Zawieszam blog do czasu nieokreślonego. Dziękuję tym, co czytali i komentowali moje posty, choć tych komentujących było niewielu. Może to mnie skłoniło do przerwania, nie wiem. Wiem, że strasznie wyjechałam po za schemat, ale o to właśnie chodziło. Będę chciała od czasu do czasu poprawić swoje stare posty, bo być może to one odstraszają czytelników, tego też nie wiem.
Pozdrawiam serdecznie, i mam nadzieję do zobaczenia! Ciał wizzards!
środa, 7 lutego 2018
niedziela, 17 września 2017
20. Uczucia.
Po ocknięciu się Jamesa, nadzieja wstąpiła w przyjaciół na nowo. Zawołali lekarza i czekali jak ten skończy go badać.
- Za kilka dni powinien się obudzić i wtedy będziemy wszystko wiedzieć- uśmiechnął się do nich pocieszająco i wyszedł.
Przyjaciele zagłębili się w myślach. Czy Rogacz po tym wszystkim nadal będzie tym samym chłopakiem, którego znali? Czy on wróci do nich? Nie mieli pojęcia co dokładnie robił przez ostatnich kilka miesięcy. Nie mogli jednak nadziwić się jego odwadze. Potrafił porzucić swoje szczęście w imię swoich przyjaciół. Bezinteresownie. Nie wahał się poświęcić życie za Syriusza. Nie mieli pojęcia jakim cudem przeżył śmiertelne zaklęcie. Nigdy wcześniej nikt go nie przeżył. Co za moc drzemie w ciele zaledwie siedemnastoletniego czarodzieja? Czy to przypadek, czy drga szansa od losu? Tyle pytań na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Jednak siedzieli przy nim i czekali. Tak bardzo za nim tęsknili. Z niecierpliwością patrzyli na chłopaka. Każdy jego oddech, każde drgnięcie, uważali za cud. Nie mogli doczekać się momentu, w którym obudzi się, a oni będą mogli powiedzieć mu jak bardzo go kochają, przytulić go i usłyszeć od niego obietnicę,że nigdy więcej ich nie zostawi. Brakowało im jego huncwockiego uśmiechu, blasku w oczach kiedy opowiadał o quidditchu. Brakowało im radosnego głosu, śmiechu. Po prostu jego.
Time skip
James powoli rozchylał oczy. Wiedział, że gdy tylko to zrobi spotka się z oskarżycielskimi spojrzeniami przyjaciół. Zaczną się pytania, na które nie będzie mógł odpowiedzieć. Zobaczy w ich oczach tęsknotę, która może go złamać. Wiedział, że gdy spojrzy na swojego brata ujrzy wyrzuty sumienia. Wiedział, że w nich wszystkich ujrzy rozczarowanie. Wiedział, że zostawiając ich, nie tylko jemu będzie ciężko. Mimo to starał się o tym nie myśleć. Uniósł powieki, wiedząc, że musi się z tym wszystkim zmierzyć. Bał się tego. Mimo to, nie poddał się. Jednocześnie czuł radość, że zobaczy ich, że będzie mógł usłyszeć ich głosy, że choć przez chwilę będzie wśród tych, których kocha. Usłyszał przyciszone rozmowy jego przyjaciół. Rozejrzał się ostrożnie i dostrzegł ich wszystkich razem. Mimowolnie jego serce zalała fala ciepła i nadziei. Chciał coś powiedzieć, ale ból uniemożliwiał mu to. Skupił całą swoją wolę na tym i z jego ust wydobyło się przeraźliwie ciche:
- Przepraszam.
Momentalnie wszyscy umilkli. Widział, jak wstrzymują oddech. Jak wpatrują się w niego z troską, tęsknotą i miłością. Po chwili jednak ten szok minął i w sali zapanowały wesołe krzyki, przeplatane dziesiątkami pytań, które rozsadzały mu głowę. Milczał jednak. Nie przeszkadzał mu ten ból. Liczyło się to, że jego przyjaciele są razem z nim. Uśmiechnął się do nich słabo, na co się uciszyli i po prostu wpatrywali się w niego z radością na twarzach. W między czasie przyszedł magomedyk zwabione gwarą.
- Ale proszę się uciszyć! Jak się pan czuje?
- Jakby przebiegło po mnie stado centaurów- wychrypiał.
- Mhm...- wymruczał zapisując coś na pergaminie- No więc tak. Był pan w stanie tzw. śmierci klinicznej. Wie pan co to?- kiedy James przytaknął kontynuował.- Dzisiaj mamy 30 lipca. Zostanie tu pan dopóki bóle nie ustaną i jeśli stan się nie pogorszy- powiedział rzeczowym tonem, ale kiedy skończył podniósł głowę, a w jego oczach zabłysła iskierka.- Tylko jak do licha pan przeżył śmiertelne zaklęcie?! Podobno dostał pan prosto w serce!
Potter zmarszczył brwi i się zastanowił. Jak to możliwe... Na Merlina! Chyba, że... nie...nie, nie, to nie może być to!
- Nie wiem- powiedział jednak.
- W każdym razie... Może zostać tylko jedna osoba w sali- na te słowa wstąpiła w niego ulga, że nie będzie musiał się z nimi zmierzyć na raz.
- Ja zostaję!- krzyknął każdy.
Spojrzeli na niego wyczekująco, ale on dostrzegając wyrzuty sumienia w oczach Syriusza, patrzył tylko na niego.
- Łapo ty zostań.
Ten kiwnął głową, a reszta mamrocząc wyszła z sali.
- Panie Black może pan iść powiadomić profesora Dumbledore'a i pana Pottera, że się obudził.
Syriusz skinął głową po czym oboje wyszli. Rogacz pomimo bólu podniósł głowę i rozejrzał się szybko po sali. Jest. Sięgnął po jego płaszcz, który leżał na krzesełku obok. Przeszył go promieniujący ból po całym ciele. Syknął głośno. Zignorował i to, wpatrując się w pelerynę. jej przód wyglądał jak spalony. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, w pobliżu serca i zamarł.
- Na Merlina!- wciągnął ze sykiem powietrze, a przez jego głowę przepłynęła burza myśli.
Usłyszał otwierające się drzwi, więc szybko odrzucił na swoje miejsce pelerynę i przybrał kamienną twarz, mimo, że jego serce wypełniało przerażenie.
- Coś nie tak? Wezwać magomedyka? Strasznie zbladłeś- powiedział z troską Black.
- Nie.. nie. Jest ok- posłał mu słaby uśmiech.
Lecz niestety nic nie było dobrze.
Tysiące mil od Londynu, gdzieś na Morzu Północnym, jak zawsze panowała przerażająca atmosfera. Fale odbijały się jak w sztormie o brzeg klifu, na którym stał potężna, stara wieża. Wokół niej przez powietrze przepływały stwory w czarnych płaszczach. Niebo było zachmurzone i ciskało błyskawicami. Nikt, któremu życie miłe nie przebywałby dobrowolnie w tym miejscu. W powietrzu na miotłach unosiły się postacie w czarnych pelerynach. Nad około tysiąca tych postaci, górowała jedna. Zupełnie nie przypominała człowieka. Skórę miał białą niczym marmur, a jego czerwone oczy, miały źrenice niczym u węża. Lord Voldemort krzyknął
- Atakować!
I kolorowe promienie z różdżek pomknęły ku Azkabanowi uwalniając pozostałych śmierciożerców. Przez wypełnione burzą powietrze przemknął się przeraźliwy śmiech.
