Kiedy w całej klasie Obrony Przed Czarną Magią zaległa cisza, każdy spojrzał na przybysza. Był to nie kto inny jak James Potter. Jednak nie wyglądał tak, jak przed tygodniem. Zniknęły wszelkie rany i bladość skóry. Wszystkich zdziwiło, że po tym jak tydzień temu wywrócił życie Hogwartu do góry nogami i ucieczce przed własnymi przyjaciółmi, teraz stał i uśmiechał się szeroko. Spojrzał na nauczyciela i powiedział:
- Wybacz wuju, ja tylko na chwilkę. Syriusz? Możemy porozmawiać?- powiedział ochrypniętym głosem, ale jakby udawanym.
Black patrzył na niego chwilę. Na jego twarzy malowało się jednocześnie zdziwienie, jak i wielka radość. Nie czekał długo i szybko podszedł do przyjaciela. Ten uśmiechnął się jeszcze szerzej i gestem wskazał na otwarte drzwi.
Wyszli, a James od razu szybko ruszył.
- Rogacz? O co chodzi? Wróciłeś? Dlaczego uciekłeś z Hogwartu? Gdzie my idziemy?- zasypał go pytaniami Łapa.
Ten nic mu nie odpowiedział, tylko nadal się uśmiechając szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do lochów. Black zaczął być niecierpliwy i niepewny. Mrok ślizgońskich lochów otaczał ich ze wszystkich stron, a rozpalone pochodnie dodawały grozy.
- James? Co tu robimy? Spójrz na mnie wreszcie!- wściekł się.
Jego przyjaciel odwrócił się wreszcie i spojrzał na niego. Oczy błyszczały mu niezdrowym blaskiem, a włosy poruszały się lekko na wietrze.
- Ty to jesteś jednak bardzo głupi Black- zaśmiał się zupełnie inaczej niż prawdziwy Potter.
- C-c-o?- to jedyne co zdążył wyjąkać, zanim poczuł uderzenie w głowę i zapanowała ciemność.
Przeraźliwy śmiech potoczył się echem po ścianach mrocznego lochu. Płomienie w pochodniach zadrżały i urosły, jakby się cieszyły z otaczającego wszechświat zła.
Tysiące, a może nawet miliony mil od Hogwartu, w Azkabanie, smutek więźniów kłębił się niczym dusząca mgła, która nie chce opaść. W jednej z kamiennych cel, w rogu siedział skulony chłopak. Jego mysie włosy oklapły mu na blade czoło. Twarz miał ukrytą w dłoniach i cicho szlochał. Peter Petergiew bardzo żałował swoich czynów. Brzydził się sam sobą i nie wiedział jak to wszystko naprawić. Glizdogon był tchórzem. Wielkim tchórzem. Kiedy Ślizgoni zaproponowali mu śmierciożerstwo, które uratowałoby mu życie, nie pomyślał o bliskich, ani o tym jak bardzo ich skrzywdzi. Od połowy piątej klasy donosił Voldemortowi o wszystkim, a w wakacje dostąpił największego zaszczytu, jaki sługa może otrzymać od Czarnego Pana- na jego ramieniu został wypalony Mroczny Znak.
Zaszlochał jeszcze mocniej i w jego myśli rzuciło się wspomnienie, jak poznał Huncwotów.
"Biegłem korytarzem pociągu. To był mój pierwszy wyjazd do Hogwartu, a Ślizgoni już mnie gonili, chcąc rzucić na mnie kilka zaklęć. Po moich policzkach płynęły łzy. Od kiedy pamiętam zawsze byłem tchórzem i beksą. Czasami to było uciążliwe. Biegnąc wpadłem na trzech chłopców. Każdy z nich, choć byli w moim wieku, mieli to coś, na co lecą tak dziewczyny. Chciałem biec dalej, lecz oni mnie zatrzymali.
- Cześć. Przed czym tak uciekasz? Czemu płaczesz? Coś się stało?- zapytał ten w okularach o sympatycznej twarzy.
- Ślizgoni mnie gonią- załkałem.
- Chodź, ukryjesz się w naszym przedziale- uśmiechnął się do mnie blondyn.
Trzeci z nich, czarnowłosy o arystokrackiej minie pociągnął mnie za rękaw do pobliskiego przedziału. Chwilę później koło drzwi przebiegli ci, co mnie gonili. Odetchnąłem z ulgą. Podziękowałem chłopakom i do końca podróży zostałem z nimi."
Był to początek wielkiej przyjaźni. Przyjaźni, którą zniszczył.
Zniecierpliwiony Remus z Ann, Kate, Dor i Lily udał się na obiad. Co chwilę zerkali na zegarki. James wziął Syriusza i poszli dwie godziny temu.
- Gdzie oni są?- zapytała nerwowo Kate.
- A może to znowu nie był James?- mruknęła Lily.
- Nie no., co ty nie zrobiliby tej samej sztuczki dwa...-mówił Remus, ale nagle pochłonęła ich ciemność.
W Wielkiej Sali właśnie był obiad. Wszyscy radośnie rozmawiali z przyjaciółmi, jedząc potrawy przygotowane dla nich przez skrzaty domowe. Severus Snape siedział między swoimi kolegami- Averym i Mulciberem. Stół Slytherinu jako jedyny (jak zawsze) nie uczestniczył w radosnych konwersacjach całej sali. Ich miny były jeszcze bardziej przygnębione niż zwykle. Złapano czterech śmierciożerców i Czarny Pan jest wściekły, że James Potter chodzi jeszcze żywy. Ale jedyne co Severusa martwiło to to, że jego Lily grozi niebezpieczeństwo. Przez tego Pottera! Wiedział, że prędzej czy później jako przynętę użyją jego przyjaciół, ale oni nie obchodzili go. Lecz kiedy po raz pierwszy postanowili złapać Pottera na Lily, urósł w nim lęk o jej życie. Błagał Czarnego Pana, żeby nie brał jej jako zakładniczkę, ale jedyną jego odpowiedzią był cruciatus, za miłość do czarodziejki o brudnej krwi. Za miłość do szlamy. Sam gardził ludźmi, którzy selekcjonują czarodziei ze względu na czystość krwi. Dokładnie pamiętał też moment, w którym zmuszony był odpowiedzieć się po stronie złu i samemu tak postępować. Nienawidził nigdy Pottera i jego bandy, którzy pogardzali jego wyborem. Niestety w głębi duszy wiedział, że oni mówią prawdę i miał ochotę samym sobą rzucić o ścianę. Przez ten wybór stracił najbliższą jego sercu osobę. Stracił swoją Lily, która każdego dnia obdarzała go swoim najpiękniejszym uśmiechem. Śmiała się z nim, uczyła, broniła go przed Huncwotami, wspierała. Po prostu była. A on wszystko zniszczył.
Zakazany Las z godziny na godzinę robił się jeszcze bardziej mroczny. W głębi lasu, na mrocznej polanie, zebrał się tłum śmierciożerców. Do sękatych drzew przywiązana była szóstka przyjaciół- Syriusz, Remus, Lily, Dor, Ann i Kate. Syriusz był przywiązany do największego, którego liście zdawałyby się zionąć złymi mocami. Jego twarz oświetlały promienie z różdżek zakapturzonych postaci. Stopniowo na niebie pojawiła się połowa księżyca, przysłana czarnymi, kłębiącymi się chmurami. Wszystko dookoła zdawałoby się oddawać zło całej sytuacji. Kobieta stojąca w środku dziwnego okręgu czarnych postaci, powoli traciła nad sobą panowanie.
- Lucjuszu?! Ile to jeszcze potrwa? Czemu ten gnida Potter się tu nie zjawia?- warknęła zirytowana do mężczyzny o bladej skórze i włosach niemal białych, jak księżyc na niebie.
- Nie wiem Bello. Przecież Avery i Nott dokładnie i wyraźnie rozmawiali o tym, że porwaliśmy tych dzieciaków, a przecież Potter śledził ich.
- Może akurat wtedy go nie było?- warknęła rozjuszona.
- Czego od nas chcecie?!- zapytał Remus zmartwionym głosem.
- Już wam mówiliśmy, że jesteście tylko przynętą. O tym czy przeżyjecie zadecyduje wasz... przyjaciel- powiedział Lucjusz cichym, ale złowieszczym tonem, jakby powiedzenie tego sprawiało mu nie opisaną satysfakcję.
Wszyscy jak jeden mąż zaczęli się przekrzykiwać, mówiąc, że im się to nie uda. Jednak w sercu każdego z nich rosło przerażenie. Wiedzieli jaki charakter miał James. Wiedzieli, że on odda za nich życie bezwarunkowo. W gardle Syriusza rosła klucha, a oczy zaczęły go niewiarygodnie piec. Wiedział, że jego przyjaciel i brat może wkrótce umrzeć. Nie wiedział dlaczego Voldemort tak bardzo pragnął jego śmierci. W tym momencie przeklinał bohaterską duszę Rogacza.
- Jak długo jeszcze?- syknęła Bella.
- Już jestem- rozległ się ochrypły głos.
Wszyscy spojrzeli w stronę, z której wydobywał się głos. Wielu z nich z gardła wyrwał się okrzyk przerażenia na widok twarzy przybyłego. Oświetlone blaskiem księżyca liczne rany i blizny niesamowicie oszpecały twarz młodego mężczyzny. Wyglądał jak zoombie.
- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
C.d. n.
**************************************************************
Hej.
Mam nadzieję, że się podobało. Wiem, że strasznie przyspieszyłam obrót akcji, ale tak musiało być. Dalszy ciąg planuję dodać za tydzień lub dwa :) Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny. Dziękuję serdecznie za komentarze pod poprzednim postem i wierzę, że i tym razem się na was nie zawiodę.
Pozdrawiam,
Rogaczka.
P.S. Tak wiem, że bardzo krótko :D
niedziela, 18 grudnia 2016
sobota, 29 października 2016
16. Przymierze i niespodziewany obrót sprawy.
Na ulicy Privet Drive było bardzo spokojnie. O tej porze wszyscy byli schowani w domach i nie zwracali na to, co się dzieje na ulicy. Tego dnia nawet największe plotkarki ukryły się w domowym zaciszu przed gorącym wiosennym słońcem. Żaden mieszkaniec nie zauważył mężczyzny w granatowej pelerynie pojawiającego się nagle na skrzyżowaniu uliczek. Mężczyzna ten rozejrzał się przez chwilę i ruszył do najbliższego domu. Niepewnie nacisnął dzwonek w drzwiach i ściągnął kaptur. Po chwili przed Jamesem Potterem pojawiła się staruszka. Popatrzyła na niego zdziwiona i spytała:
- Kim pan jest?
- Dzień dobry. Jestem James Potter, ale to mało istotne. Przybyłem do mojego przyjaciela, ale nie wiem pod którym numerem mieszka. Mogłaby mi pani pomóc? On nazywa się Maglabery.
- O tak oczywiście. Mieszka pod 6.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia- uśmiechnął się James, odwrócił się na pięcie i ruszył pod wskazany numer.
Stojąc przed drzwiami zawahał się. A jeśli to pułapka? Jeśli oni tylko tak mówili, bo wiedzieli, że tam jest? Jeśli jednak Maglabery mu nic nie powie i wyda go Voldemortowi? Westchnął ciężko, wyciągnął różdżkę i zapukał mocno w drzwi. Długo czekał, aż wreszcie za drzwiami rozległ się przyciszony głos:
- Kim jesteś?
- James Potter.
Drzwi powoli się uchyliły i dostrzegł twarz śmierciożercy w szparze, który patrzył na niego niepewnie.
- Ty jesteś od Dumbledore'a?
- Tak.
