienie, a Lord Voldemort potrafi być wdzięczny.
- To był zaszczyt mój panie- wyszeptała szczęśliwa i odeszła.
- Teraz już spokojnie można dążyć do nieśmiertelności- wysyczał głaszcząc węża długimi palcami po głowie.- Już niedługo Dumbledore. Najlepszy członek twojego zakonu poległ. Teraz kolej na ciebie- zaśmiał się długo, złowieszczo, ale też bez humoru.
   Teraz już nikt nie jest bezpieczny...



    Tymczasem James Potter czuł, że leci. Przed sobą nie widział nic tylko oślepiającą światłość. Jego świadomość i ciało opanowała nadzwyczajna lekkość. Nagle przestał lecieć, a światłość lekko się rozjaśniła tak, że mógł dostrzec gdzie jest. W tym świetle ujrzał przepiękną łąkę z mnóstwem uroczych kwiatów. W oddali słychać było wesoły świergot ptaków. Wśród nich słyszał też słodki śpiew feniksa. Jego serce zalała fala przyjemnego ciepła. Nic go nie bolało. Był lekki, wypoczęty i spokojny. Ujrzał, że na łące przebywają oprócz niego dwie postacie. Biel nagle wróciła ze zdwojoną siłą i z każdym krokiem coraz mniej widział. Jednak z przymrużonych powiek dostrzegł jeszcze kim są ów osoby.
- Mama? Tata?- zapytał drżącym, ale niebiańsko pięknym głosem...
********************************************************************************
Hej :)
Rozdział znów z poślizgiem, ale znów nie miałam na niego czasu, choć wena była. Jest krótki, dlatego, że nie chciałam popsuć tej aury jakimiś głupotami. Mam nadzieję, że się podobało. Rozdział pozwolę sobie zadedykować Potterównie, Huncwotce, od których zawsze mogę liczyć kilka słów. Dziękuję! Liczę, że nie zawiodę się na was i będą komentarze, bo chyba wprowadzę wymagania co do ilości...
Pozdrawiam, Rogaczka
   

wtorek, 10 stycznia 2017

17. Wybory cz. 2

- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
W ręku Jamesa Pottera spoczywał legendarny medalion Salazara Slytherina.
- Skąd to wasz?- wyszeptała Bella.- Gadaj!- ryknęła nagle, mierząc w niego różdżką.
- Nie tak ostro- zaśmiał się kpiąco.- Chyba nie chcesz, żeby Voldemort dowiedział się jak strzegłaś jego skarbu.
- Nie wymawiaj jego imienia. Nie jesteś godzien- warknęła.- Nawet nie wiesz jak ten przedmiot jest ważny. Oddawaj!
Młody Potter wciąż przybierał kpiącą maskę. Jednak w jego sercu narastało przerażenie widząc swoich przyjaciół skrępowanych linami. Wiedział, że to jego wina. Dostrzegł pręgi na twarzy Syriusza. Domyślał się, że będą próbowali coś z niego wyciągnąć. Nie mogli wiedzieć, że on nic nie wie. Nie pozostało mu nic innego jak odgrywać swoją rolę.
- Bello moja droga, to ty nie wiesz. On kazał ci po prostu tego pilnować. Ja wiem, co to. I wiem, że nie ujdziesz z życiem, kiedy się dowie, że to przez przypadek...- tu przyłożył różdżkę do medalionu i uśmiechnął się niewinnie- zniszczę- zaśmiał się gorzko i wyszczerzył do niej zęby.- Jeśli  nie chcesz, żeby się tak stało puść ich wolno- wskazał podbródkiem na przyjaciół- i oni odejdą- tym razem pokazał na śmierciożerców.
- Kim ty jesteś, żeby nam rozkazywać?- warknął Lucjusz.
- Kimś więcej niż ty- zaśmiał się i splunął na nich.
Chodź w Belli się gotowało ze wściekłości powstrzymała Malfoya przed jakimkolwiek ruchem.
- Nie rób niczego pochopnie. To nie są żarty- mruknęła do niego.
- Nie są żarty?! Jak ty tego pilnowałaś, że ten plugawy szczeniak ci to ukradł?!
- Uspokój się. Rób tak, jak on mówi- warknęła spoglądając ze strachem na różdżkę przytkniętą do medalionu.
- Co?!
- Chcesz żeby Czarny Pan się wściekł? Chcesz?!
- I tak się wścieknie jak się dowie o tej akcji.
- Na razie nawet o niej nie wie. Rozwiąż ich i idźcie stąd.
Lucjusz westchnął głośno i prychnął z irytacją. Zawsze popierał Czarnego Pana. Przez tego Pottera traci reputację u niego. Chciał to wszystko naprawić zabijając Pottera, ale ten znów pokrzyżował mu plany. Pełen złości skinął na swoich towarzyszy, ci rozwiązali Syriusza, Remusa, Kate, Dorcas, Ann i Lily, a później aportowali się.
- Masz czego chciałeś Potter- warknęła pełna wściekłości Bellatrix.- Teraz oddaj mi ten medalion, albo cie zabije.
- Och... Ale zanim mnie zabijesz zdążę go zniszczyć- uśmiechnął się.
Spojrzał ponad głową Belli na swoich przyjaciół, którzy stali jak sparaliżowani i parzyli się przerażeni na jego poczynania. Obszedł ją nie obracając się do niej plecami i podszedł do nich. Ona od razu się odwróciła i celowała w niego różdżką. James machnął szybko różdżką wytwarzając przezroczystą błonę nad przyjaciółmi, którzy momentalnie znikli.
- Uciekajcie, ta błona długo się nie utrzyma. Proszę, zróbcie to dla mnie. Wezwijcie pomoc- mruknął do nich cicho, żeby Bella nie usłyszała, po czym wrócił na swoje miejsce.
Wiedział, że przyjaciele wykonali jego polecenie, bo powietrze w miejscu, w którym byli, ledwo zauważalnie drgało w coraz to dalszych odcinkach. Wyczuwał też, że Syriusz i Remus zostali. W tym przypadku nie było żadnych widocznych oznak. To po prostu była magia przyjaźni. Huncwotów łączyła tak wielka więź, że potrafili wyczuć, że któryś z nich jest w pobliżu.
- Oddaj to!- warknęła bliska wybuchu Bellatrix.
Pokręcił głową z uśmiechem i zaśmiał się kpiąco. Rozjuszona Lestrange wydała z siebie wściekły krzyk. Skierowała w niego różdżkę i już mknął ku niemu czerwony promień. On był na to przygotowany. Rozgrzała się walka. Mimo, że była wyrównana, James powoli tracił siły. Zbyt częste walki ze śmierciożercami i nieprzespane noce dały mu się we znaki. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego Remus i Syriusz stali bezczynnie. Nie robili nic, gdyż młody Potter w zaklęciu zawarł siłę, która uniemożliwiała im ruch do przodu, a ich różdżki posiadała Bella. Nie chcieli też uciec, bo pomimo paraliżującego ich strachu, gorączkowo myśleli jak pomóc przyjacielowi. W pewnym momencie otaczająca ich błona pękła. Bellatrix zamarła, a James, który podczas walki przemieszczał się i był teraz w pobliżu przyjaciół wpatrywał się w nich ze strachem. Za nim zdążył cokolwiek zrobić, śmierciożerczyni z radosnym uśmiechem celując w Blacka powiedzała:
- Avada Kedavra!
Nie wiele myśląc rzucił się w stronę Łapy, przyjmując na siebie zaklęcie. A potem ogarnęła go ciemność. Czuł, że unosi się. Czy to wszystko na prawdę się skończyło?