- Zobaczysz kto tu rządzi Dumbledore.
********************************************************************************
Tak. Wiem. Pisałam, że mam rozdział, ale wydawał się tak beznadziejny, że go usunęłam i powstała ta krótka wersja rozdziału. Jak myślicie co było w pelerynie? Co pozwoliło przeżyć Jamesowi?
NIE BĘDZIECIE KOMENTOWAĆ=BRAK ROZDZIAŁU. DUŻO KOMENTARZY=ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ SZYBKO.
- Za kilka dni powinien się obudzić i wtedy będziemy wszystko wiedzieć- uśmiechnął się do nich pocieszająco i wyszedł.
Przyjaciele zagłębili się w myślach. Czy Rogacz po tym wszystkim nadal będzie tym samym chłopakiem, którego znali? Czy on wróci do nich? Nie mieli pojęcia co dokładnie robił przez ostatnich kilka miesięcy. Nie mogli jednak nadziwić się jego odwadze. Potrafił porzucić swoje szczęście w imię swoich przyjaciół. Bezinteresownie. Nie wahał się poświęcić życie za Syriusza. Nie mieli pojęcia jakim cudem przeżył śmiertelne zaklęcie. Nigdy wcześniej nikt go nie przeżył. Co za moc drzemie w ciele zaledwie siedemnastoletniego czarodzieja? Czy to przypadek, czy drga szansa od losu? Tyle pytań na które nie potrafią znaleźć odpowiedzi. Jednak siedzieli przy nim i czekali. Tak bardzo za nim tęsknili. Z niecierpliwością patrzyli na chłopaka. Każdy jego oddech, każde drgnięcie, uważali za cud. Nie mogli doczekać się momentu, w którym obudzi się, a oni będą mogli powiedzieć mu jak bardzo go kochają, przytulić go i usłyszeć od niego obietnicę,że nigdy więcej ich nie zostawi. Brakowało im jego huncwockiego uśmiechu, blasku w oczach kiedy opowiadał o quidditchu. Brakowało im radosnego głosu, śmiechu. Po prostu jego.
Time skip
James powoli rozchylał oczy. Wiedział, że gdy tylko to zrobi spotka się z oskarżycielskimi spojrzeniami przyjaciół. Zaczną się pytania, na które nie będzie mógł odpowiedzieć. Zobaczy w ich oczach tęsknotę, która może go złamać. Wiedział, że gdy spojrzy na swojego brata ujrzy wyrzuty sumienia. Wiedział, że w nich wszystkich ujrzy rozczarowanie. Wiedział, że zostawiając ich, nie tylko jemu będzie ciężko. Mimo to starał się o tym nie myśleć. Uniósł powieki, wiedząc, że musi się z tym wszystkim zmierzyć. Bał się tego. Mimo to, nie poddał się. Jednocześnie czuł radość, że zobaczy ich, że będzie mógł usłyszeć ich głosy, że choć przez chwilę będzie wśród tych, których kocha. Usłyszał przyciszone rozmowy jego przyjaciół. Rozejrzał się ostrożnie i dostrzegł ich wszystkich razem. Mimowolnie jego serce zalała fala ciepła i nadziei. Chciał coś powiedzieć, ale ból uniemożliwiał mu to. Skupił całą swoją wolę na tym i z jego ust wydobyło się przeraźliwie ciche:
- Przepraszam.
Momentalnie wszyscy umilkli. Widział, jak wstrzymują oddech. Jak wpatrują się w niego z troską, tęsknotą i miłością. Po chwili jednak ten szok minął i w sali zapanowały wesołe krzyki, przeplatane dziesiątkami pytań, które rozsadzały mu głowę. Milczał jednak. Nie przeszkadzał mu ten ból. Liczyło się to, że jego przyjaciele są razem z nim. Uśmiechnął się do nich słabo, na co się uciszyli i po prostu wpatrywali się w niego z radością na twarzach. W między czasie przyszedł magomedyk zwabione gwarą.
- Ale proszę się uciszyć! Jak się pan czuje?
- Jakby przebiegło po mnie stado centaurów- wychrypiał.
- Mhm...- wymruczał zapisując coś na pergaminie- No więc tak. Był pan w stanie tzw. śmierci klinicznej. Wie pan co to?- kiedy James przytaknął kontynuował.- Dzisiaj mamy 30 lipca. Zostanie tu pan dopóki bóle nie ustaną i jeśli stan się nie pogorszy- powiedział rzeczowym tonem, ale kiedy skończył podniósł głowę, a w jego oczach zabłysła iskierka.- Tylko jak do licha pan przeżył śmiertelne zaklęcie?! Podobno dostał pan prosto w serce!
Potter zmarszczył brwi i się zastanowił. Jak to możliwe... Na Merlina! Chyba, że... nie...nie, nie, to nie może być to!
- Nie wiem- powiedział jednak.
- W każdym razie... Może zostać tylko jedna osoba w sali- na te słowa wstąpiła w niego ulga, że nie będzie musiał się z nimi zmierzyć na raz.
- Ja zostaję!- krzyknął każdy.
Spojrzeli na niego wyczekująco, ale on dostrzegając wyrzuty sumienia w oczach Syriusza, patrzył tylko na niego.
- Łapo ty zostań.
Ten kiwnął głową, a reszta mamrocząc wyszła z sali.
- Panie Black może pan iść powiadomić profesora Dumbledore'a i pana Pottera, że się obudził.
Syriusz skinął głową po czym oboje wyszli. Rogacz pomimo bólu podniósł głowę i rozejrzał się szybko po sali. Jest. Sięgnął po jego płaszcz, który leżał na krzesełku obok. Przeszył go promieniujący ból po całym ciele. Syknął głośno. Zignorował i to, wpatrując się w pelerynę. jej przód wyglądał jak spalony. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni, w pobliżu serca i zamarł.
- Na Merlina!- wciągnął ze sykiem powietrze, a przez jego głowę przepłynęła burza myśli.
Usłyszał otwierające się drzwi, więc szybko odrzucił na swoje miejsce pelerynę i przybrał kamienną twarz, mimo, że jego serce wypełniało przerażenie.
- Coś nie tak? Wezwać magomedyka? Strasznie zbladłeś- powiedział z troską Black.
- Nie.. nie. Jest ok- posłał mu słaby uśmiech.
Lecz niestety nic nie było dobrze.
Tysiące mil od Londynu, gdzieś na Morzu Północnym, jak zawsze panowała przerażająca atmosfera. Fale odbijały się jak w sztormie o brzeg klifu, na którym stał potężna, stara wieża. Wokół niej przez powietrze przepływały stwory w czarnych płaszczach. Niebo było zachmurzone i ciskało błyskawicami. Nikt, któremu życie miłe nie przebywałby dobrowolnie w tym miejscu. W powietrzu na miotłach unosiły się postacie w czarnych pelerynach. Nad około tysiąca tych postaci, górowała jedna. Zupełnie nie przypominała człowieka. Skórę miał białą niczym marmur, a jego czerwone oczy, miały źrenice niczym u węża. Lord Voldemort krzyknął
- Atakować!
I kolorowe promienie z różdżek pomknęły ku Azkabanowi uwalniając pozostałych śmierciożerców. Przez wypełnione burzą powietrze przemknął się przeraźliwy śmiech.
- Zobaczysz kto tu rządzi Dumbledore.