- Czego chcesz?- zapytał nerwowo.
- To nie jest rozmowa , by prowadzić ją na ulicy. Ktoś może nas usłyszeć. To bardzo ważne.
Minutę mierzyli się wzrokiem, aż Maglabery kiwnął lekko głową i wpuścił go do środka. W mieszkaniu było ciemno. Wszystkie zasłony były zasunięte szczelnie, nie przepuszczając ani jednego promienia słonecznego.
- No to o co chodzi.
- Chcę Ci pomóc. Ty dasz mi nazwiska szpiegów w Hogwarcie, a ja z Dumblodorem pomożemy ci przeżyć- powiedział James patrząc na niego uważnie.
Śmierciożerca prychnął nerwowo i spojrzał na niego zrozpaczony.
- Niby czemu mam ci zaufać? Skąd mam widzieć, że nie jesteś od Czarnego Pana?
- Nie masz żadnej pewności, ale sądzisz, że gdybym był śmierciożercą czekałbym na wyjaśnienia, a nie zabiłbym cię od razu?
- No tak- westchnął.
- Zaufaj mi. Nie masz nic do stracenia. Podsłuchałem rozmowę innych śmierciożerców. Jutro będziesz już martwy. A tak możesz uratować uczniów szkoły i jednocześnie siebie.
Mężczyzna kilka minut się zastanawiał.
- No dobrze-odpowiedział, a Potter uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od bardzo dawna.
- Nie pożałujesz. Obiecuję.
Maglabery kiwnął głową i zapieczętował tym przymierze, wiedząc, że i tak prędzej czy później będzie martwy. Patrząc na chłopaka żałował jaką drogę kiedyś wybrał. Chciał to wszystko naprawić.
Kate Willowes siedziała na brzegu jeziora. Wpatrywała się w bezdenną głębię wody, w której wesoło pływała ogromna kałamarnica. Lubiła przychodzić i patrzeć na beztroskie życie tego stworzenia.
Dziewczyna pochodziła z Francji. Do Hogwartu przyjechała dopiero na trzecim roku. Do tej pory ma wrażenie, że odstaje od swoich przyjaciół. Nigdy nie była taka jak oni. Często jest wredna i nie miła dla nich. Lecz wyjazd Jamesa ze szkoły poczuła bardzo dotkliwie, mimo, że nie była z nim tak blisko jak inni. Dokładnie pamiętała moment, gdy się spotkali.
"Jak codziennie w lato przemierzałam wtedy plażę we Francji. Nudziło mnie to już. Przyjaciół nie miałam, bo zrażałam ludzi swoją zgryźliwością. Szłam, patrząc na morze. Zawsze mnie to uspokajało. Lecz oczywiście trudno jest patrzeć w wodę i nie wpaść na kogoś. Nie. Nie było to tak jak w filmach, gdy dziewczyna i chłopak wpadają na siebie i od razu wielka miłość. Po prostu wleciałam i głośno przeklnęłam zwymyślając od najgorszych nikomu nic nie winnego chłopaka. Jego trzej przyjaciele stali z boku i zwijali się ze śmiechu. A on sam patrzył na to z rozbawieniem.
- Niech księżniczka się nie obraża, bo złość piękności szkodzi- zaśmiał się.
- Z czego się śmiejecie?- warknęłam.- Wszyscy mugole są tacy sami- mruknęłam pod nosem.
- Mugole?- chłopcy roześmiali się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na nich zdezorientowana.
- Czy wy...
- Tak. Jesteśmy czarodziejami. Chodzimy do Hogwartu. Jestem James Potter. To jest Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Petergiew- uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ja jestem Kate Willowes. No to cześć, muszę już iść- powiedziałam szybko i odeszłam.
Nie polubiłam za bardzo tych chłopaków, ale ja nikogo nie lubiłam. Skąd mogłam wiedzieć, że tydzień później mój tata dostanie pracę w Anglii i że wszystko się odwróci tak, że staniemy się przyjaciółmi? Jednak wyszło tak, jak na filmach..."
Czy jakby nie przyjechała do Anglii, wszystko potoczyłoby się lepiej? Czy może by nie cierpiała, ale i nigdy nie zaznała prawdziwego szczczęścia?
Następnego dnia uczniowie jak codziennie spożywali śniadanie przed lekcjami. Huncwoci i dziewczyny jedli patrząc tępo w talerze. Szczęście uszło z nich razem z wyjazdem Jamesa. Nie mieli pojęcia, co mają robić.
- Idę dzisiaj do Dumbledora- oświadczył Syriusz.
- Przecież chodzisz do niego codziennie- zauważył Peter.
Black spojrzał na niego morderczym wzrokiem i wbił ze złością widelec w kiełbaskę.
- Tak nie może być! On musi wrócić!- zaszlochała Dorcas.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy uważał to samo.
W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. Do sali wkroczyło sześciu mężczyzn w czarnych strojach z literami MM wyszytymi na piersiach. Za nim wkroczyła zakapturzona postać w niebieskiej pelerynie.
Dumbledore spojrzał na nich wszystko rozumiejącym wzrokiem, podczas gdy uczniowie wlepiali w nich oczy, jakby przybyli z kosmosu. Dyrektor wyszedł zza stołu i podszedł szybkim krokiem do Jamesa (oczywiście nikt nie wiedział, że to on- dop. aut.). Wymienili kilka słów przyciszonymi głosami i Albus skinął na nich. James ruszył powolnym krokiem do stołu Ślizgonów. Za nim ruszło czterech aurorów, a dwóch pozostało przy wyjściu. Podszedł do Celissy Bartneys, machnął różdżką. Oszołomiona dziewczyna padła na ziemie, od razu podniesiona przez aurora. Następnie udali się do stołu Krukonów i Puchonów czyniąc to samo z dwoma uczniami. Na koniec Potter z jednym aurorem podszedł do stołu Gryfonów, do Huncwotów. Popatrzył chwilę spod kaptura na Petera.
- I on- wyszeptał łamiącym się głosem i oszołomił przyjaciela.
Hogwartczycy patrzyli na to z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Aurorzy związali czwórkę, otoczyli zaklęciami antydeportacyjnymi i cofnęli zaklęcia oszałamiające. Jeden pracownik ministerstwa powiedział donośnie do wszystkich uczniów:
- Na mocy prawa danego czarodziejom, aresztujemy Cellissę Bartneys, Alana Manoky, Bradleya Unicent oraz Petera Petergiew za śmierciożerstwo.
- CO?!- krzyknęli Huncwoci i dziewczyny.
- Peter?- podbiegł Syriusz do Petera i potrząsnął nim rozpaczliwie- Powiedz, że to pomyłka!!!
- Ja... Przepraszam- wyszeptał Glizdogon, spuszczając wzrok.
- Petergiew! Ty kretynie!
Dorcas, Ann, Kate i Lily się popłakały, a Huncwotom zamarły serca, krwawiąc boleśnie.
Ciszę przerwał świst zaklęcia Snape'a przelatującego nad głową Jamesa zwalając mu kaptur. Był to przerażający widok. Jego młodą twarz pokrywały liczne blizny i rany po zaklęciach, które ułożone były jedna obok drugiej. Oczy, które były pod wpływem zaklęcia redukującego wzrok (zamiast okularów dop. aut.) były dziwnie zamglone. Biała cera chłopaka przywodziła na myśl inferiusa. Po minucie przerażony James ruszył do wyjścia. Drogę zastąpili mu Syriusz i Remus. Mieli błagające miny i łzy w oczach.
- Nie zostawiaj nas! Prosimy!- wyszeptał Łapa patrząc mu w oczy.
- Ja nigdy was nie zostawiłem- odpowiedział, spuszczając wzrok.
- James. Popatrz na mnie- poprosił Lupin. Gdy ten spojrzał na niego kontynuował- Potrzebujemy ciebie. Nie rób nam tego.
- Ja... Nie wiem...- wyszeptał, przedarł się między nimi i wybiegł z sali.
- Wy głupcy! Jak mogliście do tego dopuścić!- rozległ się przerażający krzyk.
- Panie... My przepraszamy.. my nie wiedzieliśmy...- powiedział rozdygotanym głosem śmierciożerca.
- Milcz Malfoy! Wszystkim muszę zajmować się sam! Avada kedavra!- jeden z jego sług padł martwy.- Cruccio!- czterech kolejnych padło zwijając się z bólu.
Tego dnia jeszcze długo można było słyszeć krzyczących w mękach śmierciożerców.
Tydzień później, dziewczyny, Syriusz i Remus siedzieli na lekcji obrony przed czarną magią. Mieli podkrążone oczy i zmęczone twarze. Stracili dwóch przyjaciół. Jeden z nich okazał się zdrajcą. To ich przerosło. Prowadzący lekcję Mark Potter, także nie wyglądał za dobrze. Bardzo się martwił o Jamesa. Nawet Zakon Feniksa ostatnio nie miał żadnych informacji od niego. Jakby zniknął.
- Jak wiemy świat czarodziejów jest zagrożony- mówił do Gryfonów i Krukonów.- Doszły nas słuchy, że ostatnio dementorzy przyłączyli się do Lorda Voldemorta. Dlatego chcę was nauczyć się przez nimi bronić. Ktoś wie jak brzmi zaklęcie przeciw nim?
- Expecto Patronum- rozległ się ochrypły głos spod drzwi. Tak bardzo znajomy im głos, zupełnie niespodziewany w tym miejscu.
*************************************************************************
Hej.
Jestem, żyję i kulawo tworzę ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału i że po takim czasie wygląda, jak wygląda. Niestety mam bardzo mało czasu. Szkoła, obiad, rehabilitacje ( tak, ktoś tu ma krzywy kręgosłup :I ), lekcje, nauka i spać. Tak wygląda mój dzień. Lecz mimo wszystko znalazłam ten czas na napisanie rozdziału, więc proszę was bardzo, żebyście znaleźli czas, żeby skomentować rozdział. Bardzo smucił mnie napis pod ostatnim rozdziałem "Brak komentarzy" no, ale cóż. Jeśli jesteście, proszę pokażcie się.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będzie takiej przerwy,
Rogaczka.
- Kim pan jest?
- Dzień dobry. Jestem James Potter, ale to mało istotne. Przybyłem do mojego przyjaciela, ale nie wiem pod którym numerem mieszka. Mogłaby mi pani pomóc? On nazywa się Maglabery.
- O tak oczywiście. Mieszka pod 6.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia- uśmiechnął się James, odwrócił się na pięcie i ruszył pod wskazany numer.
Stojąc przed drzwiami zawahał się. A jeśli to pułapka? Jeśli oni tylko tak mówili, bo wiedzieli, że tam jest? Jeśli jednak Maglabery mu nic nie powie i wyda go Voldemortowi? Westchnął ciężko, wyciągnął różdżkę i zapukał mocno w drzwi. Długo czekał, aż wreszcie za drzwiami rozległ się przyciszony głos:
- Kim jesteś?
- James Potter.
Drzwi powoli się uchyliły i dostrzegł twarz śmierciożercy w szparze, który patrzył na niego niepewnie.
- Ty jesteś od Dumbledore'a?
- Tak.
- Czego chcesz?- zapytał nerwowo.
- To nie jest rozmowa , by prowadzić ją na ulicy. Ktoś może nas usłyszeć. To bardzo ważne.
Minutę mierzyli się wzrokiem, aż Maglabery kiwnął lekko głową i wpuścił go do środka. W mieszkaniu było ciemno. Wszystkie zasłony były zasunięte szczelnie, nie przepuszczając ani jednego promienia słonecznego.
- No to o co chodzi.