Wróćmy do wydarzeń sprzed kilku dni. Na drodze pojawiły się dwie postacie w czarnych szatach. Ani mężczyzna, ani kobieta nie byli świadomi, że szaty tego pierwszego trzyma się James Potter ukryty pod peleryną niewidką. Ruszyli wspólnym krokiem do wielkiego, starego domu. Jego właściciel najwyraźniej nie dbał o wizerunek, gdyż ogród był zachwaszczony, a ściany pokryte łuszczącą się farbą były pokryte pnącym się bluszczem. Rudolf i Bella otworzyli furtkę, która zaskrzypiała przeraźliwie. Chłopak bez namysłu ruszył za nimi. Przemierzali mroczne korytarze w domu, aż wreszcie dotarli do celu. Kiedy weszli do pomieszczenia, James wzdrygnął się. Jedynym jasnym elementem pokoju był oświetlający białą postać na fotelu kominek. U stóp Lorda Voldemorta leżał wąż sycząc cicho i z rozkoszą, gdy zobaczył przybyszów. Ci padli na kolana przed swoim panem.
- Panie, wzywałeś nas- powiedziała kobieta służalczym tonem.
- Tak. Mam dla was zadanie. Niezwykle ważne zadanie- wyszeptał ten w odpowiedzi.
- Jesteśmy do twojej dyspozycji panie- powiedział potulnie Rudolf.
- Musicie ukryć bardzo ważny dla mnie przedmiot- wysyczał wyciągając ku nim rękę z medalionem.- Pilnujcie go. Strzeżcie go, bo od tego zależy wasze życie.
Bellatrix podniosła się i wzięła od niego medalion. Włożyła go do kieszeni swojego płaszcza.
- To dla nas zaszczyt panie.
Schylili głowę i odwrócili się wychodząc z pomieszczenia. Niepostrzeżenie Rogacz wyjął z kieszeni ten medalion i uśmiechnął się z radością. Już miał odejść, kiedy usłyszał coś dziwnego. Czarny Pan zmienił swój głos w syczenie zwracając się do węża i głaszcząc długimi palcami jego głowę. Mowa wężów- przeszło mu przez myśl. Jednak po sekundzie dotarło do niego coś innego- on to rozumiał.
- Naginiii. Już tak mało mi brakuje, żeby osiągnąć nieśmiertelność. Już niedługooo.
- Cieszę się razem z tobą paniee.
Z szokiem wymalowanym na twarzy szybko wycofał się z pomieszczenia
*********************************************************************************
Hej. Krótko, ponieważ to było dokończenie tamtej części. Już piszę następny rozdział! Czekam na komentarze (mam nadzieję, że będą, bo komentarze=nowy rozdział). Pozdrawiam, Rogaczka

niedziela, 18 grudnia 2016

17. Wybory cz. 1

Kiedy w całej klasie Obrony Przed Czarną Magią zaległa cisza, każdy spojrzał na przybysza. Był to nie kto inny jak James Potter. Jednak nie wyglądał tak, jak przed tygodniem. Zniknęły wszelkie rany i bladość skóry. Wszystkich zdziwiło, że po tym jak tydzień temu wywrócił życie Hogwartu do góry nogami i ucieczce przed własnymi przyjaciółmi, teraz stał i uśmiechał się szeroko. Spojrzał na nauczyciela i powiedział:
- Wybacz wuju, ja tylko na chwilkę. Syriusz? Możemy porozmawiać?- powiedział ochrypniętym głosem, ale jakby udawanym.
Black patrzył na niego chwilę. Na jego twarzy malowało się jednocześnie zdziwienie, jak i wielka radość. Nie czekał długo i szybko podszedł do przyjaciela. Ten uśmiechnął się jeszcze szerzej i gestem wskazał na otwarte drzwi.
Wyszli, a James od razu szybko ruszył.
- Rogacz? O co chodzi? Wróciłeś? Dlaczego uciekłeś z Hogwartu? Gdzie my idziemy?- zasypał go pytaniami Łapa.
Ten nic mu nie odpowiedział, tylko nadal się uśmiechając szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do lochów. Black zaczął być niecierpliwy i niepewny. Mrok ślizgońskich lochów otaczał ich ze wszystkich stron, a rozpalone pochodnie dodawały grozy.
- James? Co tu robimy? Spójrz na mnie wreszcie!- wściekł się.
Jego przyjaciel odwrócił się wreszcie i spojrzał na niego. Oczy błyszczały mu niezdrowym blaskiem, a włosy poruszały się lekko na wietrze.
- Ty to jesteś jednak bardzo głupi Black- zaśmiał się zupełnie inaczej niż prawdziwy Potter.
- C-c-o?- to jedyne co zdążył wyjąkać, zanim poczuł uderzenie w głowę i zapanowała ciemność.
Przeraźliwy śmiech potoczył się echem po ścianach mrocznego lochu. Płomienie w pochodniach zadrżały i urosły, jakby się cieszyły z otaczającego wszechświat zła.


Tysiące, a może nawet miliony mil od Hogwartu, w Azkabanie, smutek więźniów kłębił się niczym dusząca mgła, która nie chce opaść. W jednej z kamiennych cel, w rogu siedział skulony chłopak. Jego mysie włosy oklapły mu na blade czoło. Twarz miał ukrytą w dłoniach i cicho szlochał. Peter Petergiew bardzo żałował swoich czynów. Brzydził się sam sobą i nie wiedział jak to wszystko naprawić. Glizdogon był tchórzem. Wielkim tchórzem. Kiedy Ślizgoni zaproponowali mu śmierciożerstwo, które uratowałoby mu życie, nie pomyślał o bliskich, ani o tym jak bardzo ich skrzywdzi. Od połowy piątej klasy donosił Voldemortowi o wszystkim, a w wakacje dostąpił największego zaszczytu, jaki sługa może otrzymać od Czarnego Pana- na jego ramieniu został wypalony Mroczny Znak.
Zaszlochał jeszcze mocniej i w jego myśli rzuciło się wspomnienie, jak poznał Huncwotów.
"Biegłem korytarzem pociągu. To był mój pierwszy wyjazd do Hogwartu, a Ślizgoni już mnie gonili, chcąc rzucić na mnie kilka zaklęć. Po moich policzkach płynęły łzy. Od kiedy pamiętam zawsze byłem tchórzem i beksą. Czasami to było uciążliwe. Biegnąc wpadłem na trzech chłopców. Każdy z nich, choć byli w moim wieku, mieli to coś, na co lecą tak dziewczyny. Chciałem biec dalej, lecz oni mnie zatrzymali.
- Cześć. Przed czym tak uciekasz? Czemu płaczesz? Coś się stało?- zapytał ten w okularach o sympatycznej twarzy.
- Ślizgoni mnie gonią- załkałem.
- Chodź, ukryjesz się w naszym przedziale- uśmiechnął się do mnie blondyn.
Trzeci z nich, czarnowłosy o arystokrackiej minie pociągnął mnie za rękaw do pobliskiego przedziału. Chwilę później koło drzwi przebiegli ci, co mnie gonili. Odetchnąłem z ulgą. Podziękowałem chłopakom i do końca podróży zostałem z nimi."