********************************************************************************
Tak. Wiem. Pisałam, że mam rozdział, ale wydawał się tak beznadziejny, że go usunęłam i powstała ta krótka wersja rozdziału. Jak myślicie co było w pelerynie? Co pozwoliło przeżyć Jamesowi?
NIE BĘDZIECIE KOMENTOWAĆ=BRAK ROZDZIAŁU. DUŻO KOMENTARZY=ROZDZIAŁ POJAWI SIĘ SZYBKO.
poniedziałek, 19 czerwca 2017
19. W otchłani wspomnień.
Każdy z nich przestał płakać. Już nie mieli siły. Jakby ich dusze poleciały wraz z duszą Jamesa. Nic nie czuli, nic nie słyszeli. Pozostała pustka. Byli jak w transie. Syriusz trzymał zimną dłoń swojego przyjaciela. Stracił już nadzieję. Chciał umrzeć, ale wiedział, że poświęcenie jego brata mijałoby się wtedy z celem. Nie pozostało mu nic. Wtedy właśnie poczuł jak palce Jamesa drgnęły i znów pozostały nieruchome. Krzyknął ze zdziwieniem i z nutką nadziei:
- On poruszył palcami!
Remus spojrzał na niego, a jego oczy były bez wyrazu.
- Syriuszu...Zdawało ci się. On... nie żyje. Nic z tym nie poradzimy- szepnął cicho.
Black spojrzał na nieruchome, zimne i blade ciało młodego Pottera. Resztka jego nadziei została podeptana i rzucona w błoto. Głos teleportacji magomedyków ledwo do nich dotarł. Zostali odsunięci brutalnie od Rogacza. Poczuli jakby ktoś im wyrwał razem z tym poszargane serca. Jakby one zostały przy nim. Po minucie, która wydawała się wiecznością medyk podniósł się i spojrzał na nich. Uśmiechną się pokrzepiająco. Syriusz i Remus poczuli wypełniającą ich furię. Wściekłość zastąpiła na chwilę smutek i wybudzili się z transu. Nie mogli pojąć jak on może wysyłać uśmiechy do nich, kiedy to stracili najważniejszą ich sercom osobę. Jednak ten nie zważał na nich i powiedział:
- To co go spotkało mugole określają jako śmierć kliniczną*.
- Zaraz... Co?- zapytał Mark Potter.
- A to, że on żyje- jego uśmiech się poszerzył jeszcze bardziej i przez ciemną rzeczywistość przebiło się słońce.
James:
Zanim wszystko pochłonęła jasność ujrzałem twarze ludzi będących na łące.
- Mama? Tata?- zapytałem.
Mój głos drżał i był nienaturalnie piękny. W klatce piersiowej poczułem niebywałe ciepło. Jak to możliwe? Przecież oni nie żyją. Umarłem? Pomyślałem o moich bliskich. Zostawiłem ich. Nie będę mógł już ich chronić. Pomyślałem o tym, jak muszą się w tej chwili czuć. Co ja bym czuł na ich miejscu. Wtedy ta światłość pociągnęła mnie w dół. Byłem zdezorientowany. Jasność ponownie zniknęła i pojawiła się ciemność. Przez moją głowę przepłynęły wspomnienia.
Trzyletnie dziecko biegnie przez park w stronę siedzącej na kocu kobiety.
- Mamo! Mamo! Widziałem wiewiólkę**!
Kobieta zaśmiała się i spojrzała z czułością na swojego synka. Złapała go w swoje ramiona i przytuliła mocno.
- Kocham cię mamusiu- powiedział chłopczyk uśmiechając się radośnie.
- Ja ciebie też synku i nigdy nie przestanę.
~~~~~~~~~~~~
Wzdłuż plaży przechadzało się małżeństwo. Pośrodku nich szło pięcioletnie dziecko trzymając obu rodziców za rękę.
- Tatusiu. Opowiedz mi o swojej pracy, plooszę-powiedział chłopczyk robiąc słodkie oczka w stronę mężczyzny.
Ten uśmiechnął się i powiedział:
- Widzisz Jim. Na świecie są ludzie dobrzy i ludzie źli. My staramy się, aby tych złych było jak najmniej i żeby każdy mógł czuć się bezpiecznie.
- Czyli ty jesteś takim supermenem, prawda tato?
Mężczyzna roześmiał się i potargał swojemu synowi włosy.
- Pamiętaj Jimmy. Choćby nie układałoby ci się w życiu, nie zejdź nigdy na tą złą stronę. Bo warto być dobrym chociaż dla ostatniego człowieka na tej planecie. Dobro zawsze zwycięży nad złem, tylko trzeba w to głęboko wierzyć.
~~~~~~~~~~
Był ranek dziesięcioletni chłopiec z radością zbiegał do kuchni. To dzisiaj są jego urodziny. Wyjątkowy dzień. Rodzice mieli ostatnio dużo pracy, dlatego cieszył się na wspólnie spędzony dzień. Wszedł do kuchni, ale tam dostrzegł tylko gosposię. Uśmiech mu lekko opadł, lecz wciąż nie pozwalał mu zniknąć.
- Dzień dobry James. Wszystkiego najlepszego!- krzyknęła radośnie pani Mathiew.
- Dzień dobry. Gdzie są rodzice?
Gosposia spojrzała na niego ze współczuciem i z troską mówiąc:
- Mieli pilne wezwanie. Musieli wyjechać i wrócą dopiero jutro wieczorem.
Chłopak spojrzał na talerz, który przed nim postawiła i wymamrotał:
- Nie jestem głodny.
Ze spuszczonym wzrokiem udał się na górę pozostając tam do końca dnia.
~~~~~~~~~~~
Czternastoletni chłopak wrócił na święta do domu razem ze swoim przyjacielem Syriuszem. Otworzył drzwi do willi i krzyknął:
- Jesteśmy!
Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi zostawił kufer w holu i ruszył do salonu. Jednakże nikogo tam nie zastał. Dostrzegł jedynie kartkę leżącą na stoliku.
Drodzy Jamesie i Syriuszu!
Niezmiernie nam przykro, że nie możemy spędzić tych świąt razem i że dowiadujecie się o tym dopiero teraz, ale mieliśmy pilne wezwanie. Będziemy dopiero za kilka dni. Jeśli chcecie to wróćcie się do Hogwartu lub zostańcie. Mam nadzieję, że mimo wszystko mile spędzicie te święta. Więc... wesołych świąt!
Wtedy poczułem jak moim ciałem wstrząsają dreszcze. W klatce piersiowej ogarnął mnie ból. Ledwo mogłem oddychać. Spostrzegłem, że moje ociężałe powieki drgają. Spróbowałem więc je podnieść. Udało mi się dopiero za piątym razem. Jak przez mgłę widziałem postacie nade mną i po chwili usłyszałem głos jakby z oddali.
- Obudził się!
I wtedy zemdlałem.
*******************************************************************************
*śmierć kliniczna- jest to stan w którym zatrzymuje się praca wszystkich narządów oprócz mózgu. Dlatego Lunatyk nie wyczuł pulsu. Osoby będące w stanie śmierci klinicznej mogą "ujrzeć raj". Jeśli stan utrzymuje się dłużej niż kilka minut dochodzi do niedotleniania mózgu, więc i do paraliżu ciała.
**błąd zrobiony celowo
*********************************************************************************
Ymmm... hej? Jesteście tam? Tylko proszę nie bijcie. Jak myślicie, dlaczego James przeżył?
- On poruszył palcami!