- Chcę Ci pomóc. Ty dasz mi nazwiska szpiegów w Hogwarcie, a ja z Dumblodorem pomożemy ci przeżyć- powiedział James patrząc na niego uważnie.
Śmierciożerca prychnął nerwowo i spojrzał na niego zrozpaczony.
- Niby czemu mam ci zaufać? Skąd mam widzieć, że nie jesteś od Czarnego Pana?
- Nie masz żadnej pewności, ale sądzisz, że gdybym był śmierciożercą czekałbym na wyjaśnienia, a nie zabiłbym cię od razu?
- No tak- westchnął.
- Zaufaj mi. Nie masz nic do stracenia. Podsłuchałem rozmowę innych śmierciożerców. Jutro będziesz już martwy. A tak możesz uratować uczniów szkoły i jednocześnie siebie.
Mężczyzna kilka minut się zastanawiał.
- No dobrze-odpowiedział, a Potter uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od bardzo dawna.
- Nie pożałujesz. Obiecuję.
Maglabery kiwnął głową i zapieczętował tym przymierze, wiedząc, że i tak prędzej czy później będzie martwy. Patrząc na chłopaka żałował jaką drogę kiedyś wybrał. Chciał to wszystko naprawić.
Kate Willowes siedziała na brzegu jeziora. Wpatrywała się w bezdenną głębię wody, w której wesoło pływała ogromna kałamarnica. Lubiła przychodzić i patrzeć na beztroskie życie tego stworzenia.
Dziewczyna pochodziła z Francji. Do Hogwartu przyjechała dopiero na trzecim roku. Do tej pory ma wrażenie, że odstaje od swoich przyjaciół. Nigdy nie była taka jak oni. Często jest wredna i nie miła dla nich. Lecz wyjazd Jamesa ze szkoły poczuła bardzo dotkliwie, mimo, że nie była z nim tak blisko jak inni. Dokładnie pamiętała moment, gdy się spotkali.
"Jak codziennie w lato przemierzałam wtedy plażę we Francji. Nudziło mnie to już. Przyjaciół nie miałam, bo zrażałam ludzi swoją zgryźliwością. Szłam, patrząc na morze. Zawsze mnie to uspokajało. Lecz oczywiście trudno jest patrzeć w wodę i nie wpaść na kogoś. Nie. Nie było to tak jak w filmach, gdy dziewczyna i chłopak wpadają na siebie i od razu wielka miłość. Po prostu wleciałam i głośno przeklnęłam zwymyślając od najgorszych nikomu nic nie winnego chłopaka. Jego trzej przyjaciele stali z boku i zwijali się ze śmiechu. A on sam patrzył na to z rozbawieniem.
- Niech księżniczka się nie obraża, bo złość piękności szkodzi- zaśmiał się.
- Z czego się śmiejecie?- warknęłam.- Wszyscy mugole są tacy sami- mruknęłam pod nosem.
- Mugole?- chłopcy roześmiali się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na nich zdezorientowana.
- Czy wy...
- Tak. Jesteśmy czarodziejami. Chodzimy do Hogwartu. Jestem James Potter. To jest Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Petergiew- uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ja jestem Kate Willowes. No to cześć, muszę już iść- powiedziałam szybko i odeszłam.
Nie polubiłam za bardzo tych chłopaków, ale ja nikogo nie lubiłam. Skąd mogłam wiedzieć, że tydzień później mój tata dostanie pracę w Anglii i że wszystko się odwróci tak, że staniemy się przyjaciółmi? Jednak wyszło tak, jak na filmach..."
Czy jakby nie przyjechała do Anglii, wszystko potoczyłoby się lepiej? Czy może by nie cierpiała, ale i nigdy nie zaznała prawdziwego szczczęścia?
Następnego dnia uczniowie jak codziennie spożywali śniadanie przed lekcjami. Huncwoci i dziewczyny jedli patrząc tępo w talerze. Szczęście uszło z nich razem z wyjazdem Jamesa. Nie mieli pojęcia, co mają robić.
- Idę dzisiaj do Dumbledora- oświadczył Syriusz.
- Przecież chodzisz do niego codziennie- zauważył Peter.
Black spojrzał na niego morderczym wzrokiem i wbił ze złością widelec w kiełbaskę.
- Tak nie może być! On musi wrócić!- zaszlochała Dorcas.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy uważał to samo.
W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. Do sali wkroczyło sześciu mężczyzn w czarnych strojach z literami MM wyszytymi na piersiach. Za nim wkroczyła zakapturzona postać w niebieskiej pelerynie.
Dumbledore spojrzał na nich wszystko rozumiejącym wzrokiem, podczas gdy uczniowie wlepiali w nich oczy, jakby przybyli z kosmosu. Dyrektor wyszedł zza stołu i podszedł szybkim krokiem do Jamesa (oczywiście nikt nie wiedział, że to on- dop. aut.). Wymienili kilka słów przyciszonymi głosami i Albus skinął na nich. James ruszył powolnym krokiem do stołu Ślizgonów. Za nim ruszło czterech aurorów, a dwóch pozostało przy wyjściu. Podszedł do Celissy Bartneys, machnął różdżką. Oszołomiona dziewczyna padła na ziemie, od razu podniesiona przez aurora. Następnie udali się do stołu Krukonów i Puchonów czyniąc to samo z dwoma uczniami. Na koniec Potter z jednym aurorem podszedł do stołu Gryfonów, do Huncwotów. Popatrzył chwilę spod kaptura na Petera.
- I on- wyszeptał łamiącym się głosem i oszołomił przyjaciela.
Hogwartczycy patrzyli na to z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Aurorzy związali czwórkę, otoczyli zaklęciami antydeportacyjnymi i cofnęli zaklęcia oszałamiające. Jeden pracownik ministerstwa powiedział donośnie do wszystkich uczniów:
- Na mocy prawa danego czarodziejom, aresztujemy Cellissę Bartneys, Alana Manoky, Bradleya Unicent oraz Petera Petergiew za śmierciożerstwo.
- CO?!- krzyknęli Huncwoci i dziewczyny.
- Peter?- podbiegł Syriusz do Petera i potrząsnął nim rozpaczliwie- Powiedz, że to pomyłka!!!
- Ja... Przepraszam- wyszeptał Glizdogon, spuszczając wzrok.
- Petergiew! Ty kretynie!
Dorcas, Ann, Kate i Lily się popłakały, a Huncwotom zamarły serca, krwawiąc boleśnie.
Ciszę przerwał świst zaklęcia Snape'a przelatującego nad głową Jamesa zwalając mu kaptur. Był to przerażający widok. Jego młodą twarz pokrywały liczne blizny i rany po zaklęciach, które ułożone były jedna obok drugiej. Oczy, które były pod wpływem zaklęcia redukującego wzrok (zamiast okularów dop. aut.) były dziwnie zamglone. Biała cera chłopaka przywodziła na myśl inferiusa. Po minucie przerażony James ruszył do wyjścia. Drogę zastąpili mu Syriusz i Remus. Mieli błagające miny i łzy w oczach.
- Nie zostawiaj nas! Prosimy!- wyszeptał Łapa patrząc mu w oczy.
- Ja nigdy was nie zostawiłem- odpowiedział, spuszczając wzrok.
- James. Popatrz na mnie- poprosił Lupin. Gdy ten spojrzał na niego kontynuował- Potrzebujemy ciebie. Nie rób nam tego.
- Ja... Nie wiem...- wyszeptał, przedarł się między nimi i wybiegł z sali.
- Wy głupcy! Jak mogliście do tego dopuścić!- rozległ się przerażający krzyk.
- Panie... My przepraszamy.. my nie wiedzieliśmy...- powiedział rozdygotanym głosem śmierciożerca.
- Milcz Malfoy! Wszystkim muszę zajmować się sam! Avada kedavra!- jeden z jego sług padł martwy.- Cruccio!- czterech kolejnych padło zwijając się z bólu.
Tego dnia jeszcze długo można było słyszeć krzyczących w mękach śmierciożerców.
Tydzień później, dziewczyny, Syriusz i Remus siedzieli na lekcji obrony przed czarną magią. Mieli podkrążone oczy i zmęczone twarze. Stracili dwóch przyjaciół. Jeden z nich okazał się zdrajcą. To ich przerosło. Prowadzący lekcję Mark Potter, także nie wyglądał za dobrze. Bardzo się martwił o Jamesa. Nawet Zakon Feniksa ostatnio nie miał żadnych informacji od niego. Jakby zniknął.
- Jak wiemy świat czarodziejów jest zagrożony- mówił do Gryfonów i Krukonów.- Doszły nas słuchy, że ostatnio dementorzy przyłączyli się do Lorda Voldemorta. Dlatego chcę was nauczyć się przez nimi bronić. Ktoś wie jak brzmi zaklęcie przeciw nim?
- Expecto Patronum- rozległ się ochrypły głos spod drzwi. Tak bardzo znajomy im głos, zupełnie niespodziewany w tym miejscu.
*************************************************************************
Hej.
Jestem, żyję i kulawo tworzę ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału i że po takim czasie wygląda, jak wygląda. Niestety mam bardzo mało czasu. Szkoła, obiad, rehabilitacje ( tak, ktoś tu ma krzywy kręgosłup :I ), lekcje, nauka i spać. Tak wygląda mój dzień. Lecz mimo wszystko znalazłam ten czas na napisanie rozdziału, więc proszę was bardzo, żebyście znaleźli czas, żeby skomentować rozdział. Bardzo smucił mnie napis pod ostatnim rozdziałem "Brak komentarzy" no, ale cóż. Jeśli jesteście, proszę pokażcie się.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będzie takiej przerwy,
Rogaczka.
piątek, 16 września 2016
ROCZNICA BLOGA!
Wyświetlenia: 6112
W sumie postów: z tym 22
Rozdziały: 19
Komentarze: 73
Odbiorcy na świecie:

I wiele innych, ale już po 1-2.
Naprawdę cieszę się, że ze mną jesteście. I powtarzam błaganie: udzielajcie się. A z pośród czytelników chciałam szczególnie podziękować Ann Black, która jest ze mną prawie od początku. Dziękuję! I dziękuję oczywiście wszystkim, którzy tu zaglądają!
Pozdrawiam,
Szczęśliwa Rogaczka.
P.S. Nie sądzicie, że powinnam zmienić wystrój bloga?
P.S.2. Nie sądzicie, że mój pseudonim także trzeba zmienić? :D
poniedziałek, 12 września 2016
15. Nadzieja.
Dorcas Meadowes przemierzała korytarze Hogwartu. Była to ciesząca się życiem dziewczyna. Lecz nie teraz. Przez jej niezbitą maskę szczęścia przebił się smutek i tęsknota. Dor była bardzo tajemnicza. Mało komu się zwierzała ze swoich problemów. Po przyjeździe do Hogwartu na drugim roku zaginął jej pięcioletni braciszek. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Mało kto wiedział, ale jej najlepszym przyjacielem jest James. Od dziecka mieszkają obok siebie. To jemu się zwierzała. Ten kontakt urwał się w tym roku. To on stał się tajemniczy. Skryty. Wszyscy w tym roku oddalili się od siebie, mimo tego, że zdawali się być tak blisko. Sprawcą tego był Lord Voldemort, który radował się strachem wśród czarodziejów. Po dzisiejszym liście od Jamesa miała wątpliwości czy istnieje jeszcze nadzieja na lepsze jutro. Tęskniła bardzo za tą beztroską. Lecz życie było zbyt okrutne, by do niej wrócić.
Przypomniała sobie dzień, w którym poznała Jamesa.