Był to początek wielkiej przyjaźni. Przyjaźni, którą zniszczył.


Zniecierpliwiony Remus z Ann, Kate, Dor i Lily udał się na obiad. Co chwilę zerkali na zegarki. James wziął Syriusza i poszli dwie godziny temu.
- Gdzie oni są?- zapytała nerwowo Kate.
- A może to znowu nie był James?- mruknęła Lily.
- Nie no., co ty nie zrobiliby tej samej sztuczki dwa...-mówił Remus, ale nagle pochłonęła ich ciemność.


W Wielkiej Sali właśnie był obiad. Wszyscy radośnie rozmawiali z przyjaciółmi, jedząc potrawy przygotowane dla nich przez skrzaty domowe. Severus Snape siedział między swoimi kolegami- Averym i Mulciberem. Stół Slytherinu jako jedyny (jak zawsze) nie uczestniczył w radosnych konwersacjach całej sali. Ich miny były jeszcze bardziej przygnębione niż zwykle. Złapano czterech śmierciożerców i Czarny Pan jest wściekły, że James Potter chodzi jeszcze żywy. Ale jedyne co Severusa martwiło to to, że jego Lily grozi niebezpieczeństwo. Przez tego Pottera! Wiedział, że prędzej czy później jako przynętę użyją jego przyjaciół, ale oni nie obchodzili go. Lecz kiedy po raz pierwszy postanowili złapać Pottera na Lily, urósł w nim lęk o jej życie. Błagał Czarnego Pana, żeby nie brał jej jako zakładniczkę, ale jedyną jego odpowiedzią był cruciatus, za miłość do czarodziejki o brudnej krwi. Za miłość do szlamy. Sam gardził ludźmi, którzy selekcjonują czarodziei ze względu na czystość krwi. Dokładnie pamiętał też moment, w którym zmuszony był odpowiedzieć się po stronie złu i samemu tak postępować. Nienawidził nigdy Pottera i jego bandy, którzy pogardzali jego wyborem. Niestety w głębi duszy wiedział, że oni mówią prawdę i miał ochotę samym sobą rzucić o ścianę. Przez ten wybór stracił najbliższą jego sercu osobę. Stracił swoją Lily, która każdego dnia obdarzała go swoim najpiękniejszym uśmiechem. Śmiała się z nim, uczyła, broniła go przed Huncwotami, wspierała. Po prostu była. A on wszystko zniszczył.



Zakazany Las z godziny na godzinę robił się jeszcze bardziej mroczny. W głębi lasu, na mrocznej polanie, zebrał się tłum śmierciożerców. Do sękatych drzew przywiązana była szóstka przyjaciół- Syriusz, Remus, Lily, Dor, Ann i Kate. Syriusz był przywiązany do największego, którego liście zdawałyby się zionąć złymi mocami. Jego twarz oświetlały promienie z różdżek zakapturzonych postaci. Stopniowo na niebie pojawiła się połowa księżyca, przysłana czarnymi, kłębiącymi się chmurami. Wszystko dookoła zdawałoby się oddawać zło całej sytuacji. Kobieta stojąca w środku dziwnego okręgu czarnych postaci, powoli traciła nad sobą panowanie.
- Lucjuszu?! Ile to jeszcze potrwa? Czemu ten gnida Potter się tu nie zjawia?- warknęła zirytowana do mężczyzny o bladej skórze i włosach niemal białych, jak księżyc na niebie.
- Nie wiem Bello. Przecież Avery i Nott dokładnie i wyraźnie rozmawiali o tym, że porwaliśmy tych dzieciaków, a przecież Potter śledził ich.
- Może akurat wtedy go nie było?- warknęła rozjuszona.
- Czego od nas chcecie?!- zapytał Remus zmartwionym głosem.
- Już wam mówiliśmy, że jesteście tylko przynętą. O tym czy przeżyjecie zadecyduje wasz... przyjaciel- powiedział Lucjusz cichym, ale złowieszczym tonem, jakby powiedzenie tego sprawiało mu nie opisaną satysfakcję.
Wszyscy jak jeden mąż zaczęli się przekrzykiwać, mówiąc, że im się to nie uda. Jednak w sercu każdego z nich rosło przerażenie. Wiedzieli jaki charakter miał James. Wiedzieli, że on odda za nich życie bezwarunkowo. W gardle Syriusza rosła klucha, a oczy zaczęły go niewiarygodnie piec. Wiedział, że jego przyjaciel i brat może wkrótce umrzeć. Nie wiedział dlaczego Voldemort tak bardzo pragnął jego śmierci. W tym momencie przeklinał bohaterską duszę Rogacza.
- Jak długo jeszcze?- syknęła Bella.
- Już jestem- rozległ się ochrypły głos.
Wszyscy spojrzeli w stronę, z której wydobywał się głos. Wielu z nich z gardła wyrwał się okrzyk przerażenia na widok twarzy przybyłego. Oświetlone blaskiem księżyca liczne rany i blizny niesamowicie oszpecały twarz młodego mężczyzny. Wyglądał jak zoombie.
- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
C.d. n.
**************************************************************
Hej.
Mam nadzieję, że się podobało. Wiem, że strasznie przyspieszyłam obrót akcji, ale tak musiało być. Dalszy ciąg planuję dodać za tydzień lub dwa :) Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny. Dziękuję serdecznie za komentarze pod poprzednim postem i wierzę, że i tym razem się na was nie zawiodę.
Pozdrawiam,
Rogaczka.
P.S. Tak wiem, że bardzo krótko :D