Remus spojrzał na niego, a jego oczy były bez wyrazu.
- Syriuszu...Zdawało ci się. On... nie żyje. Nic z tym nie poradzimy- szepnął cicho.
Black spojrzał na nieruchome, zimne i blade ciało młodego Pottera. Resztka jego nadziei została podeptana i rzucona w błoto. Głos teleportacji magomedyków ledwo do nich dotarł. Zostali odsunięci brutalnie od Rogacza. Poczuli jakby ktoś im wyrwał razem z tym poszargane serca. Jakby one zostały przy nim. Po minucie, która wydawała się wiecznością medyk podniósł się i spojrzał na nich. Uśmiechną się pokrzepiająco. Syriusz i Remus poczuli wypełniającą ich furię. Wściekłość zastąpiła na chwilę smutek i wybudzili się z transu. Nie mogli pojąć jak on może wysyłać uśmiechy do nich, kiedy to stracili najważniejszą ich sercom osobę. Jednak ten nie zważał na nich i powiedział:
- To co go spotkało mugole określają jako śmierć kliniczną*.
- Zaraz... Co?- zapytał Mark Potter.
- A to, że on żyje- jego uśmiech się poszerzył jeszcze bardziej i przez ciemną rzeczywistość przebiło się słońce.
James:
Zanim wszystko pochłonęła jasność ujrzałem twarze ludzi będących na łące.
- Mama? Tata?- zapytałem.
Mój głos drżał i był nienaturalnie piękny. W klatce piersiowej poczułem niebywałe ciepło. Jak to możliwe? Przecież oni nie żyją. Umarłem? Pomyślałem o moich bliskich. Zostawiłem ich. Nie będę mógł już ich chronić. Pomyślałem o tym, jak muszą się w tej chwili czuć. Co ja bym czuł na ich miejscu. Wtedy ta światłość pociągnęła mnie w dół. Byłem zdezorientowany. Jasność ponownie zniknęła i pojawiła się ciemność. Przez moją głowę przepłynęły wspomnienia.
Trzyletnie dziecko biegnie przez park w stronę siedzącej na kocu kobiety.
- Mamo! Mamo! Widziałem wiewiólkę**!
Kobieta zaśmiała się i spojrzała z czułością na swojego synka. Złapała go w swoje ramiona i przytuliła mocno.
- Kocham cię mamusiu- powiedział chłopczyk uśmiechając się radośnie.
- Ja ciebie też synku i nigdy nie przestanę.
~~~~~~~~~~~~
Wzdłuż plaży przechadzało się małżeństwo. Pośrodku nich szło pięcioletnie dziecko trzymając obu rodziców za rękę.
- Tatusiu. Opowiedz mi o swojej pracy, plooszę-powiedział chłopczyk robiąc słodkie oczka w stronę mężczyzny.
Ten uśmiechnął się i powiedział:
- Widzisz Jim. Na świecie są ludzie dobrzy i ludzie źli. My staramy się, aby tych złych było jak najmniej i żeby każdy mógł czuć się bezpiecznie.
- Czyli ty jesteś takim supermenem, prawda tato?
Mężczyzna roześmiał się i potargał swojemu synowi włosy.
- Pamiętaj Jimmy. Choćby nie układałoby ci się w życiu, nie zejdź nigdy na tą złą stronę. Bo warto być dobrym chociaż dla ostatniego człowieka na tej planecie. Dobro zawsze zwycięży nad złem, tylko trzeba w to głęboko wierzyć.
~~~~~~~~~~
Był ranek dziesięcioletni chłopiec z radością zbiegał do kuchni. To dzisiaj są jego urodziny. Wyjątkowy dzień. Rodzice mieli ostatnio dużo pracy, dlatego cieszył się na wspólnie spędzony dzień. Wszedł do kuchni, ale tam dostrzegł tylko gosposię. Uśmiech mu lekko opadł, lecz wciąż nie pozwalał mu zniknąć.
- Dzień dobry James. Wszystkiego najlepszego!- krzyknęła radośnie pani Mathiew.
- Dzień dobry. Gdzie są rodzice?
Gosposia spojrzała na niego ze współczuciem i z troską mówiąc:
- Mieli pilne wezwanie. Musieli wyjechać i wrócą dopiero jutro wieczorem.
Chłopak spojrzał na talerz, który przed nim postawiła i wymamrotał:
- Nie jestem głodny.
Ze spuszczonym wzrokiem udał się na górę pozostając tam do końca dnia.
~~~~~~~~~~~
Czternastoletni chłopak wrócił na święta do domu razem ze swoim przyjacielem Syriuszem. Otworzył drzwi do willi i krzyknął:
- Jesteśmy!
Nie usłyszawszy żadnej odpowiedzi zostawił kufer w holu i ruszył do salonu. Jednakże nikogo tam nie zastał. Dostrzegł jedynie kartkę leżącą na stoliku.
Drodzy Jamesie i Syriuszu!
Niezmiernie nam przykro, że nie możemy spędzić tych świąt razem i że dowiadujecie się o tym dopiero teraz, ale mieliśmy pilne wezwanie. Będziemy dopiero za kilka dni. Jeśli chcecie to wróćcie się do Hogwartu lub zostańcie. Mam nadzieję, że mimo wszystko mile spędzicie te święta. Więc... wesołych świąt!
Wtedy poczułem jak moim ciałem wstrząsają dreszcze. W klatce piersiowej ogarnął mnie ból. Ledwo mogłem oddychać. Spostrzegłem, że moje ociężałe powieki drgają. Spróbowałem więc je podnieść. Udało mi się dopiero za piątym razem. Jak przez mgłę widziałem postacie nade mną i po chwili usłyszałem głos jakby z oddali.
- Obudził się!
I wtedy zemdlałem.
*******************************************************************************
*śmierć kliniczna- jest to stan w którym zatrzymuje się praca wszystkich narządów oprócz mózgu. Dlatego Lunatyk nie wyczuł pulsu. Osoby będące w stanie śmierci klinicznej mogą "ujrzeć raj". Jeśli stan utrzymuje się dłużej niż kilka minut dochodzi do niedotleniania mózgu, więc i do paraliżu ciała.
**błąd zrobiony celowo
*********************************************************************************
Ymmm... hej? Jesteście tam? Tylko proszę nie bijcie. Jak myślicie, dlaczego James przeżył?
poniedziałek, 13 lutego 2017
18. Poświęcenie.
Cztery dziewczyny pędziły przed siebie. Nie zważając na uderzające je gałęzie brnęły dalej. W ich oczach malował się strach, a oddech nienaturalnie, nawet jak na bieg, przyspieszył. Każda z nich pędziła w jednym celu. Musiały sprowadzić pomoc. Musiały uratować Jamesa. Po policzkach rudowłosej płynęły słone łzy. Pozostałe nie były w stanie na to się zdobyć. Były bardzo roztrzęsione. Kiedy dotarły wreszcie pod gabinet dyrektora, wyglądały bardzo żałośnie. Miały zadrapania na ciałach oraz obite od upadków kolana. Włosy, które były w nieładzie, ozdobione były licznymi listkami.
- To kto zna hasło?- wysapała roztrzęsionym głosem Dorcas.
- Evans, Williowes, Lorens, Meadowes, co wy tu robicie?- rozległ się głos Marka Pottera.