"Jako pięcioletnia dziewczynka byłam bardzo żywiołowa. Rodzice mi to zawsze powtarzali. A, że jestem byt ruchliwa przekonałam się na własnej skórze, kiedy się przewróciłam na chodniku zdzierając boleśnie kolana i skręcając kostkę. Rozpłakałam się, jak to mała dziewczynka. Byłam zbyt daleko od domu, by mnie zobaczyli rodzice i bym tam doszła. Lecz jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Podbiegł do mnie chłopiec o kruczoczarnych włosach, chyba w moim wieku. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Cześć. Jestem James, a ty?
- Dorcas- wychlipałam.
Wyciągnął do mnie rękę, ja ją przyjęłam i pomógł mi wstać.
- Mocno boli?
- Tak.
- Pomogę ci dojść do domu. Gdzie mieszkasz?
- Pod numerem 4.
- Oooo to super, bo ja pod 5- ucieszył się chłopiec.
Zaprowadził mnie do domu, a kilka tygodni później staliśmy się nierozłącznym duetem."
A teraz wszystko się popsuło. Niech licho weźmie tego Voldemorta.
Tej nocy była pełnia. Remus nadzwyczaj spokojnie się zachowywał. Huncwoci bali się, że z powodu braku Rogacza, największego zwierzęcia z nich trudno będzie go opanować, ale tak się nie stało. Nie był zły, tylko podejrzanie radosny, jak nigdy wcześniej. Kiedy wrócili w trójkę do dormitorium od pani Pomfey i zmęczeni kładli się spać była godzina 6:23. Słońce już całkowicie wyszło zza horyzontu. Promienie oświetlały hogwarckie błonia i jezioro, widoczne z okna i słychać było ćwierkot rozmaitych ptaków. Peter podszedł do okna i popatrzył się smutnym wzrokiem na ten krajobraz. Po chwili zasłonił ze złością zasłony i przybity padł na łóżko. Wszyscy już powoli zasypiali, gdy do dormitorium wpadły dziewczyny.
- Co wy jeszcze śpicie?- zdziwiła się Kate.- Przecież zaraz śniadanie.
W odpowiedzi usłyszały warknięcie Syriusza.
- No nic. Wiecie, co? W Hogwarcie są oswojone jelenie!- zwołała podniecona Dor.
- Co?- mruknął Remus z poduszki.
- Jak poszłyśmy na spacer, to z lasu wyszedł taki ogromny ciemny jeleń. Miał takie słodkie obwódki wokół brązowych oczu- paplała Dor.
- Co?!- krzyknęli Huncwoci jednocześnie i zerwali się na równe nogi.
- No..No jeleń- wymamrotała zbita z tropu dziewczyna.
- I co on zrobił?- zapytał przejęty Łapa.
Zdziwione dziewczyny popatrzyły po sobie. Lily wzruszyła do nich ramionami i powiedziała:
- Jak nas zobaczył z początku chciał uciec, ale po chwili podszedł do nas, a my go pogłaskałyśmy. Miał taki ludzki wyraz oczu. Jakby był bardzo smutny.
Huncwoci otworzyli usta. Później szybko chwycili płaszcze (kiedy wrócili nie zdjęli szat) i pobiegli do wyjścia z sypialni.
- A wy dokąd?- zapytała Kate.
- Myy... Idziemy zobaczyć jelenia.
Uniosły brwi, ale nic nie powiedziały. Chłopcy znikli im z oczu, a one po kilku sekundach milczenia poszły do siebie.
Chłopcy biegli tak szybko, że gdy dotarli pod Zakazany Las, zabrakło im tchu.
- Szukajmy!- krzyknął zduszonym głosem Lunatyk.
Rozbiegli się w różne ścieżki lasu i szukali jakiegoś śladu po Rogaczu. Las był pogrążony w mroku i zdawałoby się, że wszystkie stworzenia w nim śpią. Godzinę później zmęczeni i z utraconą nadzieją wyszli z lasu i padli na trawę. Ich twarze ukazywały bezdenną rozpacz i smutek. Byli wrakami ludzi. Gdyby ktoś obok nich przechodził nie poznałby w nich Huncwotów, tych co wiecznie się uśmiechają. Tak wyglądali ludzie, którzy tracili nadzieję. A bez nadziei życie traci sens.
- Patrzcie- szepnął Peter wskazując na pergamin leżący na trawie.- To jest Jamesa!
- Skąd wiesz?- zapytał podniecony Łapa rzucając się na kartkę.- Lunatyk! Zobacz! On ma rację!
- Nie marudź tylko czytaj co tam jest!- ponaglił go Remus, a w jego oczach rozbłysła nadzieja.
- Kartka z pamiętnika Jamesa Pottera.
Każdy dzień mija się z kolejnym. Czas mija, a ja jestem ciągle w pułapce. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy wolno mi mieć jeszcze nadzieję? Nie wiem co myśleć. Z każdą chwilą coraz bardziej odczuwam skutki przeszłości. I wtedy zawsze nasuwa mi się pytanie "dlaczego?" przechodzące miliony razy przez myśli i słowa każdego człowieka od zawsze. Od nicości po kres. Nikt tak naprawdę nie jest pewny odpowiedzi. Więc jaki ma sens szukanie jej, skoro przez to wpadamy tylko w błędne koło, z którego nie da się wyjść? Jaki sens ma to pytanie? Jedno proste słowo, które jest głębią całego istnienia.
Kiedy człowiekowi przydarza się coś złego w życiu, odczuwa strach, niepewność i rozgoryczenie. Później pytamy "dlaczego?". Szukamy obsesyjnie wyjaśnienia i gdy otrzymamy odpowiedź następuje rozczarowanie i strach. Pytamy ponownie "A dlaczego tak, a nie inaczej?" i gubimy się w tym kole. Zamiast pogodzić się z losem obwiniamy innych. Inni pocieszając nas mówią, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Lecz przeznaczenie można zmienić. Los nie jest niczym trwałym. Wszystko zależy od nas.
Właściwie, to nie mam pojęcia po co filozofuję. No i znów jest to pytanie, "dlaczego". Może po to, by wyrzucić z siebie to wszystko, aby choć przez chwilę poczuć się wolny? Możliwe, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Droga jaką wybrałem jest jedynym rozwiązaniem. A może tylko próbuję sobie to wmówić? Bo tak jest łatwiej. Uciec. No bo dlaczego nie zostałem tam, żeby walczyć, by chronić przyjaciół od zła, a błądzę po świecie i ich ranię? I widzicie? Znów to pytanie.
Samotnie wędrując po kraju, będąc sam na sam ze swoimi myślami, powoli rozumiem, że nie powinienem był uciekać. Wmawiam sobie wtedy, że łapanie tych, co są źli, przynosi ulgę, że jestem szczęśliwy. Lecz to tylko złudzenie, krótka satysfakcja. Czuję się się samotny. Nie ma nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Może jednak wrócić? Nie mam pojęcia co robić. A przecież tak bardzo tęsknię...
- O co w tym wszystkim chodzi do cholery?!- zezłościł się Black.
- A o to Łapo- zaczął Lunatyk, który wcześniej cały czas wpatrywał się pustym wzrokiem w chatkę Hagrida, patrząc mu prosto w oczy.- że Rogacz wcale nie pojechał do innej szkoły, tylko uciekł z Hogwartu, żeby nas chronić przed czymś.
- Cholera!- jęknął Syriusz chowając twarz w dłoniach i oddając się rozpaczy.
Nie miał pojęcia co go podkusiło, by po pełni wyjść z lasu i do tego podejść do dziewczyn. Prawdopodobnie tęsknota to któregokolwiek z jego przyjaciół była większa niż wszystko inne. Wiedział, że go nie rozpoznają. Chciał poczuć się na choć jedną chwilę szczęśliwym. A tymczasem to tylko pogorszyło sprawę. Od jakiegoś czasu łapanie śmierciożerców przestało mu sprawiać satysfakcję. Jego myśli wypełniała perspektywa powrotu. Ale przecież nie mógł.
Przemierzał teraz wioskę Little Hangleton, którą miał na liście najczęściej odwiedzanych przez śmierciożerców miejsc, sporządzonej przed ucieczką z Hogwartu. W oddali dostrzegł cieme postacie, więc szybko zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i podszedł bliżej. Usłyszał rozmowę, dzięki, której wreszcie się skupił na zadaniu, jakie sobie postawił.
- Mam przeczucie, że Maglabery chce wydać ślizgońskiego szpiega Dumbledorowi. Musimy mieć na niego oko.
- A ktoś ma pojęcie gdzie on jest?
- Czarny Pan wspomniał coś, że ma dom na Privet Drive w Surrey.
- W takim razie sprawdzimy go jutro, a teraz chodźmy, bo Pan czeka.
I wszyscy teleportowali się. James udał się w wskazane miejsce.
*******************************************************************
Hej.
Ja nie komentuje tej notki, choć wy oczywiście możecie.
Jakiego bohartera następnego?
Pozdrawiam,
Rogaczka.
Przypomniała sobie dzień, w którym poznała Jamesa.
"Jako pięcioletnia dziewczynka byłam bardzo żywiołowa. Rodzice mi to zawsze powtarzali. A, że jestem byt ruchliwa przekonałam się na własnej skórze, kiedy się przewróciłam na chodniku zdzierając boleśnie kolana i skręcając kostkę. Rozpłakałam się, jak to mała dziewczynka. Byłam zbyt daleko od domu, by mnie zobaczyli rodzice i bym tam doszła. Lecz jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Podbiegł do mnie chłopiec o kruczoczarnych włosach, chyba w moim wieku. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Cześć. Jestem James, a ty?
- Dorcas- wychlipałam.
Wyciągnął do mnie rękę, ja ją przyjęłam i pomógł mi wstać.
- Mocno boli?
- Tak.
- Pomogę ci dojść do domu. Gdzie mieszkasz?
- Pod numerem 4.
- Oooo to super, bo ja pod 5- ucieszył się chłopiec.
Zaprowadził mnie do domu, a kilka tygodni później staliśmy się nierozłącznym duetem."
A teraz wszystko się popsuło. Niech licho weźmie tego Voldemorta.
Tej nocy była pełnia. Remus nadzwyczaj spokojnie się zachowywał. Huncwoci bali się, że z powodu braku Rogacza, największego zwierzęcia z nich trudno będzie go opanować, ale tak się nie stało. Nie był zły, tylko podejrzanie radosny, jak nigdy wcześniej. Kiedy wrócili w trójkę do dormitorium od pani Pomfey i zmęczeni kładli się spać była godzina 6:23. Słońce już całkowicie wyszło zza horyzontu. Promienie oświetlały hogwarckie błonia i jezioro, widoczne z okna i słychać było ćwierkot rozmaitych ptaków. Peter podszedł do okna i popatrzył się smutnym wzrokiem na ten krajobraz. Po chwili zasłonił ze złością zasłony i przybity padł na łóżko. Wszyscy już powoli zasypiali, gdy do dormitorium wpadły dziewczyny.
- Co wy jeszcze śpicie?- zdziwiła się Kate.- Przecież zaraz śniadanie.
W odpowiedzi usłyszały warknięcie Syriusza.
- No nic. Wiecie, co? W Hogwarcie są oswojone jelenie!- zwołała podniecona Dor.
- Co?- mruknął Remus z poduszki.
- Jak poszłyśmy na spacer, to z lasu wyszedł taki ogromny ciemny jeleń. Miał takie słodkie obwódki wokół brązowych oczu- paplała Dor.
- Co?!- krzyknęli Huncwoci jednocześnie i zerwali się na równe nogi.
- No..No jeleń- wymamrotała zbita z tropu dziewczyna.
- I co on zrobił?- zapytał przejęty Łapa.