sobota, 29 października 2016

16. Przymierze i niespodziewany obrót sprawy.

Na ulicy Privet Drive było bardzo spokojnie. O tej porze wszyscy byli schowani w domach i nie zwracali na to, co się dzieje na ulicy. Tego dnia nawet największe plotkarki ukryły się w domowym zaciszu przed gorącym wiosennym słońcem. Żaden mieszkaniec nie zauważył mężczyzny w granatowej pelerynie pojawiającego się nagle na skrzyżowaniu uliczek. Mężczyzna ten rozejrzał się przez chwilę i ruszył do najbliższego domu. Niepewnie nacisnął dzwonek w drzwiach i ściągnął kaptur. Po chwili przed Jamesem Potterem pojawiła się staruszka. Popatrzyła na niego zdziwiona i spytała:
- Kim pan jest?
- Dzień dobry. Jestem James Potter, ale to mało istotne. Przybyłem do mojego przyjaciela, ale nie wiem pod którym numerem mieszka. Mogłaby mi pani pomóc? On nazywa się Maglabery.
- O tak oczywiście. Mieszka pod 6.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia- uśmiechnął się James, odwrócił się na pięcie i ruszył pod wskazany numer.
Stojąc przed drzwiami zawahał się. A jeśli to pułapka? Jeśli oni tylko tak mówili, bo wiedzieli, że tam jest? Jeśli jednak Maglabery mu nic nie powie i wyda go Voldemortowi? Westchnął ciężko, wyciągnął różdżkę i zapukał mocno w drzwi. Długo czekał, aż wreszcie za drzwiami rozległ się przyciszony głos:
- Kim jesteś?
- James Potter.
Drzwi powoli się uchyliły i dostrzegł twarz śmierciożercy w szparze, który patrzył na niego niepewnie.
- Ty jesteś od Dumbledore'a?
- Tak.
- Czego chcesz?- zapytał nerwowo.
- To nie jest rozmowa , by prowadzić ją na ulicy. Ktoś może nas usłyszeć. To bardzo ważne.
Minutę mierzyli się wzrokiem, aż Maglabery kiwnął lekko głową i wpuścił go do środka. W mieszkaniu było ciemno. Wszystkie zasłony były zasunięte szczelnie, nie przepuszczając ani jednego promienia słonecznego.
- No to o co chodzi.
- Chcę Ci pomóc. Ty dasz mi nazwiska szpiegów w Hogwarcie, a ja z Dumblodorem pomożemy ci przeżyć- powiedział James patrząc na niego uważnie.
Śmierciożerca prychnął nerwowo i spojrzał na niego zrozpaczony.
- Niby czemu mam ci zaufać? Skąd mam widzieć, że nie jesteś od Czarnego Pana?
- Nie masz żadnej pewności, ale sądzisz, że gdybym był śmierciożercą czekałbym na wyjaśnienia, a nie zabiłbym cię od razu?
- No tak- westchnął.
- Zaufaj mi. Nie masz nic do stracenia. Podsłuchałem rozmowę innych śmierciożerców. Jutro będziesz już martwy. A tak możesz uratować uczniów szkoły i jednocześnie siebie.
Mężczyzna kilka minut się zastanawiał.
- No dobrze-odpowiedział, a Potter uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od bardzo dawna.
- Nie pożałujesz. Obiecuję.
Maglabery kiwnął głową i zapieczętował tym przymierze, wiedząc, że i tak prędzej czy później będzie martwy. Patrząc na chłopaka żałował jaką drogę kiedyś wybrał. Chciał to wszystko naprawić.


Kate Willowes siedziała na brzegu jeziora. Wpatrywała się w bezdenną głębię wody, w której wesoło pływała ogromna kałamarnica. Lubiła przychodzić i patrzeć na beztroskie życie tego stworzenia.
Dziewczyna pochodziła z Francji. Do Hogwartu przyjechała dopiero na trzecim roku. Do tej pory ma wrażenie, że odstaje od swoich przyjaciół. Nigdy nie była taka jak oni. Często jest wredna i nie miła dla nich. Lecz wyjazd Jamesa ze szkoły poczuła bardzo dotkliwie, mimo, że nie była z nim tak blisko jak inni. Dokładnie pamiętała moment, gdy się spotkali.
"Jak codziennie w lato przemierzałam wtedy plażę we Francji. Nudziło mnie to już. Przyjaciół nie miałam, bo zrażałam ludzi swoją zgryźliwością. Szłam, patrząc na morze. Zawsze mnie to uspokajało. Lecz oczywiście trudno jest patrzeć w wodę i nie wpaść na kogoś. Nie. Nie było to tak jak w filmach, gdy dziewczyna i chłopak wpadają na siebie i od razu wielka miłość. Po prostu wleciałam  i głośno przeklnęłam zwymyślając od najgorszych nikomu nic nie winnego chłopaka. Jego trzej przyjaciele stali z boku i zwijali się ze śmiechu. A on sam patrzył na to z rozbawieniem.
- Niech księżniczka się nie obraża, bo złość piękności szkodzi- zaśmiał się.

- Z czego się śmiejecie?- warknęłam.- Wszyscy mugole są tacy sami- mruknęłam pod nosem.
- Mugole?- chłopcy roześmiali się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na nich zdezorientowana.
- Czy wy...
- Tak. Jesteśmy czarodziejami. Chodzimy do Hogwartu. Jestem James Potter. To jest Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Petergiew- uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ja jestem Kate Willowes. No to cześć, muszę już iść- powiedziałam szybko i odeszłam.
Nie polubiłam za bardzo tych chłopaków, ale ja nikogo nie lubiłam. Skąd mogłam wiedzieć, że tydzień później mój tata dostanie pracę w Anglii i że wszystko się odwróci tak, że staniemy się przyjaciółmi? Jednak wyszło tak, jak na filmach..."

Czy jakby nie przyjechała do Anglii, wszystko potoczyłoby się lepiej? Czy może by nie cierpiała, ale i nigdy nie zaznała prawdziwego szczczęścia?