Zaczęły się przekrzykiwać nawzajem i ich głosy splotły się w jeden wielki hałas. Jednak starszy Potter zdawał się coś z tego usłyszeć, bo przeraźliwie zbladł na twarzy i wysłał patronusa-hipogryfa do dyrektora. Kilkanaście sekund później chimera odsunęła się i wyłonił się z niej Dumbledore.
- Gdzie oni są? Prowadźcie!- powiedział szybko.
W jego oczach zwykle połyskujących wesołym blaskiem nie było ani krzyty wesołości. Nigdy nie widziano go w takiej determinacji. Energia i siła biła od niego, a mimo to widać też było pod nimi zmęczonego, zmartwionego i przygnębionego staruszka. Spojrzenie w jego oczy i muzyka feniksa napływająca z gabinetu sprawiły, że wszyscy momentalnie się uspokoili. Przez ich serca przepłynęła nadzieja. Dziewczyny ochłonęły i odzyskały trzeźwość umysłu. Nie zwlekając popędziły tam, skąd przybyły. Adrenalina buzowała w ich krwi. W Lily, Ann, Dorcas i Kate obudził się duch walki, którego jeszcze chwilę temu nie było. Każda z nich miała nadzieję, a to przecież jest najważniejsze. Kiedy dobiegali na miejsce usłyszeli krzyk mężczyzny. Krzyk przepełniony bólem, niedowierzeniem, wściekłością. Z szalejącymi sercami dotarli na miejsce. To co zobaczyli zdeptało wszystkie resztki nadziei. Zniszczyło im wiarę. Zdruzgotało życie. Dostrzegli błysk teleportującej się osoby, jednak najbardziej oczy przykuwała inna scena. Najsmutniejsza, jaką kiedykolwiek widzieli. Na ziemi u stóp Syriusza leżał James. Jego poniszczona od wielu walk twarz zastygła w bezruchu. Choć oczy miał zamknięte z jego twarzy nie zniknęła pewność siebie, determinacja. Kończyny bezwładnie były rozrzucone wokół tułowia, jakby przed chwilą zasłaniał kogoś rękoma. Sekundę później na kolana obok niego padli Remus oraz Syriusz. Remus wziął nadgarstek przyjaciela i zacisnął dwa palce na jego przegubie. Syriusz wpatrywał się w niego z napięciem i rozpaczą. Kiedy Lunatyk uniósł na niego wzrok, Łapa dostrzegł łzy płynące z jego wypełnionych bólem oczu.
- Niee!!!- ryknął jak zranione zwierzę kładąc twarz na klatce piersiowej swojego najlepszego przyjaciela i brata.
Lupin uczynił ten sam gest, a z gardeł oby chłopaków wydobywał się potężny szloch. Nie mogli uwierzyć, że tak się to skończyło. Przecież mieli jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Tyle dowcipów do wykonania, tyle pełni, w których mieli wspólnie włóczyć się po lesie, tyle nieobgadanych spraw. Stracili przyjaciela. Najlepszego jakiego każdy człowiek mógł sobie wymarzyć. Przyjaciela, który nie wahał się zasłonić przyjaciela przed lecącym w niego śmiertelnym zaklęciem. Przyjaciela wiernego do końca. Ich brata.
- Ty pieprzony bohaterze- wyszlochał Syriusz czując, że jego serce okropnie krwawi.
Nie mógł zrozumieć dlaczego James umarł za niego, kiedy on go ranił. Kiedy on go zawiódł. Nie wybaczy sobie do końca swojego żałosnego życia, że Rogacz poświęcił się dla niego. Nie potrafił przyjąć do swojego zbolałego serca tego, że już nigdy nie usłyszy jego głosu. Nigdy się już razem nie zaśmieją. Nie pokłócą. Nie zrobią już nic razem. Bo dusza Jamesa uleciała gdzieś daleko i patrzy teraz na nich z góry. Na ziemi zostało tylko ciało. Martwe ciało. Serce, które już nigdy nie zabije. Płuca, które już nigdy nie poruszą się w oddechu. Usta, które już niczego nie wypowiedzą. Oczy, które już niczego nie zobaczą. Uszy, które niczego nie usłyszą. Ciało, które już nigdy nie poruszy się. Krew, która zastygła, już nigdy nie poniesie adrenaliny, budząc do szybszej pracy resztę narządów. Ale przede wszystkim. Całość, która już nigdy nie będzie żyła. Wszyscy przyjaciele uklękli obok Rogacza i oddali się temu cierpieniu. Upajali się być może ostatnimi oznakami, że James żył. Na ich myśli wypłynęły wszelakie wspomnienia z nim związane, które jeszcze bardziej wbijały noże w ich serca.
- T-ty nie mogłeś umrzeć! Nie mogłeś as zostawić! Nigdy nas nie zostawiasz- krzyczał Lupin uderzając lekko otwartą dłonią przyjaciela.- Nie możesz, rozumiesz? Nie możesz!- krzyczał dalej, choć w jego gardle urosła gula i dławił się własnymi łzami.
Lily oparła czoło o czoło Pottera i wstrząsana szlochem wymamrotała:
- To przeze mnie. To wszystko się zaczęło ode mnie.
Dorcas głaskała jego dłoń. Zawsze tak robili sobie nawzajem, gdy potrzebowali pocieszenia. Teraz jednak ona szukała bliskości z nim. I szeptała:
- Ty nie mogłeś umrzeć. Obiecaliśmy sobie kiedyś, że będziemy niezniszczalni, pamiętasz?
Ann i Kate przytulały się do siebie i po prostu płakały. Mark stał i wylewał gorzkie łzy tracąc kolejnego i ostatniego członka rodziny, którego darzył miłością jak własnego syna. Albus natomiast stał obok niego i powtarzał sobie w myślach, że nie powinni żałować umarłych, tylko tych, co żyją bez miłości, jednak i to nie pomagało. Nie był w stanie pojąć tego, że zło odebrało życie człowieka, którego serce przepełnione było dobrem i którego to dobro do tej śmierci doprowadziło. Ostatkiem sił powstrzymując łzy, podniósł różdżkę i wysłał patronusa do Świętego Munga.
Bellatrix teleportowała się przed swoim panem z dzikim uśmiechem na ustach. Padła zadowolona przed swoim panem i powiedziała:
- Panie mój. James Potter nie żyje. Zabiłam go.
Na twarz Lorda Voldemorta wypłynął lubieżny uśmiech.
- Doskonale Bello. Zostaniesz nagrodzona, bo jako jedyna wśród bandy tych idiotów zrozumiałaś moje pragnienie, a Lord Voldemort potrafi być wdzięczny.
- To był zaszczyt mój panie- wyszeptała szczęśliwa i odeszła.
- Teraz już spokojnie można dążyć do nieśmiertelności- wysyczał głaszcząc węża długimi palcami po głowie.- Już niedługo Dumbledore. Najlepszy członek twojego zakonu poległ. Teraz kolej na ciebie- zaśmiał się długo, złowieszczo, ale też bez humoru.
Teraz już nikt nie jest bezpieczny...
Tymczasem James Potter czuł, że leci. Przed sobą nie widział nic tylko oślepiającą światłość. Jego świadomość i ciało opanowała nadzwyczajna lekkość. Nagle przestał lecieć, a światłość lekko się rozjaśniła tak, że mógł dostrzec gdzie jest. W tym świetle ujrzał przepiękną łąkę z mnóstwem uroczych kwiatów. W oddali słychać było wesoły świergot ptaków. Wśród nich słyszał też słodki śpiew feniksa. Jego serce zalała fala przyjemnego ciepła. Nic go nie bolało. Był lekki, wypoczęty i spokojny. Ujrzał, że na łące przebywają oprócz niego dwie postacie. Biel nagle wróciła ze zdwojoną siłą i z każdym krokiem coraz mniej widział. Jednak z przymrużonych powiek dostrzegł jeszcze kim są ów osoby.