Zdziwione dziewczyny popatrzyły po sobie. Lily wzruszyła do nich ramionami i powiedziała:
- Jak nas zobaczył z początku chciał uciec, ale po chwili podszedł do nas, a my go pogłaskałyśmy. Miał taki ludzki wyraz oczu. Jakby był bardzo smutny.
Huncwoci otworzyli usta. Później szybko chwycili płaszcze (kiedy wrócili nie zdjęli szat) i pobiegli do wyjścia z sypialni.
- A wy dokąd?- zapytała Kate.
- Myy... Idziemy zobaczyć jelenia.
Uniosły brwi, ale nic nie powiedziały. Chłopcy znikli im z oczu, a one po kilku sekundach milczenia poszły do siebie.
Chłopcy biegli tak szybko, że gdy dotarli pod Zakazany Las, zabrakło im tchu.
- Szukajmy!- krzyknął zduszonym głosem Lunatyk.
Rozbiegli się w różne ścieżki lasu i szukali jakiegoś śladu po Rogaczu. Las był pogrążony w mroku i zdawałoby się, że wszystkie stworzenia w nim śpią. Godzinę później zmęczeni i z utraconą nadzieją wyszli z lasu i padli na trawę. Ich twarze ukazywały bezdenną rozpacz i smutek. Byli wrakami ludzi. Gdyby ktoś obok nich przechodził nie poznałby w nich Huncwotów, tych co wiecznie się uśmiechają. Tak wyglądali ludzie, którzy tracili nadzieję. A bez nadziei życie traci sens.
- Patrzcie- szepnął Peter wskazując na pergamin leżący na trawie.- To jest Jamesa!
- Skąd wiesz?- zapytał podniecony Łapa rzucając się na kartkę.- Lunatyk! Zobacz! On ma rację!
- Nie marudź tylko czytaj co tam jest!- ponaglił go Remus, a w jego oczach rozbłysła nadzieja.
- Kartka z pamiętnika Jamesa Pottera.
Każdy dzień mija się z kolejnym. Czas mija, a ja jestem ciągle w pułapce. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy wolno mi mieć jeszcze nadzieję? Nie wiem co myśleć. Z każdą chwilą coraz bardziej odczuwam skutki przeszłości. I wtedy zawsze nasuwa mi się pytanie "dlaczego?" przechodzące miliony razy przez myśli i słowa każdego człowieka od zawsze. Od nicości po kres. Nikt tak naprawdę nie jest pewny odpowiedzi. Więc jaki ma sens szukanie jej, skoro przez to wpadamy tylko w błędne koło, z którego nie da się wyjść? Jaki sens ma to pytanie? Jedno proste słowo, które jest głębią całego istnienia.
Kiedy człowiekowi przydarza się coś złego w życiu, odczuwa strach, niepewność i rozgoryczenie. Później pytamy "dlaczego?". Szukamy obsesyjnie wyjaśnienia i gdy otrzymamy odpowiedź następuje rozczarowanie i strach. Pytamy ponownie "A dlaczego tak, a nie inaczej?" i gubimy się w tym kole. Zamiast pogodzić się z losem obwiniamy innych. Inni pocieszając nas mówią, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Lecz przeznaczenie można zmienić. Los nie jest niczym trwałym. Wszystko zależy od nas.
Właściwie, to nie mam pojęcia po co filozofuję. No i znów jest to pytanie, "dlaczego". Może po to, by wyrzucić z siebie to wszystko, aby choć przez chwilę poczuć się wolny? Możliwe, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Droga jaką wybrałem jest jedynym rozwiązaniem. A może tylko próbuję sobie to wmówić? Bo tak jest łatwiej. Uciec. No bo dlaczego nie zostałem tam, żeby walczyć, by chronić przyjaciół od zła, a błądzę po świecie i ich ranię? I widzicie? Znów to pytanie.
Samotnie wędrując po kraju, będąc sam na sam ze swoimi myślami, powoli rozumiem, że nie powinienem był uciekać. Wmawiam sobie wtedy, że łapanie tych, co są źli, przynosi ulgę, że jestem szczęśliwy. Lecz to tylko złudzenie, krótka satysfakcja. Czuję się się samotny. Nie ma nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Może jednak wrócić? Nie mam pojęcia co robić. A przecież tak bardzo tęsknię...
- O co w tym wszystkim chodzi do cholery?!- zezłościł się Black.
- A o to Łapo- zaczął Lunatyk, który wcześniej cały czas wpatrywał się pustym wzrokiem w chatkę Hagrida, patrząc mu prosto w oczy.- że Rogacz wcale nie pojechał do innej szkoły, tylko uciekł z Hogwartu, żeby nas chronić przed czymś.
- Cholera!- jęknął Syriusz chowając twarz w dłoniach i oddając się rozpaczy.
Nie miał pojęcia co go podkusiło, by po pełni wyjść z lasu i do tego podejść do dziewczyn. Prawdopodobnie tęsknota to któregokolwiek z jego przyjaciół była większa niż wszystko inne. Wiedział, że go nie rozpoznają. Chciał poczuć się na choć jedną chwilę szczęśliwym. A tymczasem to tylko pogorszyło sprawę. Od jakiegoś czasu łapanie śmierciożerców przestało mu sprawiać satysfakcję. Jego myśli wypełniała perspektywa powrotu. Ale przecież nie mógł.
Przemierzał teraz wioskę Little Hangleton, którą miał na liście najczęściej odwiedzanych przez śmierciożerców miejsc, sporządzonej przed ucieczką z Hogwartu. W oddali dostrzegł cieme postacie, więc szybko zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i podszedł bliżej. Usłyszał rozmowę, dzięki, której wreszcie się skupił na zadaniu, jakie sobie postawił.
- Mam przeczucie, że Maglabery chce wydać ślizgońskiego szpiega Dumbledorowi. Musimy mieć na niego oko.
- A ktoś ma pojęcie gdzie on jest?
- Czarny Pan wspomniał coś, że ma dom na Privet Drive w Surrey.
- W takim razie sprawdzimy go jutro, a teraz chodźmy, bo Pan czeka.
I wszyscy teleportowali się. James udał się w wskazane miejsce.
*******************************************************************
Hej.
Ja nie komentuje tej notki, choć wy oczywiście możecie.
Jakiego bohartera następnego?
Pozdrawiam,
Rogaczka.
wtorek, 9 sierpnia 2016
14. Po prostu zapomnieć.
Na pierwszym stał z Huncwotami na tle morza w Brazylii, nad które wybrali się w minione wakacje. Wszyscy śmiali się wesoło i machali do obiektywu.
Na drugim z całą paczką urządzili sobie bitwę na śnieżki na błoniach. Miało to miejsce na trzecim roku, kiedy to wszyscy prowadzili jeszcze beztroskie, wolne od problemów życie.
Na trzecim siedział z Dorcas na kanapie, a z tyłu stała Kate i Ann,. We troje uśmiechali się szeroko jakby sam uśmiech przepędzał zło.
Czwarte zdjęcie było zrobione w tym roku. Obejmował na nim ramieniem Lily. Oboje mieli uśmiechy na twarzach, ale jego był jakby przygaszony, taki pusty.
Na ostatniej fotografii jako pięciolatek stał z rodzicami na tle choinki. Ich szczęście było wyraźne nawet za szybki oprawki.
Stał jak zaklęty i wpatrywał się w nie. Nie świadomie kilka łez wypłynęło z jego oczu. Minęło 10 minut zanim się ocknął. Otarł łzy, które coraz szybciej leciały i spakował szybko zdjęcia do odrębnej kieszeni. W myślach przywołał pergamin i pióro. Napisał list i położył go na łóżku. Rozejrzał się wokoło i zatrzymał się na śpiących przyjaciołach. Poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle i jego oczy niebezpiecznie zaczęły piec. Zawahał się. Ale przecież nie mógł się wycofać. Przecież robił to dla nich.
Chwycił swoją miotłę i wybiegł z dormitorium. Biegł i zatrzymał się dopiero przy bramie Hogwartu. Omiótł spojrzeniem po terenie szkoły. Dostrzedł słupki bramkowe na boisk do quidditcha. Tęsknił za nim. Choć od 5 roku był kapitanem drużyny, w tym roku z powodu jego częstego pobytu w szpitalu jego funkcje objął jego zastępca. Tęsknił za tymi chwilami, gdzie liczył się tylko on i znicz. Czuł wtedy wolność.
Zaśmiał się histerycznie na myśl, że kiedyś jego największym problemem był mecz, albo nawet odrzucenie jego podrywów przez Lily. Ileż to razy wspominała mu, że na świecie byłoby piękniej bez niego. No to masz, co chciałaś- pomyślał smutno. Nigdy nie dał po sobie poznać jak go wtedy raniła. On zrobi dla niej wszystko, ale ona nie wie jeszcze jak mocno ją kocha. Nie miał jej za złe, że wypowiedziała głośno to, czego on był sam świadom.
Ich wszystkich kochał tak bardzo, że aż bolało. Nie pozostało mu więc nic innego, jak wsiąść na miotłę i odlecieć.
- Syriusz? Co tak stoisz?
Ann, Dor, Kate i Lily weszły do dormitorium chłopców, budząc tym samym Petera i Remusa. Syriusz od kilkunastu minut wpatrywał się w pergamin, który zostawił James.
- Gdzie jest James?- szepnęła Lily.
- Łapo, co tam masz?- zapytał Lunatyk.
Ten jakby obudził się z transu, drgnął, podniósł wzrok i bez słowa podał im list opadając na łóżku.
Remus na głos odczytał list. Z każdym słowem jego głos tracił na sile i się załamywał. Kiedy skończył, każdy miał zaszklone oczy.
- Musimy go odnaleźć- powiedział zachrypniętym głosem Syriusz.
- Niby jak? Nawet nie wiemy w którą stronę wyruszył- mruknęła smętnie Dor.
- Wyślijmy do niego list- podsunęła Ann.
- No dobra. I tak niczego innego nie zrobimy- zadecydował Lupin.
Wziął pergamin i orle pióro ze swojej szafki i wspólnie napisali list.
Drogi Jamesie!
Masz rację, jesteśmy wściekli i to bardzo. Jak możesz nam tak robić? Gdzie ty jesteś? Odpowiedz nam! Martwimy się o Ciecie. Co zrobiliśmy nie tak? Powiedz nam, naprawimy to, tylko do cholery wróć! Nie ma żadnego żegnaj. Wróć sam, albo my Cię znajdziemy. Jak możesz twierdzić, że szybko zapomnimy? James! Błagamy! Wróć!
Twoi nic nie rozumiejący przyjaciele (?).
Udali się do sowiarni, gdzie wysłali go szkolną sową.
- Chodźmy na śniadanie. Zaraz lekcje, a i tak niczego nie zrobimy- powiedziała Kate.
Skinęli głowami na znak zgody.
- Chwila. Gdzie Peter?- zdziwiła się Lily.
- Myślałam, że szedł z nami- rozejrzała się Dor jakby spodziewała go ujrzeć.
- Mniejsza o niego. Pewnie poszedł już jeść- westchnął Łapa.
Zamilkli i poszli do Wielkiej Sali.
- Panie mój, on mówi, że młody Potter uciekł z Hogwartu- wyszeptał Lucjusz Malfoy.
- Świetnie. Teraz jest bezbronny nie ma przy nim Dumbledore'a- zaśmiał się Lord Voldemort.- Znajdźcie go.
- Tak jest panie.
Mężczyźni aportowali się z domu w Little Hangleton i zapadła głucha cisza.
Przyjaciele z niecierpliwością oczekiwali odpowiedzi od Jamesa. Ta jednak nie przyszła ani tego dnia ani przez dwa tygodnie, mimo, że codziennie wysyłali po dwa listy o podobnej treści. Podczas śniadania trzy tygodnie później, Remus otrzymał Proroka. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie patronusa-jelenia.