Następnego dnia uczniowie jak codziennie spożywali śniadanie przed lekcjami. Huncwoci i dziewczyny jedli patrząc tępo w talerze. Szczęście uszło z nich razem z wyjazdem Jamesa. Nie mieli pojęcia, co mają robić.
- Idę dzisiaj do Dumbledora- oświadczył Syriusz.
- Przecież chodzisz do niego codziennie- zauważył Peter.
Black spojrzał na niego morderczym wzrokiem i wbił ze złością widelec w kiełbaskę.
- Tak nie może być! On musi wrócić!- zaszlochała Dorcas.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy uważał to samo.
W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. Do sali wkroczyło sześciu mężczyzn w czarnych strojach z literami MM wyszytymi na piersiach. Za nim wkroczyła zakapturzona postać w niebieskiej pelerynie.
Dumbledore spojrzał na nich wszystko rozumiejącym wzrokiem, podczas gdy uczniowie wlepiali w nich oczy, jakby przybyli z kosmosu. Dyrektor wyszedł zza stołu i podszedł szybkim krokiem do Jamesa (oczywiście nikt nie wiedział, że to on- dop. aut.). Wymienili kilka słów przyciszonymi głosami i Albus skinął na nich. James ruszył powolnym krokiem do stołu Ślizgonów. Za nim ruszło czterech aurorów, a dwóch pozostało przy wyjściu. Podszedł do Celissy Bartneys, machnął różdżką. Oszołomiona dziewczyna padła na ziemie, od razu podniesiona przez aurora. Następnie udali się do stołu Krukonów i Puchonów czyniąc to samo z dwoma uczniami. Na koniec Potter z jednym aurorem podszedł do stołu Gryfonów, do Huncwotów. Popatrzył chwilę spod kaptura na Petera.
- I on- wyszeptał łamiącym się głosem i oszołomił przyjaciela.
Hogwartczycy patrzyli na to z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Aurorzy związali czwórkę, otoczyli zaklęciami antydeportacyjnymi i cofnęli zaklęcia oszałamiające. Jeden pracownik ministerstwa powiedział donośnie do wszystkich uczniów:
- Na mocy prawa danego czarodziejom, aresztujemy Cellissę Bartneys, Alana Manoky, Bradleya Unicent oraz Petera Petergiew za śmierciożerstwo.
- CO?!- krzyknęli Huncwoci i dziewczyny.
- Peter?- podbiegł Syriusz do Petera i potrząsnął nim rozpaczliwie- Powiedz, że to pomyłka!!!
- Ja... Przepraszam- wyszeptał Glizdogon, spuszczając wzrok.
- Petergiew! Ty kretynie!
Dorcas, Ann, Kate i Lily się popłakały, a Huncwotom zamarły serca, krwawiąc boleśnie.
Ciszę przerwał świst zaklęcia Snape'a przelatującego nad głową Jamesa zwalając mu kaptur. Był to przerażający widok. Jego młodą twarz pokrywały liczne blizny i rany po zaklęciach, które ułożone były jedna obok drugiej. Oczy, które były pod wpływem zaklęcia redukującego wzrok (zamiast okularów dop. aut.) były dziwnie zamglone. Biała cera chłopaka przywodziła na myśl inferiusa. Po minucie  przerażony James ruszył do wyjścia. Drogę zastąpili mu Syriusz i Remus. Mieli błagające miny i łzy w oczach.
- Nie zostawiaj nas! Prosimy!- wyszeptał Łapa patrząc mu w oczy.
- Ja nigdy was nie zostawiłem- odpowiedział, spuszczając wzrok.
- James. Popatrz na mnie- poprosił Lupin. Gdy ten spojrzał na niego kontynuował- Potrzebujemy ciebie. Nie rób nam tego.
- Ja... Nie wiem...- wyszeptał, przedarł się między nimi i wybiegł z sali.


- Wy głupcy! Jak mogliście do tego dopuścić!- rozległ się przerażający krzyk.
- Panie... My przepraszamy.. my nie wiedzieliśmy...- powiedział rozdygotanym głosem śmierciożerca.
- Milcz Malfoy! Wszystkim muszę zajmować się sam! Avada kedavra!- jeden z jego sług padł martwy.- Cruccio!- czterech kolejnych padło zwijając się z bólu.
Tego dnia jeszcze długo można było słyszeć krzyczących w mękach śmierciożerców.


Tydzień później, dziewczyny, Syriusz i Remus siedzieli na lekcji obrony przed czarną magią. Mieli podkrążone oczy i zmęczone twarze. Stracili dwóch przyjaciół. Jeden z nich okazał się zdrajcą. To ich przerosło. Prowadzący lekcję Mark Potter, także nie wyglądał za dobrze. Bardzo się martwił o Jamesa. Nawet Zakon Feniksa ostatnio nie miał żadnych informacji od niego. Jakby zniknął.
- Jak wiemy świat czarodziejów jest zagrożony- mówił do Gryfonów i Krukonów.- Doszły nas słuchy, że ostatnio dementorzy przyłączyli się do Lorda Voldemorta. Dlatego chcę was nauczyć się przez nimi bronić. Ktoś wie jak brzmi zaklęcie przeciw nim?
- Expecto Patronum- rozległ się ochrypły głos spod drzwi. Tak bardzo znajomy im głos, zupełnie niespodziewany w tym miejscu.
*************************************************************************
Hej.
Jestem, żyję i kulawo tworzę ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału i że po takim czasie wygląda, jak wygląda. Niestety mam bardzo mało czasu. Szkoła, obiad, rehabilitacje ( tak, ktoś tu ma krzywy kręgosłup :I ), lekcje, nauka i spać. Tak wygląda mój dzień. Lecz mimo wszystko znalazłam ten czas na napisanie rozdziału, więc proszę was bardzo, żebyście znaleźli czas, żeby skomentować rozdział. Bardzo smucił mnie napis pod ostatnim rozdziałem "Brak komentarzy" no, ale cóż. Jeśli jesteście, proszę pokażcie się.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będzie takiej przerwy,
Rogaczka.

piątek, 16 września 2016

ROCZNICA BLOGA!

Moi kochani czytelnicy (mam nadzieję, że są tutaj), dzisiaj mija rocznica powstania tego bloga. Mojego pierwszego bloga. Wiem, że z notkami u mnie ciężko, nie dość, że krótkie, to rzadko i słabej jakości. Mam nadzieję, że to się zmieni. I oczywiście mam nadzieję, że zaczniecie się pokazywać. Błagam komentujcie rozdziały. Ale nie będę ględzić bez sensu. Oto są roczne statystyki tego bloga (może nie duże, ale jakieś są c; ) :

Wyświetlenia: 6112
W sumie postów: z tym 22
Rozdziały: 19
Komentarze: 73
Odbiorcy na świecie:

I wiele innych, ale już po 1-2.


Naprawdę cieszę się, że ze mną jesteście. I powtarzam błaganie: udzielajcie się. A z pośród czytelników chciałam szczególnie podziękować Ann Black, która jest ze mną prawie od początku. Dziękuję! I dziękuję oczywiście wszystkim, którzy tu zaglądają!
Pozdrawiam,
Szczęśliwa Rogaczka.
P.S. Nie sądzicie, że powinnam zmienić wystrój bloga?
P.S.2. Nie sądzicie, że mój pseudonim także trzeba zmienić? :D