- Mama? Tata?- zapytał drżącym, ale niebiańsko pięknym głosem...
********************************************************************************
Hej :)
Rozdział znów z poślizgiem, ale znów nie miałam na niego czasu, choć wena była. Jest krótki, dlatego, że nie chciałam popsuć tej aury jakimiś głupotami. Mam nadzieję, że się podobało. Rozdział pozwolę sobie zadedykować Potterównie, Huncwotce, od których zawsze mogę liczyć kilka słów. Dziękuję! Liczę, że nie zawiodę się na was i będą komentarze, bo chyba wprowadzę wymagania co do ilości...
Pozdrawiam, Rogaczka
- To kto zna hasło?- wysapała roztrzęsionym głosem Dorcas.
- Evans, Williowes, Lorens, Meadowes, co wy tu robicie?- rozległ się głos Marka Pottera.
Zaczęły się przekrzykiwać nawzajem i ich głosy splotły się w jeden wielki hałas. Jednak starszy Potter zdawał się coś z tego usłyszeć, bo przeraźliwie zbladł na twarzy i wysłał patronusa-hipogryfa do dyrektora. Kilkanaście sekund później chimera odsunęła się i wyłonił się z niej Dumbledore.
- Gdzie oni są? Prowadźcie!- powiedział szybko.
W jego oczach zwykle połyskujących wesołym blaskiem nie było ani krzyty wesołości. Nigdy nie widziano go w takiej determinacji. Energia i siła biła od niego, a mimo to widać też było pod nimi zmęczonego, zmartwionego i przygnębionego staruszka. Spojrzenie w jego oczy i muzyka feniksa napływająca z gabinetu sprawiły, że wszyscy momentalnie się uspokoili. Przez ich serca przepłynęła nadzieja. Dziewczyny ochłonęły i odzyskały trzeźwość umysłu. Nie zwlekając popędziły tam, skąd przybyły. Adrenalina buzowała w ich krwi. W Lily, Ann, Dorcas i Kate obudził się duch walki, którego jeszcze chwilę temu nie było. Każda z nich miała nadzieję, a to przecież jest najważniejsze. Kiedy dobiegali na miejsce usłyszeli krzyk mężczyzny. Krzyk przepełniony bólem, niedowierzeniem, wściekłością. Z szalejącymi sercami dotarli na miejsce. To co zobaczyli zdeptało wszystkie resztki nadziei. Zniszczyło im wiarę. Zdruzgotało życie. Dostrzegli błysk teleportującej się osoby, jednak najbardziej oczy przykuwała inna scena. Najsmutniejsza, jaką kiedykolwiek widzieli. Na ziemi u stóp Syriusza leżał James. Jego poniszczona od wielu walk twarz zastygła w bezruchu. Choć oczy miał zamknięte z jego twarzy nie zniknęła pewność siebie, determinacja. Kończyny bezwładnie były rozrzucone wokół tułowia, jakby przed chwilą zasłaniał kogoś rękoma. Sekundę później na kolana obok niego padli Remus oraz Syriusz. Remus wziął nadgarstek przyjaciela i zacisnął dwa palce na jego przegubie. Syriusz wpatrywał się w niego z napięciem i rozpaczą. Kiedy Lunatyk uniósł na niego wzrok, Łapa dostrzegł łzy płynące z jego wypełnionych bólem oczu.
- Niee!!!- ryknął jak zranione zwierzę kładąc twarz na klatce piersiowej swojego najlepszego przyjaciela i brata.
Lupin uczynił ten sam gest, a z gardeł oby chłopaków wydobywał się potężny szloch. Nie mogli uwierzyć, że tak się to skończyło. Przecież mieli jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Tyle dowcipów do wykonania, tyle pełni, w których mieli wspólnie włóczyć się po lesie, tyle nieobgadanych spraw. Stracili przyjaciela. Najlepszego jakiego każdy człowiek mógł sobie wymarzyć. Przyjaciela, który nie wahał się zasłonić przyjaciela przed lecącym w niego śmiertelnym zaklęciem. Przyjaciela wiernego do końca. Ich brata.
- Ty pieprzony bohaterze- wyszlochał Syriusz czując, że jego serce okropnie krwawi.
Nie mógł zrozumieć dlaczego James umarł za niego, kiedy on go ranił. Kiedy on go zawiódł. Nie wybaczy sobie do końca swojego żałosnego życia, że Rogacz poświęcił się dla niego. Nie potrafił przyjąć do swojego zbolałego serca tego, że już nigdy nie usłyszy jego głosu. Nigdy się już razem nie zaśmieją. Nie pokłócą. Nie zrobią już nic razem. Bo dusza Jamesa uleciała gdzieś daleko i patrzy teraz na nich z góry. Na ziemi zostało tylko ciało. Martwe ciało. Serce, które już nigdy nie zabije. Płuca, które już nigdy nie poruszą się w oddechu. Usta, które już niczego nie wypowiedzą. Oczy, które już niczego nie zobaczą. Uszy, które niczego nie usłyszą. Ciało, które już nigdy nie poruszy się. Krew, która zastygła, już nigdy nie poniesie adrenaliny, budząc do szybszej pracy resztę narządów. Ale przede wszystkim. Całość, która już nigdy nie będzie żyła. Wszyscy przyjaciele uklękli obok Rogacza i oddali się temu cierpieniu. Upajali się być może ostatnimi oznakami, że James żył. Na ich myśli wypłynęły wszelakie wspomnienia z nim związane, które jeszcze bardziej wbijały noże w ich serca.
- T-ty nie mogłeś umrzeć! Nie mogłeś as zostawić! Nigdy nas nie zostawiasz- krzyczał Lupin uderzając lekko otwartą dłonią przyjaciela.- Nie możesz, rozumiesz? Nie możesz!- krzyczał dalej, choć w jego gardle urosła gula i dławił się własnymi łzami.
Lily oparła czoło o czoło Pottera i wstrząsana szlochem wymamrotała:
- To przeze mnie. To wszystko się zaczęło ode mnie.
Dorcas głaskała jego dłoń. Zawsze tak robili sobie nawzajem, gdy potrzebowali pocieszenia. Teraz jednak ona szukała bliskości z nim. I szeptała:
- Ty nie mogłeś umrzeć. Obiecaliśmy sobie kiedyś, że będziemy niezniszczalni, pamiętasz?
Ann i Kate przytulały się do siebie i po prostu płakały. Mark stał i wylewał gorzkie łzy tracąc kolejnego i ostatniego członka rodziny, którego darzył miłością jak własnego syna. Albus natomiast stał obok niego i powtarzał sobie w myślach, że nie powinni żałować umarłych, tylko tych, co żyją bez miłości, jednak i to nie pomagało. Nie był w stanie pojąć tego, że zło odebrało życie człowieka, którego serce przepełnione było dobrem i którego to dobro do tej śmierci doprowadziło. Ostatkiem sił powstrzymując łzy, podniósł różdżkę i wysłał patronusa do Świętego Munga.
Bellatrix teleportowała się przed swoim panem z dzikim uśmiechem na ustach. Padła zadowolona przed swoim panem i powiedziała:
- Panie mój. James Potter nie żyje. Zabiłam go.