- Ej, słuchajcie.
Tajemniczy łowca śmierciożerców działa na terenie Angli!
W ostatnim czasie złapano jedenastu śmierciożerców. Za każdym razem Łowca wysyła Patronusa- Jelenia do Siedziby Aurorów. Gdy aktualny szef aurorów Alastor Moody wraz ze swoją ekipą przybywa na miejsce wskazane przez owego patronusa znajduje skrępowanych i oszołomionych zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a obok niego drugi magiczny jeleń.
"Nie wiemy kim on jest, ale jesteśmy mu bardzo wdzięczni"- wyznaje jeden z aurorów.
Życzymy szczęścia naszemu tajemniczemu Łowcy. W tych trudnych czasach przydają się tacy ludzie. A tymczasem wojna wisi w powietrzu...(więcej na str. 2)
- Patronus jeleń?- zmarszczył czoło Black.- A czy to nie...
- Wiele osób ma takie patronusy- ostudził jego zapał Remus.
- O czy wy mówicie?- zdziwiła się Lily.
- Nie ważne Evans. Nie powinno cię to obchodzić- warknął Syriusz.
- Hej! Patrzcie!- krzyknęła Kate wskazując na sowę uszatą lądującą obok nich.
- To od Jamesa!- szepnął Lupin i trzęsącymi się rękoma odwiązał list, a sowa od razu odleciała.
Drodzy Syriuszu, Remusie, Glizdogonie, Peterze, Ann, Kate, Lily i Dorcas!
Proszę, nie piszcie więcej listów. Sowy zbyt zwracają na mnie uwagę, a tego nie chcę. Wiem, że to dla was trudna i niezrozumiana sytuacja, ale o mnie się nie martwcie. Radzę sobie doskonale.
Po prostu zapomnijcie.
J.P
Wszyscy patrzyli się tępo w kartkę jakby marzyli, by wyskoczył z niej Rogacz.
- Po prostu zapomnijcie?- zapytał pustym głosem Łapa.
Przed oczami stanęły im wszystkie chwile spędzone z Jamesem. Łapa zerwał się i wybiegł z sali. Przypomniał sobie dzień, w którym się poznali.
Był 1 września. Właśnie jechał do Hogwartu. Jego umysł wypełniła szczęśliwa wizja opuszczenia swojego domu na 10 miesięcy. Szczęście go rozpierało. Uśmiechał się właśnie do siebie, gdy przedział otworzył się i weszły jego kuzynki Narcyza i Bellatrix. Obie miały kpiące uśmiechy na twarzach.
- Witaj Syriuszu.
- Witajcie- wycedził.- Czego chcecie?
- Pamiętaj. Masz trafić do Slitherinu, albo pożałujesz.
- Po moim trupie. Może jeszcze mam dołączyć do tego zapchlonego Czarnego Pana?
- Nie wycieraj swojej gęby Czarnym Panem!- wpadła w furię Bella.- Crucio!- krzyknęła.
Ale w ostatniej chwili, ktoś ją popchnął od tyłu tak, że upadła na podłogę, a zaklęcie trafiło w szybę i ją roztrzaskało. Podniosła się ze złością i już miała rzucić zaklęcie na chłopca stojącego za nią, ale Narcyza chwyciła ją za rękę i powiedziała.
- Opamiętaj się Bello. Będziemy miały kłopoty.
Pociągnęła ją za sobą i po chwili obie zniknęły.
- O rety. Dzięki- wymamrotał Syriusz do chłopca.
- Nie ma za co. Jestem James Potter, a ty?
- Syriusz Black.
Podali sobie ręce i uśmiechnęli się do siebie. Od tej pory byli nierozłączni.
A teraz... Teraz wszystko było nie tak.
* * * * * * *




(dop. aut.- I to są z grubsza te zdjęcia. Tylko do jednego nie mogłam znaleźć odpowiednika)
*******************************************************************************
Hej.
Teraz jest dłużej. Mam nadzieję, że się podoba, bo się starałam.
Dziękuję za te komentarze. Naprawdę są one dla mnie bardzo ważne. Piszcie też na czacie i odpowiadajcie na moje sondy, bo wtedy widzę ile was jest i czy mam dla kogo pisać.
Liczę na komentarze i pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
niedziela, 17 lipca 2016
13. Podjęta decyzja.
Od dnia, w którym miało miejsce zdarzenie zmieniające życie Gryfonów, minęły miesiące. Na dworze zaczęło wesoło świecić słońce chcąc otulić ich swoją radością. Nadszedł marzec.
James Potter od tamtego dnia był widywany jedynie podczas lekcji. Nie sypiał w dormitorium, a na posiłki nie przychodził. Wiele osób na marne próbowało zagadnąć chłopaka o to gdzie się podziewa, gdyż równo z dzwonkiem znikał i nie pojawiał się przed następnymi zajęciami, a na nich siedział w najciemniejszych kątach klasy nie odpowiadając na żadne pytania, chyba, że dotyczyły one danej lekcji. Podejrzewano, że ucieka ze szkoły. Krążyło wiele plotek na jego temat.
Prawda była taka, że James podjął decyzję. Chciał opuścić szkołę. Lecz nie przepisać się do innej. Jego celem byli śmierciożercy i Voldemort. Każdy dzień i noc spędzał w Pokoju Życzeń na przygotowanie się do wędrówki po świecie. Uczył się zaklęć obronnych, leczniczych, klątw i uroków. Aby móc wsadzić do Azkabanu lub zabić jak najwięcej z nich. Czekał tylko na osiągnięcie przez siebie pełnoletności, by spokojnie używać zaklęć po za szkołą i by być niezależnym. Jedynym momentem, w którym dał znak o sobie, miał miejsce 30 stycznia, w urodziny Lily, kiedy to przysłał jej prezent i życzenia przez sowę.
Siódemka przyjaciół Rogacza bardzo się o niego martwiła. Nie wiedzieli co się z nim dzieje. Pozostali Huncwoci nie wiedzieli o istnieniu Pokoju Przychodź-Wychodź, więc mapa im nie pomogła. Codziennie próbowali porozmawiać z Rogaczem. Tylko Peter się nie odzywał i sprawiał wrażenie jakby coś go dręczyło. Dorcas, Ann i Kate przestały się uśmiechać i popadły w rutynę. Remus zmizerniał, a Syriusz był chodzącym widmem. Łapa obwiniał za wszystko Rudą, która miała wielkie wyrzuty sumienia. Nie miała pojęcia jak mogła to zrobić. To był taki impuls, przez który zniszczyła życie Potterowi.
W końcu nadszedł dzień 27 marca. Wieczorem, ku zdziwieniu całej Wielkiej Sali, na kolację wszedł James, który chciał zjeść ostatni posiłek w tej szkole. Miał zamiar wyruszyć o świcie. Nie zważając na spojrzenia usiadł na mniej okupowanej przez Gryfonów części stołu. Natychmiast podeszli do niego Huncwoci karząc zostać dziewczynom na miejscu.
- Rogacz! Gdzie ty się podziewałeś? Dlaczego wszystkich unikasz? Martwimy się o ciebie- krzyknął Łapa rzucając się na Pottera radośnie.- Chyba nie przejąłeś się tym co powiedziała ta ruda małpa?!
Chłopak nie odpowiedział, tylko odepchnął lekko od siebie Blacka i kontynuował kolację. Huncwoci wymienili zmartwione spojrzenia. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zerwał się z miejsca i ruszył za wychodzącym z sali dyrektorem.
- Jamesie Potterze masz tu wszystko wrócić i wszystko nam wyjaśnić!- krzyknął Lunatyk.
Rogacz zastygł w wejściu. Po chwili odwrócił się i powiedział zachrypniętym od długiego milczenia głosem:
- Nic mi nie jest chłopaki. Potrzebowałem to wszystko przemyśleć. Porozmawiamy później!- posłał im sztuczny uśmiech i wyszedł.
- Myśleć? Trzy miesiące?- pokręcił głową Syriusz.- Kiepska wymówka. Mam nadzieję, że nam to wyjaśni.
James złapał dyrektora kawałek od jego gabinetu. Chłopak zdziwił się, że mężczyzna tak szybko tu dotarł. Nie tracąc jednak czasu zawołał do niego:
- Profesorze Dumbledore! Proszę, niech pan poczeka, muszę z panem porozmawiać.
Ten odwrócił się w jego stronę ze swoim dobrotliwym uśmiechem.
- James! Dobrze cię widzieć. Niepokoiliśmy się o ciebie. Chodź, porozmawiamy w moim gabinecie.
Doszli do kamiennej chimery strzegącej wejścia. Mężczyzna podał hasło i weszli po schodach do okrągłego pomieszczenia. Chłopak znał go już na pamięć od pierwszej klasy. Żal mu ścisnął serce na wspomnienie tych beztroskich czasów.
- A więc, o czym chciałeś porozmawiać?
- Mam nadzieję, że dotarła do pana moja ostatnia wiadomość o przeciekach w zaklęciach chroniących Hogwart- zaczął Potter.
- Oczywiście. Wzmocniliśmy ochronę zamku- zapewnił go Albus.
- To dobrze. Chciałem z panem pomówić na temat mojej działalności w Zakonie Feniksa.
- Chcesz zrezygnować?- popatrzył na niego wzrokiem pełnym zrozumienia.
- Nie, dyrektorze. Wręcz przeciwnie.
- Więc słucham- zaintrygował się Dumbledore.
Młody Potter przedstawił swoje plany. Rozpoczęła się długa rozmowa.
W tym samym czasie Huncwoci z dziewczynami również opuścili WS i poszli do dormitorium tych pierwszych. Z napięciem czekali na Rogacza.
- Co on wymyślił?- zezłościła się Kate.
- Gdzie się podział nasz stary Rogacz? Gdzie jest ten roześmiany chłopak, który w każdym ujrzy przede wszystkim dobro? Gdzie się podział nasz przyjaciel? Bo z pewnością teraźniejszy James nim nie jest. W nim nie ma ani krzyty szczęścia, a oczy są puste- powiedział zrozpaczony Lunatyk patrząc na wszystkich bezradnie.
- Tęsknię za nim- westchnął Łapa.
Dziewczyny popatrzyły po sobie zdziwione. Huncwoci nie byli nigdy wylewni w okazywaniu uczuć. Nie odezwały się jednak i po chwili każdy z nich oddał się ponurym myślom. Nikt się nie zorientował, że dzień nastąpił już miejsca nocy. Z zadumy wyrwał ich Potter wchodzący do sypialni. Spojrzał po nich i uśmiechnął się smutno.
- Och... Jesteście wszyscy. To dobrze.
- No więc może nam wreszcie do cholery wyjaśnisz, dlaczego przez trzy miesiące unikasz całej szkoły?!- zdenerwował się nagle Syriusz.
- Już wam mówię- westchnął.- Musiałem to wszystko przemyśleć.
- No i do jakiego wniosku doszedłeś?
- Do takiego, że zmieniam szkołę. Wyjeżdżam za granicę do... mojej ciotki.
Zapadła głucha cisza. Po pół minucie wszyscy na raz wybuchli śmiechem. Tylko on pozostał poważny.
- Z czego się śmiejecie?- oburzył się.
- No... z twojego żartu- odpowiedział Glizdogon dusząc się ze śmiechu.
- Jakiego żartu? Przecież ja mówię poważnie!- krzyknął.
Spojrzeli na niego z rozbawieniem, ale śmiech zamarł im w ustach na widok jego smutnej miny.
- T-t-ty-y m-mówisz p-poważnie- wyjąkał Lunatyk.