poniedziałek, 12 września 2016

15. Nadzieja.

Dorcas Meadowes przemierzała korytarze Hogwartu. Była to ciesząca się życiem dziewczyna. Lecz nie teraz. Przez jej niezbitą maskę szczęścia przebił się smutek i tęsknota. Dor była bardzo tajemnicza. Mało komu się zwierzała ze swoich problemów. Po przyjeździe do Hogwartu na drugim roku zaginął jej pięcioletni braciszek. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Mało kto wiedział, ale jej najlepszym przyjacielem jest James. Od dziecka mieszkają obok siebie. To jemu się zwierzała. Ten kontakt urwał się w tym roku. To on stał się tajemniczy. Skryty. Wszyscy w tym roku oddalili się od siebie, mimo tego, że zdawali się być tak blisko. Sprawcą tego był Lord Voldemort, który radował się strachem wśród czarodziejów. Po dzisiejszym liście od Jamesa miała wątpliwości czy istnieje jeszcze nadzieja na lepsze jutro. Tęskniła bardzo za tą beztroską. Lecz życie było zbyt okrutne, by do niej wrócić.
Przypomniała sobie dzień, w którym poznała Jamesa.
"Jako pięcioletnia dziewczynka byłam bardzo żywiołowa. Rodzice mi to zawsze powtarzali. A, że jestem byt ruchliwa przekonałam się na własnej skórze, kiedy się przewróciłam na chodniku zdzierając boleśnie kolana i skręcając kostkę. Rozpłakałam się, jak to mała dziewczynka. Byłam zbyt daleko od domu, by mnie zobaczyli rodzice i bym tam doszła. Lecz jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Podbiegł do mnie chłopiec o kruczoczarnych włosach, chyba w moim wieku. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Cześć. Jestem James, a ty?
- Dorcas- wychlipałam.
Wyciągnął do mnie rękę, ja ją przyjęłam i pomógł mi wstać.
- Mocno boli?
- Tak.
- Pomogę ci dojść do domu. Gdzie mieszkasz?
- Pod numerem 4.
- Oooo to super, bo ja pod 5- ucieszył się chłopiec.
Zaprowadził mnie do domu, a kilka tygodni później staliśmy się nierozłącznym duetem."

A teraz wszystko się popsuło. Niech licho weźmie tego Voldemorta.

Tej nocy była pełnia. Remus nadzwyczaj spokojnie się zachowywał. Huncwoci bali się, że z powodu braku Rogacza, największego zwierzęcia z nich trudno będzie go opanować, ale tak się nie stało. Nie był zły, tylko podejrzanie radosny, jak nigdy wcześniej. Kiedy wrócili w trójkę do dormitorium od pani Pomfey i zmęczeni kładli się spać była godzina 6:23. Słońce już całkowicie wyszło zza horyzontu. Promienie oświetlały hogwarckie błonia i jezioro, widoczne z okna i słychać było ćwierkot rozmaitych ptaków. Peter podszedł do okna i popatrzył się smutnym wzrokiem na ten krajobraz. Po chwili zasłonił ze złością zasłony i przybity padł na łóżko. Wszyscy już powoli zasypiali, gdy do dormitorium wpadły dziewczyny.
- Co wy jeszcze śpicie?- zdziwiła się Kate.- Przecież zaraz śniadanie.
W odpowiedzi usłyszały warknięcie Syriusza.
- No nic. Wiecie, co? W Hogwarcie są oswojone jelenie!- zwołała podniecona Dor.
- Co?- mruknął Remus z poduszki.
- Jak poszłyśmy na spacer, to z lasu wyszedł taki ogromny ciemny jeleń. Miał takie słodkie obwódki wokół brązowych oczu- paplała Dor.
- Co?!- krzyknęli Huncwoci jednocześnie i zerwali się na równe nogi.
- No..No jeleń- wymamrotała zbita z tropu dziewczyna.
- I co on zrobił?- zapytał przejęty Łapa.
Zdziwione dziewczyny popatrzyły po sobie. Lily wzruszyła do nich ramionami i powiedziała:
- Jak nas zobaczył z początku chciał uciec, ale po chwili podszedł do nas, a my go pogłaskałyśmy. Miał taki ludzki wyraz oczu. Jakby był bardzo smutny.
Huncwoci otworzyli usta. Później szybko chwycili płaszcze (kiedy wrócili nie zdjęli szat) i pobiegli do wyjścia z sypialni.
- A wy dokąd?- zapytała Kate.
- Myy... Idziemy zobaczyć jelenia.
Uniosły brwi, ale nic nie powiedziały. Chłopcy znikli im z oczu, a one po kilku sekundach milczenia poszły do siebie.


Chłopcy biegli tak szybko, że gdy dotarli pod Zakazany Las, zabrakło im tchu.
- Szukajmy!- krzyknął zduszonym głosem Lunatyk.
Rozbiegli się w różne ścieżki lasu i szukali jakiegoś śladu po Rogaczu. Las był pogrążony w mroku i zdawałoby się, że wszystkie stworzenia w nim śpią. Godzinę później zmęczeni i z utraconą nadzieją wyszli z lasu i padli na trawę. Ich twarze ukazywały bezdenną rozpacz i smutek. Byli wrakami ludzi. Gdyby ktoś obok nich przechodził nie poznałby w nich Huncwotów, tych co wiecznie się uśmiechają. Tak wyglądali ludzie, którzy tracili nadzieję. A bez nadziei życie traci sens.
- Patrzcie- szepnął Peter wskazując na pergamin leżący na trawie.- To jest Jamesa!
- Skąd wiesz?- zapytał podniecony Łapa rzucając się na kartkę.- Lunatyk! Zobacz! On ma rację!
- Nie marudź tylko czytaj co tam jest!- ponaglił go Remus, a w jego oczach rozbłysła nadzieja.
-  Kartka z pamiętnika Jamesa Pottera.
Każdy dzień mija się z kolejnym. Czas mija, a ja jestem ciągle w pułapce. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy wolno mi mieć jeszcze nadzieję? Nie wiem co myśleć. Z każdą chwilą coraz bardziej odczuwam skutki przeszłości. I wtedy zawsze nasuwa mi się pytanie "dlaczego?" przechodzące miliony razy przez myśli i słowa każdego człowieka od zawsze. Od nicości po kres. Nikt tak naprawdę nie jest pewny odpowiedzi. Więc jaki ma sens szukanie jej, skoro przez to wpadamy tylko w błędne koło, z którego nie da się wyjść? Jaki sens ma to pytanie? Jedno proste słowo, które jest głębią całego istnienia.
Kiedy człowiekowi przydarza się coś złego w życiu, odczuwa strach, niepewność i rozgoryczenie. Później pytamy "dlaczego?". Szukamy obsesyjnie wyjaśnienia i gdy otrzymamy odpowiedź następuje rozczarowanie i strach. Pytamy ponownie "A dlaczego tak, a nie inaczej?" i gubimy się w tym kole. Zamiast pogodzić się z losem obwiniamy innych. Inni pocieszając nas mówią, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Lecz przeznaczenie można zmienić. Los nie jest niczym trwałym. Wszystko zależy od nas.
Właściwie, to nie mam pojęcia po co filozofuję. No i znów jest to pytanie, "dlaczego". Może po to, by wyrzucić z siebie to wszystko, aby choć przez chwilę poczuć się wolny? Możliwe, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Droga jaką wybrałem jest jedynym rozwiązaniem. A może tylko próbuję sobie to wmówić? Bo tak jest łatwiej. Uciec. No bo dlaczego nie zostałem tam, żeby walczyć, by chronić przyjaciół od zła, a błądzę po świecie i ich ranię? I widzicie? Znów to pytanie.
Samotnie wędrując po kraju, będąc sam na sam ze swoimi myślami, powoli rozumiem, że nie powinienem był uciekać. Wmawiam sobie wtedy, że łapanie tych, co są źli, przynosi ulgę, że jestem szczęśliwy. Lecz to tylko złudzenie, krótka satysfakcja. Czuję się się samotny. Nie ma nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Może jednak wrócić? Nie mam pojęcia co robić. A przecież tak bardzo tęsknię...
-
 O co w tym wszystkim chodzi do cholery?!- zezłościł się Black.
- A o to Łapo- zaczął Lunatyk, który wcześniej cały czas wpatrywał się pustym wzrokiem w chatkę Hagrida, patrząc mu prosto w oczy.- że Rogacz wcale nie pojechał do innej szkoły, tylko uciekł z Hogwartu, żeby nas chronić przed czymś.
- Cholera!- jęknął Syriusz chowając twarz w dłoniach i oddając się rozpaczy.