Na twarz Lorda Voldemorta wypłynął lubieżny uśmiech.
- Doskonale Bello. Zostaniesz nagrodzona, bo jako jedyna wśród bandy tych idiotów zrozumiałaś moje pragnienie, a Lord Voldemort potrafi być wdzięczny.
- To był zaszczyt mój panie- wyszeptała szczęśliwa i odeszła.
- Teraz już spokojnie można dążyć do nieśmiertelności- wysyczał głaszcząc węża długimi palcami po głowie.- Już niedługo Dumbledore. Najlepszy członek twojego zakonu poległ. Teraz kolej na ciebie- zaśmiał się długo, złowieszczo, ale też bez humoru.
Teraz już nikt nie jest bezpieczny...
Tymczasem James Potter czuł, że leci. Przed sobą nie widział nic tylko oślepiającą światłość. Jego świadomość i ciało opanowała nadzwyczajna lekkość. Nagle przestał lecieć, a światłość lekko się rozjaśniła tak, że mógł dostrzec gdzie jest. W tym świetle ujrzał przepiękną łąkę z mnóstwem uroczych kwiatów. W oddali słychać było wesoły świergot ptaków. Wśród nich słyszał też słodki śpiew feniksa. Jego serce zalała fala przyjemnego ciepła. Nic go nie bolało. Był lekki, wypoczęty i spokojny. Ujrzał, że na łące przebywają oprócz niego dwie postacie. Biel nagle wróciła ze zdwojoną siłą i z każdym krokiem coraz mniej widział. Jednak z przymrużonych powiek dostrzegł jeszcze kim są ów osoby.
- Mama? Tata?- zapytał drżącym, ale niebiańsko pięknym głosem...
********************************************************************************
Hej :)
Rozdział znów z poślizgiem, ale znów nie miałam na niego czasu, choć wena była. Jest krótki, dlatego, że nie chciałam popsuć tej aury jakimiś głupotami. Mam nadzieję, że się podobało. Rozdział pozwolę sobie zadedykować Potterównie, Huncwotce, od których zawsze mogę liczyć kilka słów. Dziękuję! Liczę, że nie zawiodę się na was i będą komentarze, bo chyba wprowadzę wymagania co do ilości...
Pozdrawiam, Rogaczka
wtorek, 10 stycznia 2017
17. Wybory cz. 2
- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
W ręku Jamesa Pottera spoczywał legendarny medalion Salazara Slytherina.
- Skąd to wasz?- wyszeptała Bella.- Gadaj!- ryknęła nagle, mierząc w niego różdżką.
- Nie tak ostro- zaśmiał się kpiąco.- Chyba nie chcesz, żeby Voldemort dowiedział się jak strzegłaś jego skarbu.
- Nie wymawiaj jego imienia. Nie jesteś godzien- warknęła.- Nawet nie wiesz jak ten przedmiot jest ważny. Oddawaj!
Młody Potter wciąż przybierał kpiącą maskę. Jednak w jego sercu narastało przerażenie widząc swoich przyjaciół skrępowanych linami. Wiedział, że to jego wina. Dostrzegł pręgi na twarzy Syriusza. Domyślał się, że będą próbowali coś z niego wyciągnąć. Nie mogli wiedzieć, że on nic nie wie. Nie pozostało mu nic innego jak odgrywać swoją rolę.
- Bello moja droga, to ty nie wiesz. On kazał ci po prostu tego pilnować. Ja wiem, co to. I wiem, że nie ujdziesz z życiem, kiedy się dowie, że to przez przypadek...- tu przyłożył różdżkę do medalionu i uśmiechnął się niewinnie- zniszczę- zaśmiał się gorzko i wyszczerzył do niej zęby.- Jeśli nie chcesz, żeby się tak stało puść ich wolno- wskazał podbródkiem na przyjaciół- i oni odejdą- tym razem pokazał na śmierciożerców.
- Kim ty jesteś, żeby nam rozkazywać?- warknął Lucjusz.
- Kimś więcej niż ty- zaśmiał się i splunął na nich.
Chodź w Belli się gotowało ze wściekłości powstrzymała Malfoya przed jakimkolwiek ruchem.
- Nie rób niczego pochopnie. To nie są żarty- mruknęła do niego.
- Nie są żarty?! Jak ty tego pilnowałaś, że ten plugawy szczeniak ci to ukradł?!
- Uspokój się. Rób tak, jak on mówi- warknęła spoglądając ze strachem na różdżkę przytkniętą do medalionu.
- Co?!
- Chcesz żeby Czarny Pan się wściekł? Chcesz?!
- I tak się wścieknie jak się dowie o tej akcji.
- Na razie nawet o niej nie wie. Rozwiąż ich i idźcie stąd.
Lucjusz westchnął głośno i prychnął z irytacją. Zawsze popierał Czarnego Pana. Przez tego Pottera traci reputację u niego. Chciał to wszystko naprawić zabijając Pottera, ale ten znów pokrzyżował mu plany. Pełen złości skinął na swoich towarzyszy, ci rozwiązali Syriusza, Remusa, Kate, Dorcas, Ann i Lily, a później aportowali się.
- Masz czego chciałeś Potter- warknęła pełna wściekłości Bellatrix.- Teraz oddaj mi ten medalion, albo cie zabije.
- Och... Ale zanim mnie zabijesz zdążę go zniszczyć- uśmiechnął się.
Spojrzał ponad głową Belli na swoich przyjaciół, którzy stali jak sparaliżowani i parzyli się przerażeni na jego poczynania. Obszedł ją nie obracając się do niej plecami i podszedł do nich. Ona od razu się odwróciła i celowała w niego różdżką. James machnął szybko różdżką wytwarzając przezroczystą błonę nad przyjaciółmi, którzy momentalnie znikli.
- Uciekajcie, ta błona długo się nie utrzyma. Proszę, zróbcie to dla mnie. Wezwijcie pomoc- mruknął do nich cicho, żeby Bella nie usłyszała, po czym wrócił na swoje miejsce.
Wiedział, że przyjaciele wykonali jego polecenie, bo powietrze w miejscu, w którym byli, ledwo zauważalnie drgało w coraz to dalszych odcinkach. Wyczuwał też, że Syriusz i Remus zostali. W tym przypadku nie było żadnych widocznych oznak. To po prostu była magia przyjaźni. Huncwotów łączyła tak wielka więź, że potrafili wyczuć, że któryś z nich jest w pobliżu.
- Oddaj to!- warknęła bliska wybuchu Bellatrix.
Pokręcił głową z uśmiechem i zaśmiał się kpiąco. Rozjuszona Lestrange wydała z siebie wściekły krzyk. Skierowała w niego różdżkę i już mknął ku niemu czerwony promień. On był na to przygotowany. Rozgrzała się walka. Mimo, że była wyrównana, James powoli tracił siły. Zbyt częste walki ze śmierciożercami i nieprzespane noce dały mu się we znaki. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego Remus i Syriusz stali bezczynnie. Nie robili nic, gdyż młody Potter w zaklęciu zawarł siłę, która uniemożliwiała im ruch do przodu, a ich różdżki posiadała Bella. Nie chcieli też uciec, bo pomimo paraliżującego ich strachu, gorączkowo myśleli jak pomóc przyjacielowi. W pewnym momencie otaczająca ich błona pękła. Bellatrix zamarła, a James, który podczas walki przemieszczał się i był teraz w pobliżu przyjaciół wpatrywał się w nich ze strachem. Za nim zdążył cokolwiek zrobić, śmierciożerczyni z radosnym uśmiechem celując w Blacka powiedzała:
- Avada Kedavra!