- Oczywiście. Wyruszam jutro. A teraz wybaczcie idę spać. Podszedł do swojego łóżka, zgonił z niego Dorcas i zasłonił kotary.
Kiedy w szkole zegar wybił godzinę siódmą ze snu wyrwał się Syriusz. Spojrzał na łóżko przyjaciela, ale ono było puste. Po chwili dostrzegł na nim kartkę. Całkowicie rozbudzony wstał i wziął kartkę. Był to list od Jamesa.
Kochani przyjaciele!
Wiem, że bardzo się dziwicie i może nawet jesteście wściekli, że nawet się nie pożegnałem. Ale tak było łatwiej.
Dor, Ann i Kate. Uśmiechnijcie się, bo z uśmiechem Wam do twarzy.
Lily. To nie Twoja wina, nie słuchaj Syriusza.
Glizdogonie. Nie bój się ludzi. Pokaż się im. Zagadaj wreszcie do Emmy, bo widzę, że Ci się podoba.
Lunatyku. Wbrew temu co myślisz, nie zapomniałem o Twoim problemie. Nie będziecie mnie za pewne widzieć, ale zawsze będę gdzieś w pobliżu, gdy będę potrzebny.
Łapo. Nie martw się. Ze mną będzie dobrze. Nie trać wiary w to, że masz rodzinę. Rozejrzyj się. Zobaczysz, że nie jesteś sam.
Wy szybko zapomnicie o mnie. Mnie będzie trudniej. Ale zapewniam Was, że nie będę tu szukać nowych przyjaciół.
James- Rogacz.
P.S. Bądźcie szczęśliwi.
******************************************************************************
Hejka ;)
Mam nadzieję, że się podobało, bo się starałam. Nie jest ekstra długi, ale dłuższy od tamtego.
Dziękuję za poprzednie komentarze i liczę, że tym razem też się nie zawiodę!
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
James Potter od tamtego dnia był widywany jedynie podczas lekcji. Nie sypiał w dormitorium, a na posiłki nie przychodził. Wiele osób na marne próbowało zagadnąć chłopaka o to gdzie się podziewa, gdyż równo z dzwonkiem znikał i nie pojawiał się przed następnymi zajęciami, a na nich siedział w najciemniejszych kątach klasy nie odpowiadając na żadne pytania, chyba, że dotyczyły one danej lekcji. Podejrzewano, że ucieka ze szkoły. Krążyło wiele plotek na jego temat.
Prawda była taka, że James podjął decyzję. Chciał opuścić szkołę. Lecz nie przepisać się do innej. Jego celem byli śmierciożercy i Voldemort. Każdy dzień i noc spędzał w Pokoju Życzeń na przygotowanie się do wędrówki po świecie. Uczył się zaklęć obronnych, leczniczych, klątw i uroków. Aby móc wsadzić do Azkabanu lub zabić jak najwięcej z nich. Czekał tylko na osiągnięcie przez siebie pełnoletności, by spokojnie używać zaklęć po za szkołą i by być niezależnym. Jedynym momentem, w którym dał znak o sobie, miał miejsce 30 stycznia, w urodziny Lily, kiedy to przysłał jej prezent i życzenia przez sowę.
Siódemka przyjaciół Rogacza bardzo się o niego martwiła. Nie wiedzieli co się z nim dzieje. Pozostali Huncwoci nie wiedzieli o istnieniu Pokoju Przychodź-Wychodź, więc mapa im nie pomogła. Codziennie próbowali porozmawiać z Rogaczem. Tylko Peter się nie odzywał i sprawiał wrażenie jakby coś go dręczyło. Dorcas, Ann i Kate przestały się uśmiechać i popadły w rutynę. Remus zmizerniał, a Syriusz był chodzącym widmem. Łapa obwiniał za wszystko Rudą, która miała wielkie wyrzuty sumienia. Nie miała pojęcia jak mogła to zrobić. To był taki impuls, przez który zniszczyła życie Potterowi.
W końcu nadszedł dzień 27 marca. Wieczorem, ku zdziwieniu całej Wielkiej Sali, na kolację wszedł James, który chciał zjeść ostatni posiłek w tej szkole. Miał zamiar wyruszyć o świcie. Nie zważając na spojrzenia usiadł na mniej okupowanej przez Gryfonów części stołu. Natychmiast podeszli do niego Huncwoci karząc zostać dziewczynom na miejscu.
- Rogacz! Gdzie ty się podziewałeś? Dlaczego wszystkich unikasz? Martwimy się o ciebie- krzyknął Łapa rzucając się na Pottera radośnie.- Chyba nie przejąłeś się tym co powiedziała ta ruda małpa?!
Chłopak nie odpowiedział, tylko odepchnął lekko od siebie Blacka i kontynuował kolację. Huncwoci wymienili zmartwione spojrzenia. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zerwał się z miejsca i ruszył za wychodzącym z sali dyrektorem.
- Jamesie Potterze masz tu wszystko wrócić i wszystko nam wyjaśnić!- krzyknął Lunatyk.
Rogacz zastygł w wejściu. Po chwili odwrócił się i powiedział zachrypniętym od długiego milczenia głosem:
- Nic mi nie jest chłopaki. Potrzebowałem to wszystko przemyśleć. Porozmawiamy później!- posłał im sztuczny uśmiech i wyszedł.
- Myśleć? Trzy miesiące?- pokręcił głową Syriusz.- Kiepska wymówka. Mam nadzieję, że nam to wyjaśni.
James złapał dyrektora kawałek od jego gabinetu. Chłopak zdziwił się, że mężczyzna tak szybko tu dotarł. Nie tracąc jednak czasu zawołał do niego:
- Profesorze Dumbledore! Proszę, niech pan poczeka, muszę z panem porozmawiać.
Ten odwrócił się w jego stronę ze swoim dobrotliwym uśmiechem.
- James! Dobrze cię widzieć. Niepokoiliśmy się o ciebie. Chodź, porozmawiamy w moim gabinecie.
Doszli do kamiennej chimery strzegącej wejścia. Mężczyzna podał hasło i weszli po schodach do okrągłego pomieszczenia. Chłopak znał go już na pamięć od pierwszej klasy. Żal mu ścisnął serce na wspomnienie tych beztroskich czasów.
- A więc, o czym chciałeś porozmawiać?
- Mam nadzieję, że dotarła do pana moja ostatnia wiadomość o przeciekach w zaklęciach chroniących Hogwart- zaczął Potter.
- Oczywiście. Wzmocniliśmy ochronę zamku- zapewnił go Albus.
- To dobrze. Chciałem z panem pomówić na temat mojej działalności w Zakonie Feniksa.
- Chcesz zrezygnować?- popatrzył na niego wzrokiem pełnym zrozumienia.
- Nie, dyrektorze. Wręcz przeciwnie.
- Więc słucham- zaintrygował się Dumbledore.
Młody Potter przedstawił swoje plany. Rozpoczęła się długa rozmowa.
W tym samym czasie Huncwoci z dziewczynami również opuścili WS i poszli do dormitorium tych pierwszych. Z napięciem czekali na Rogacza.
- Co on wymyślił?- zezłościła się Kate.
- Gdzie się podział nasz stary Rogacz? Gdzie jest ten roześmiany chłopak, który w każdym ujrzy przede wszystkim dobro? Gdzie się podział nasz przyjaciel? Bo z pewnością teraźniejszy James nim nie jest. W nim nie ma ani krzyty szczęścia, a oczy są puste- powiedział zrozpaczony Lunatyk patrząc na wszystkich bezradnie.
- Tęsknię za nim- westchnął Łapa.
Dziewczyny popatrzyły po sobie zdziwione. Huncwoci nie byli nigdy wylewni w okazywaniu uczuć. Nie odezwały się jednak i po chwili każdy z nich oddał się ponurym myślom. Nikt się nie zorientował, że dzień nastąpił już miejsca nocy. Z zadumy wyrwał ich Potter wchodzący do sypialni. Spojrzał po nich i uśmiechnął się smutno.
- Och... Jesteście wszyscy. To dobrze.
- No więc może nam wreszcie do cholery wyjaśnisz, dlaczego przez trzy miesiące unikasz całej szkoły?!- zdenerwował się nagle Syriusz.
- Już wam mówię- westchnął.- Musiałem to wszystko przemyśleć.
- No i do jakiego wniosku doszedłeś?
- Do takiego, że zmieniam szkołę. Wyjeżdżam za granicę do... mojej ciotki.
Zapadła głucha cisza. Po pół minucie wszyscy na raz wybuchli śmiechem. Tylko on pozostał poważny.
- Z czego się śmiejecie?- oburzył się.
- No... z twojego żartu- odpowiedział Glizdogon dusząc się ze śmiechu.
- Jakiego żartu? Przecież ja mówię poważnie!- krzyknął.
Spojrzeli na niego z rozbawieniem, ale śmiech zamarł im w ustach na widok jego smutnej miny.
- T-t-ty-y m-mówisz p-poważnie- wyjąkał Lunatyk.
- Oczywiście. Wyruszam jutro. A teraz wybaczcie idę spać. Podszedł do swojego łóżka, zgonił z niego Dorcas i zasłonił kotary.
Kiedy w szkole zegar wybił godzinę siódmą ze snu wyrwał się Syriusz. Spojrzał na łóżko przyjaciela, ale ono było puste. Po chwili dostrzegł na nim kartkę. Całkowicie rozbudzony wstał i wziął kartkę. Był to list od Jamesa.
Kochani przyjaciele!
Wiem, że bardzo się dziwicie i może nawet jesteście wściekli, że nawet się nie pożegnałem. Ale tak było łatwiej.
Dor, Ann i Kate. Uśmiechnijcie się, bo z uśmiechem Wam do twarzy.
Lily. To nie Twoja wina, nie słuchaj Syriusza.
Glizdogonie. Nie bój się ludzi. Pokaż się im. Zagadaj wreszcie do Emmy, bo widzę, że Ci się podoba.
Lunatyku. Wbrew temu co myślisz, nie zapomniałem o Twoim problemie. Nie będziecie mnie za pewne widzieć, ale zawsze będę gdzieś w pobliżu, gdy będę potrzebny.
Łapo. Nie martw się. Ze mną będzie dobrze. Nie trać wiary w to, że masz rodzinę. Rozejrzyj się. Zobaczysz, że nie jesteś sam.
Wy szybko zapomnicie o mnie. Mnie będzie trudniej. Ale zapewniam Was, że nie będę tu szukać nowych przyjaciół.
James- Rogacz.
P.S. Bądźcie szczęśliwi.
******************************************************************************
Hejka ;)
Mam nadzieję, że się podobało, bo się starałam. Nie jest ekstra długi, ale dłuższy od tamtego.
Dziękuję za poprzednie komentarze i liczę, że tym razem też się nie zawiodę!
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
czwartek, 23 czerwca 2016
12. O kilka słów za dużo.
Jeśli masz wrażenie, że życie czasem się wali, to doskonale zrozumiesz sytuację Jamesa Pottera. Zaklęcie co prawda nie było rzucone w niego, ale w jego ukochaną Lily i to jeszcze większy ból. Śmieszne, że tak niedawno użalał się nad sobą i bał się spojrzeć w oczy przyjaciołom. Pojawia się pytanie. Jak wybrać żeby wybrać dobrze? Jeśli powie co wie, zdradzi Zakon, a i tak nie będzie miał pewności czy to wystarczy. Przecież Voldemort nie ma skrupułów. Ale patrząc na Lily nie myślał o niczym innym niż o ratowaniu jej.
I właśnie wtedy stało się coś niebywałego.