Nie miał pojęcia co go podkusiło, by po pełni wyjść z lasu i do tego podejść do dziewczyn. Prawdopodobnie tęsknota to któregokolwiek z jego przyjaciół była większa niż wszystko inne. Wiedział, że go nie rozpoznają. Chciał poczuć się na choć jedną chwilę szczęśliwym. A tymczasem to tylko pogorszyło sprawę. Od jakiegoś czasu łapanie śmierciożerców przestało mu sprawiać satysfakcję. Jego myśli wypełniała perspektywa powrotu. Ale przecież nie mógł.
Przemierzał teraz wioskę Little Hangleton, którą miał na liście najczęściej odwiedzanych przez śmierciożerców miejsc, sporządzonej przed ucieczką z Hogwartu. W oddali dostrzegł cieme postacie, więc szybko zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i podszedł bliżej. Usłyszał rozmowę, dzięki, której wreszcie się skupił na zadaniu, jakie sobie postawił.
- Mam przeczucie, że Maglabery chce wydać ślizgońskiego szpiega Dumbledorowi. Musimy mieć na niego oko.
- A ktoś ma pojęcie gdzie on jest?
- Czarny Pan wspomniał coś, że ma dom na Privet Drive w Surrey.
- W takim razie sprawdzimy go jutro, a teraz chodźmy, bo Pan czeka.
I wszyscy teleportowali się. James udał się w wskazane miejsce.
*******************************************************************
Hej.
Ja nie komentuje tej notki, choć wy oczywiście możecie.
Jakiego bohartera następnego?
Pozdrawiam,
Rogaczka.

wtorek, 9 sierpnia 2016

14. Po prostu zapomnieć.

Wbrew temu co powiedział, nie poszedł spać. Czekał na to, by zrobili to jego przyjaciele. Dużo czasu minęło nim wreszcie to zrobili. W tym czasie słońce powoli pojawiało się na horyzoncie. Kiedy usłyszał głębokie chrapanie Huncwotów, ostrożnie wyszedł zza kotary łóżka i sięgnął po plecak pod łóżkiem, który niepostrzeżenie ukrył pod niewidką gdy wchodził. W środku znajdował się już namiot i dziesiątki przydatnych eliksirów. Schylił się i otworzył kufer, by z niego wypakować ubrania i wrzucić do plecaka. Wszystko się idealnie mieściło, bo rzucił na niego zaklęcie zmniejszająco-zwiększające. Otworzył szafkę i wyjął z niej książki. Gdy skończył się pakować, wyprostował się i jego wzrok padł na zdjęcia stojące na szafce. Jego serce ścisnęło się pod wpływem ogromnego żalu, jaki poczuł.
Na pierwszym stał z Huncwotami na tle morza w Brazylii, nad które wybrali się w minione wakacje. Wszyscy śmiali się wesoło i machali do obiektywu.
Na drugim z całą paczką urządzili sobie bitwę na śnieżki na błoniach. Miało to miejsce na trzecim roku, kiedy to wszyscy prowadzili jeszcze beztroskie, wolne od problemów życie.
Na trzecim siedział z Dorcas na kanapie, a z tyłu stała Kate i Ann,. We troje uśmiechali się szeroko jakby sam uśmiech przepędzał zło.
Czwarte zdjęcie było zrobione w tym roku. Obejmował na nim ramieniem Lily. Oboje mieli uśmiechy na twarzach, ale jego był jakby przygaszony, taki pusty.
Na ostatniej fotografii jako pięciolatek stał z rodzicami na tle choinki. Ich szczęście było wyraźne nawet za szybki oprawki.
Stał jak zaklęty i wpatrywał się w nie. Nie świadomie kilka łez wypłynęło z jego oczu. Minęło 10 minut zanim się ocknął. Otarł łzy, które coraz szybciej leciały i spakował szybko zdjęcia do odrębnej kieszeni. W myślach przywołał pergamin i pióro. Napisał list i położył go na łóżku. Rozejrzał się wokoło i zatrzymał się na śpiących przyjaciołach. Poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle i jego oczy niebezpiecznie zaczęły piec. Zawahał się. Ale przecież nie mógł się wycofać. Przecież robił to dla nich.
Chwycił swoją miotłę i wybiegł z dormitorium. Biegł i zatrzymał się dopiero przy bramie Hogwartu. Omiótł spojrzeniem po terenie szkoły. Dostrzedł słupki bramkowe na boisk do quidditcha. Tęsknił za nim. Choć od 5 roku był kapitanem drużyny, w tym roku z powodu jego częstego pobytu w szpitalu jego funkcje objął jego zastępca. Tęsknił za tymi chwilami, gdzie liczył się tylko on i znicz. Czuł wtedy wolność.
Zaśmiał się histerycznie na myśl, że kiedyś jego największym problemem był mecz, albo nawet odrzucenie jego podrywów przez Lily. Ileż to razy wspominała mu, że na świecie byłoby piękniej bez niego. No to masz, co chciałaś- pomyślał smutno. Nigdy nie dał po sobie poznać jak go wtedy raniła. On zrobi dla niej wszystko, ale ona nie wie jeszcze jak mocno ją kocha. Nie miał jej za złe, że wypowiedziała głośno to, czego on był sam świadom.
Ich wszystkich kochał tak bardzo, że aż bolało. Nie pozostało mu więc nic innego, jak wsiąść na miotłę i odlecieć.