Polankę rozświetlił oślepiający blask. Jego liny pękły, a Lily ucichła. Nie tracąc czasu zerwał się z miejsca, wziął ją na ręce i wybiegł z lasu. Biegł zastanawiając się nad tym co się stało.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś ich uratował? Jeśli tak to kto? I przecież usłyszał by go. Nagle jego umysł wypełniły słowa jego ojca:
- Czarodzieje zanim trafią do szkoły nie potrafią kontrolować swojej magii i wtedy zdarzają się wybuchy. Jednak nawet dorośli czarodzieje miewają wybuchy magii pod wpływem jakiś silnych emocji. Rzucają zaklęcia bez różdżek i nie są nawet tego świadomi.
Potrząsnął głową. Nie. Nie ma teraz czasu na głębsze zastanowienia.
- Lily? Jak się czujesz?- zapytał patrząc z troską na dziewczynę.
- A jak myślisz kretynie? Postaw mnie na ziemi- warknęła ta w odpowiedzi.
Chłopak się speszył, postawił ją na trawie i pobiegli dalej. James miał ogromne wyrzuty sumienia, a jej ton głosu przekonał go co do winy.
Nie odzywając się już, weszli razem do Pokoju Wspólnego. Powitał ich krzyk dziewczyn:
- O Merlinie! Lily? Jak ty wyglądasz?
- James, czy to krew?
- Gdzie byliście?
Usiedli w fotelach na przeciwko kominka. Rogacz patrząc w płomienie zaczął rzucać zaklęcia na swoją ranę na policzku. Musiało być to jednak zaklęcie czarnomagiczne, bo nie chciała się zagoić. Evans zaczęła tłumaczyć reszcie co się stało. Po chwili siedem spojrzeń skierowało się w jego stronę. Ten wciąż ze wzrokiem wbitym w ogień przywołał opatrunek i dyptam. Z pozorowanym spokojem opatrzył cięcie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciół.
- James? Co to ma znaczyć? O co w tym wszystkim chodzi?!- napadła na niego Kate.
- W Gryffindorze jest zdrajca- wyszeptał uświadamiając to sobie.
- Zdrajca? Kto?- zdziwił się Syriusz.
- Rzecz w tym, że nie wiem kto- mruknął.
Lily nagle poczerwieniała ze złości i wybuchła:
- A czy to ważne?! To twoja wina!
Po wykrzyczeniu tego i zobaczenie twarzy Jamesa, która wyrażała ogromny ból, załamanie i złość na samego siebie, zatkała usta dłońmi i zrobiła przerażoną minę. Nie chciała mu tego mówić, ale nie wytrzymała.
- Evans, myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem o tym doskonale. Dlatego mam już pewien plan. Wkrótce będziecie bezpieczni- posłał im krzywy uśmiech i wyszedł z wieży.
- Rogacz?! A ty dokąd?!- zawołał za nim Łapa.
- Daj mu ochłonąć- powiedział zmartwiony Lunatyk.- Jak myślicie, co on chce zrobić?
- Nie wiem. Ale Lily nie powinnaś była mu tego mówić. Co cię napadło?- zdenerwował się Syriusz.
- Sama nie wiem.
Tymczasem na polanie śmierciożercy otrząsają się z szoku. Lord Voldemort ryknął wściekle i strzelił zielonym promieniem w najbliżej stojącą Celissę Bartneys.
- Jak mu się to udaje tak łatwo mi uciec?!- wysyczał z wściekłością.- Malfoy! Przekaż wiadomość naszemu szpiegowi, że ma wytropić w jaki sposób mu się to udaje! Nie mogę puścić mu tego płazem!
- Tak jest panie. Chociaż nie ufałbym mu. Przecież to Gryfon i do tego tchórz.
- Nie podważaj mojej decyzji. Jest blisko z Potterem, a to jest przydatne- zaśmiał się złowieszczo.
Z końcem zdania wszyscy opuścili polanę, szybkim krokiem kierując się w głębię lasu, a już po chwili słychać było trzask towarzyszący teleportacji.
Chłopak szedł korytarzami Hogwartu. Nie raz już przemierzał tą drogę. Lecz po raz pierwszy robi to sam. Jego serce przepełnione jest goryczą. Jak mógł ich narazić? Samotna łza popłynęła po jego policzku. Teraz, jak ta łza, jest samotny. Nie może się pogodzić z tym, że musi oddalić się od przyjaciół i z opowieścią Voldemorta. Czy ona jest prawdziwa? Coś mu podpowiadało, że tak. Więc teraz albo dołączy do mordercy, albo umrze. Albo będzie szczęśliwy i narazi przyjaciół, albo będzie cierpiał wiedząc, że są bezpieczniejsi, bo w końcu nie mógł im zapewnić pełnego bezpieczeństwa. Musiał wybierać między tym co dobre a tym, co łatwe. Wiedział, że nigdy nie dołączy do śmierciożerców i nie da umrzeć bliskim z jego powodu.
Ze swoim wyborem stanął pod ścianą na siódmym piętrze. Obszedł ją trzy razy i pojawiły się przed nim wielkie drzwi. Otworzył je.
Czas rozpocząć wypełnianie swojego planu. Czas zmierzyć się z losem. Czas walczyć w imię dobra.
*******************************************************************************
Hej ;) Jeszcze ktoś tu jest i czyta?
Rozdział raczej krótki, ale jest. W tym oto momencie rozkręcam się z akcją. Myślę, że teraz będzie tylko lepiej.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Proszę, dawajcie znak o sobie. Nawet nie wiecie jak się ciężko pisze jeśli pod poprzednim postem przez miesiąc widniał napis "Brak komentarzy", aż wreszcie się pojawił "1 komentarz".
Właśnie dlatego chciałam podziękować Ann Black za ten komentarz. Dziękuję! Dodałaś mi sił!
Pozdrawiam i liczę na komentarze!
Wasza Rogaczka :)
I właśnie wtedy stało się coś niebywałego.
Polankę rozświetlił oślepiający blask. Jego liny pękły, a Lily ucichła. Nie tracąc czasu zerwał się z miejsca, wziął ją na ręce i wybiegł z lasu. Biegł zastanawiając się nad tym co się stało.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś ich uratował? Jeśli tak to kto? I przecież usłyszał by go. Nagle jego umysł wypełniły słowa jego ojca:
- Czarodzieje zanim trafią do szkoły nie potrafią kontrolować swojej magii i wtedy zdarzają się wybuchy. Jednak nawet dorośli czarodzieje miewają wybuchy magii pod wpływem jakiś silnych emocji. Rzucają zaklęcia bez różdżek i nie są nawet tego świadomi.
Potrząsnął głową. Nie. Nie ma teraz czasu na głębsze zastanowienia.
- Lily? Jak się czujesz?- zapytał patrząc z troską na dziewczynę.
- A jak myślisz kretynie? Postaw mnie na ziemi- warknęła ta w odpowiedzi.
Chłopak się speszył, postawił ją na trawie i pobiegli dalej. James miał ogromne wyrzuty sumienia, a jej ton głosu przekonał go co do winy.
Nie odzywając się już, weszli razem do Pokoju Wspólnego. Powitał ich krzyk dziewczyn:
- O Merlinie! Lily? Jak ty wyglądasz?
- James, czy to krew?
- Gdzie byliście?
Usiedli w fotelach na przeciwko kominka. Rogacz patrząc w płomienie zaczął rzucać zaklęcia na swoją ranę na policzku. Musiało być to jednak zaklęcie czarnomagiczne, bo nie chciała się zagoić. Evans zaczęła tłumaczyć reszcie co się stało. Po chwili siedem spojrzeń skierowało się w jego stronę. Ten wciąż ze wzrokiem wbitym w ogień przywołał opatrunek i dyptam. Z pozorowanym spokojem opatrzył cięcie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciół.
- James? Co to ma znaczyć? O co w tym wszystkim chodzi?!- napadła na niego Kate.
- W Gryffindorze jest zdrajca- wyszeptał uświadamiając to sobie.
- Zdrajca? Kto?- zdziwił się Syriusz.
- Rzecz w tym, że nie wiem kto- mruknął.
Lily nagle poczerwieniała ze złości i wybuchła:
- A czy to ważne?! To twoja wina!
Po wykrzyczeniu tego i zobaczenie twarzy Jamesa, która wyrażała ogromny ból, załamanie i złość na samego siebie, zatkała usta dłońmi i zrobiła przerażoną minę. Nie chciała mu tego mówić, ale nie wytrzymała.
- Evans, myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem o tym doskonale. Dlatego mam już pewien plan. Wkrótce będziecie bezpieczni- posłał im krzywy uśmiech i wyszedł z wieży.
- Rogacz?! A ty dokąd?!- zawołał za nim Łapa.
- Daj mu ochłonąć- powiedział zmartwiony Lunatyk.- Jak myślicie, co on chce zrobić?
- Nie wiem. Ale Lily nie powinnaś była mu tego mówić. Co cię napadło?- zdenerwował się Syriusz.
- Sama nie wiem.
Tymczasem na polanie śmierciożercy otrząsają się z szoku. Lord Voldemort ryknął wściekle i strzelił zielonym promieniem w najbliżej stojącą Celissę Bartneys.
- Jak mu się to udaje tak łatwo mi uciec?!- wysyczał z wściekłością.- Malfoy! Przekaż wiadomość naszemu szpiegowi, że ma wytropić w jaki sposób mu się to udaje! Nie mogę puścić mu tego płazem!
- Tak jest panie. Chociaż nie ufałbym mu. Przecież to Gryfon i do tego tchórz.
- Nie podważaj mojej decyzji. Jest blisko z Potterem, a to jest przydatne- zaśmiał się złowieszczo.
Z końcem zdania wszyscy opuścili polanę, szybkim krokiem kierując się w głębię lasu, a już po chwili słychać było trzask towarzyszący teleportacji.
Chłopak szedł korytarzami Hogwartu. Nie raz już przemierzał tą drogę. Lecz po raz pierwszy robi to sam. Jego serce przepełnione jest goryczą. Jak mógł ich narazić? Samotna łza popłynęła po jego policzku. Teraz, jak ta łza, jest samotny. Nie może się pogodzić z tym, że musi oddalić się od przyjaciół i z opowieścią Voldemorta. Czy ona jest prawdziwa? Coś mu podpowiadało, że tak. Więc teraz albo dołączy do mordercy, albo umrze. Albo będzie szczęśliwy i narazi przyjaciół, albo będzie cierpiał wiedząc, że są bezpieczniejsi, bo w końcu nie mógł im zapewnić pełnego bezpieczeństwa. Musiał wybierać między tym co dobre a tym, co łatwe. Wiedział, że nigdy nie dołączy do śmierciożerców i nie da umrzeć bliskim z jego powodu.
Ze swoim wyborem stanął pod ścianą na siódmym piętrze. Obszedł ją trzy razy i pojawiły się przed nim wielkie drzwi. Otworzył je.
Czas rozpocząć wypełnianie swojego planu. Czas zmierzyć się z losem. Czas walczyć w imię dobra.
*******************************************************************************
Hej ;) Jeszcze ktoś tu jest i czyta?
Rozdział raczej krótki, ale jest. W tym oto momencie rozkręcam się z akcją. Myślę, że teraz będzie tylko lepiej.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Proszę, dawajcie znak o sobie. Nawet nie wiecie jak się ciężko pisze jeśli pod poprzednim postem przez miesiąc widniał napis "Brak komentarzy", aż wreszcie się pojawił "1 komentarz".
Właśnie dlatego chciałam podziękować Ann Black za ten komentarz. Dziękuję! Dodałaś mi sił!
Pozdrawiam i liczę na komentarze!
Wasza Rogaczka :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