- Syriusz? Co tak stoisz?
Ann, Dor, Kate i Lily weszły do dormitorium chłopców, budząc tym samym Petera i Remusa. Syriusz od kilkunastu minut wpatrywał się w pergamin, który zostawił James.
- Gdzie jest James?- szepnęła Lily.
- Łapo, co tam masz?- zapytał Lunatyk.
Ten jakby obudził się z transu, drgnął, podniósł wzrok i bez słowa podał im list opadając na łóżku.
Remus na głos odczytał list. Z każdym słowem jego głos tracił na sile i się załamywał. Kiedy skończył, każdy miał zaszklone oczy.
- Musimy go odnaleźć- powiedział zachrypniętym głosem Syriusz.
- Niby jak? Nawet nie wiemy w którą stronę wyruszył- mruknęła smętnie Dor.
- Wyślijmy do niego list- podsunęła Ann.
- No dobra. I tak niczego innego nie zrobimy- zadecydował Lupin.
Wziął pergamin i orle pióro ze swojej szafki i wspólnie napisali list.

                                             Drogi Jamesie!
Masz rację, jesteśmy wściekli i to bardzo. Jak możesz nam tak robić? Gdzie ty jesteś? Odpowiedz nam! Martwimy się o Ciecie. Co zrobiliśmy nie tak? Powiedz nam, naprawimy to, tylko do cholery wróć! Nie ma żadnego żegnaj. Wróć sam, albo my Cię znajdziemy. Jak możesz twierdzić, że szybko zapomnimy? James! Błagamy! Wróć!
                                                                Twoi nic nie rozumiejący przyjaciele (?).

Udali się do sowiarni, gdzie wysłali go szkolną sową.
- Chodźmy na śniadanie. Zaraz lekcje, a i tak niczego nie zrobimy- powiedziała Kate.
Skinęli głowami na znak zgody.
- Chwila. Gdzie Peter?- zdziwiła się Lily.
- Myślałam, że szedł z nami- rozejrzała się Dor jakby spodziewała go ujrzeć.
- Mniejsza o niego. Pewnie poszedł już jeść- westchnął Łapa.
Zamilkli i poszli do Wielkiej Sali.



- Panie mój, on mówi, że młody Potter uciekł z Hogwartu- wyszeptał Lucjusz Malfoy.
-  Świetnie. Teraz jest bezbronny nie ma przy nim Dumbledore'a- zaśmiał się Lord Voldemort.- Znajdźcie go.
- Tak jest panie.
Mężczyźni aportowali się z domu w Little Hangleton i zapadła głucha cisza.



Przyjaciele z niecierpliwością oczekiwali odpowiedzi od Jamesa. Ta jednak nie przyszła ani tego dnia ani przez dwa tygodnie, mimo, że codziennie wysyłali po dwa listy o podobnej treści. Podczas śniadania trzy tygodnie później, Remus otrzymał Proroka. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie patronusa-jelenia.
- Ej, słuchajcie.

                                   
Tajemniczy łowca śmierciożerców działa na terenie Angli!
W ostatnim czasie złapano jedenastu śmierciożerców. Za każdym razem Łowca wysyła Patronusa- Jelenia do Siedziby Aurorów. Gdy aktualny szef aurorów Alastor Moody wraz ze swoją ekipą przybywa na miejsce wskazane przez owego patronusa znajduje skrępowanych i oszołomionych zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a obok niego drugi magiczny jeleń.
"Nie wiemy kim on jest, ale jesteśmy mu bardzo wdzięczni"- wyznaje jeden z aurorów.
Życzymy szczęścia naszemu tajemniczemu Łowcy. W tych trudnych czasach przydają się tacy ludzie. A tymczasem wojna wisi w powietrzu...(więcej na str. 2)


- Patronus jeleń?- zmarszczył czoło Black.- A czy to nie...
- Wiele osób ma takie patronusy- ostudził jego zapał Remus.
- O czy wy mówicie?- zdziwiła się Lily.
- Nie ważne Evans. Nie powinno cię to obchodzić- warknął Syriusz.
- Hej! Patrzcie!- krzyknęła Kate wskazując na sowę uszatą lądującą obok nich.
- To od Jamesa!- szepnął Lupin i trzęsącymi się rękoma odwiązał list, a sowa od razu odleciała.

                      Drodzy Syriuszu, Remusie, Glizdogonie, Peterze, Ann, Kate, Lily i Dorcas!
Proszę, nie piszcie więcej listów. Sowy zbyt zwracają na mnie uwagę, a tego nie chcę. Wiem, że to dla was trudna i niezrozumiana sytuacja, ale o mnie się nie martwcie. Radzę sobie doskonale.
                                                 Po prostu zapomnijcie.
                                                             J.P

Wszyscy patrzyli się tępo w kartkę jakby marzyli, by wyskoczył z niej Rogacz.
- Po prostu zapomnijcie?- zapytał pustym głosem Łapa.
Przed oczami stanęły im wszystkie chwile spędzone z Jamesem. Łapa zerwał się i wybiegł z sali. Przypomniał sobie dzień, w którym się poznali.

Był 1 września. Właśnie jechał do Hogwartu. Jego umysł wypełniła szczęśliwa wizja opuszczenia swojego domu na 10 miesięcy. Szczęście go rozpierało. Uśmiechał się właśnie do siebie, gdy przedział otworzył się i weszły jego kuzynki Narcyza i Bellatrix. Obie miały kpiące uśmiechy na twarzach.
- Witaj Syriuszu.
- Witajcie- wycedził.- Czego chcecie?
- Pamiętaj. Masz trafić do Slitherinu, albo pożałujesz.
- Po moim trupie. Może jeszcze mam dołączyć do tego zapchlonego Czarnego Pana?
- Nie wycieraj swojej gęby Czarnym Panem!- wpadła w furię Bella.- Crucio!- krzyknęła.
Ale w ostatniej chwili, ktoś ją popchnął od tyłu tak, że upadła na podłogę, a zaklęcie trafiło w szybę i ją roztrzaskało. Podniosła się ze złością i już miała rzucić zaklęcie na chłopca stojącego za nią, ale Narcyza chwyciła ją za rękę i powiedziała.
- Opamiętaj się Bello. Będziemy miały kłopoty.

Pociągnęła ją za sobą i po chwili obie zniknęły.
- O rety. Dzięki- wymamrotał Syriusz do chłopca.

- Nie ma za co. Jestem James Potter, a ty?
- Syriusz Black.
Podali sobie ręce i uśmiechnęli się do siebie. Od tej pory byli nierozłączni.

A teraz... Teraz wszystko było nie tak.
*                      *                      *                      *                      *                      *                      *                      







(dop. aut.- I to są z grubsza te zdjęcia. Tylko do jednego nie mogłam znaleźć odpowiednika)
*******************************************************************************
Hej.
Teraz jest dłużej. Mam nadzieję, że się podoba, bo się starałam.
Dziękuję za te komentarze. Naprawdę są one dla mnie bardzo ważne. Piszcie też na czacie i odpowiadajcie na moje sondy, bo wtedy widzę ile was jest i czy mam dla kogo pisać.
Liczę na komentarze i pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.