Nie wiele myśląc rzucił się w stronę Łapy, przyjmując na siebie zaklęcie. A potem ogarnęła go ciemność. Czuł, że unosi się. Czy to wszystko na prawdę się skończyło?
Wróćmy do wydarzeń sprzed kilku dni. Na drodze pojawiły się dwie postacie w czarnych szatach. Ani mężczyzna, ani kobieta nie byli świadomi, że szaty tego pierwszego trzyma się James Potter ukryty pod peleryną niewidką. Ruszyli wspólnym krokiem do wielkiego, starego domu. Jego właściciel najwyraźniej nie dbał o wizerunek, gdyż ogród był zachwaszczony, a ściany pokryte łuszczącą się farbą były pokryte pnącym się bluszczem. Rudolf i Bella otworzyli furtkę, która zaskrzypiała przeraźliwie. Chłopak bez namysłu ruszył za nimi. Przemierzali mroczne korytarze w domu, aż wreszcie dotarli do celu. Kiedy weszli do pomieszczenia, James wzdrygnął się. Jedynym jasnym elementem pokoju był oświetlający białą postać na fotelu kominek. U stóp Lorda Voldemorta leżał wąż sycząc cicho i z rozkoszą, gdy zobaczył przybyszów. Ci padli na kolana przed swoim panem.
- Panie, wzywałeś nas- powiedziała kobieta służalczym tonem.
- Tak. Mam dla was zadanie. Niezwykle ważne zadanie- wyszeptał ten w odpowiedzi.
- Jesteśmy do twojej dyspozycji panie- powiedział potulnie Rudolf.
- Musicie ukryć bardzo ważny dla mnie przedmiot- wysyczał wyciągając ku nim rękę z medalionem.- Pilnujcie go. Strzeżcie go, bo od tego zależy wasze życie.
Bellatrix podniosła się i wzięła od niego medalion. Włożyła go do kieszeni swojego płaszcza.
- To dla nas zaszczyt panie.
Schylili głowę i odwrócili się wychodząc z pomieszczenia. Niepostrzeżenie Rogacz wyjął z kieszeni ten medalion i uśmiechnął się z radością. Już miał odejść, kiedy usłyszał coś dziwnego. Czarny Pan zmienił swój głos w syczenie zwracając się do węża i głaszcząc długimi palcami jego głowę. Mowa wężów- przeszło mu przez myśl. Jednak po sekundzie dotarło do niego coś innego- on to rozumiał.
- Naginiii. Już tak mało mi brakuje, żeby osiągnąć nieśmiertelność. Już niedługooo.
- Cieszę się razem z tobą paniee.
Z szokiem wymalowanym na twarzy szybko wycofał się z pomieszczenia
*********************************************************************************
Hej. Krótko, ponieważ to było dokończenie tamtej części. Już piszę następny rozdział! Czekam na komentarze (mam nadzieję, że będą, bo komentarze=nowy rozdział). Pozdrawiam, Rogaczka
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
W ręku Jamesa Pottera spoczywał legendarny medalion Salazara Slytherina.
- Skąd to wasz?- wyszeptała Bella.- Gadaj!- ryknęła nagle, mierząc w niego różdżką.
- Nie tak ostro- zaśmiał się kpiąco.- Chyba nie chcesz, żeby Voldemort dowiedział się jak strzegłaś jego skarbu.
- Nie wymawiaj jego imienia. Nie jesteś godzien- warknęła.- Nawet nie wiesz jak ten przedmiot jest ważny. Oddawaj!
Młody Potter wciąż przybierał kpiącą maskę. Jednak w jego sercu narastało przerażenie widząc swoich przyjaciół skrępowanych linami. Wiedział, że to jego wina. Dostrzegł pręgi na twarzy Syriusza. Domyślał się, że będą próbowali coś z niego wyciągnąć. Nie mogli wiedzieć, że on nic nie wie. Nie pozostało mu nic innego jak odgrywać swoją rolę.
- Bello moja droga, to ty nie wiesz. On kazał ci po prostu tego pilnować. Ja wiem, co to. I wiem, że nie ujdziesz z życiem, kiedy się dowie, że to przez przypadek...- tu przyłożył różdżkę do medalionu i uśmiechnął się niewinnie- zniszczę- zaśmiał się gorzko i wyszczerzył do niej zęby.- Jeśli nie chcesz, żeby się tak stało puść ich wolno- wskazał podbródkiem na przyjaciół- i oni odejdą- tym razem pokazał na śmierciożerców.
- Kim ty jesteś, żeby nam rozkazywać?- warknął Lucjusz.
- Kimś więcej niż ty- zaśmiał się i splunął na nich.
Chodź w Belli się gotowało ze wściekłości powstrzymała Malfoya przed jakimkolwiek ruchem.
- Nie rób niczego pochopnie. To nie są żarty- mruknęła do niego.
- Nie są żarty?! Jak ty tego pilnowałaś, że ten plugawy szczeniak ci to ukradł?!
- Uspokój się. Rób tak, jak on mówi- warknęła spoglądając ze strachem na różdżkę przytkniętą do medalionu.
- Co?!
- Chcesz żeby Czarny Pan się wściekł? Chcesz?!
- I tak się wścieknie jak się dowie o tej akcji.
- Na razie nawet o niej nie wie. Rozwiąż ich i idźcie stąd.
Lucjusz westchnął głośno i prychnął z irytacją. Zawsze popierał Czarnego Pana. Przez tego Pottera traci reputację u niego. Chciał to wszystko naprawić zabijając Pottera, ale ten znów pokrzyżował mu plany. Pełen złości skinął na swoich towarzyszy, ci rozwiązali Syriusza, Remusa, Kate, Dorcas, Ann i Lily, a później aportowali się.
- Masz czego chciałeś Potter- warknęła pełna wściekłości Bellatrix.- Teraz oddaj mi ten medalion, albo cie zabije.
- Och... Ale zanim mnie zabijesz zdążę go zniszczyć- uśmiechnął się.
Spojrzał ponad głową Belli na swoich przyjaciół, którzy stali jak sparaliżowani i parzyli się przerażeni na jego poczynania. Obszedł ją nie obracając się do niej plecami i podszedł do nich. Ona od razu się odwróciła i celowała w niego różdżką. James machnął szybko różdżką wytwarzając przezroczystą błonę nad przyjaciółmi, którzy momentalnie znikli.
- Uciekajcie, ta błona długo się nie utrzyma. Proszę, zróbcie to dla mnie. Wezwijcie pomoc- mruknął do nich cicho, żeby Bella nie usłyszała, po czym wrócił na swoje miejsce.
Wiedział, że przyjaciele wykonali jego polecenie, bo powietrze w miejscu, w którym byli, ledwo zauważalnie drgało w coraz to dalszych odcinkach. Wyczuwał też, że Syriusz i Remus zostali. W tym przypadku nie było żadnych widocznych oznak. To po prostu była magia przyjaźni. Huncwotów łączyła tak wielka więź, że potrafili wyczuć, że któryś z nich jest w pobliżu.
- Oddaj to!- warknęła bliska wybuchu Bellatrix.
Pokręcił głową z uśmiechem i zaśmiał się kpiąco. Rozjuszona Lestrange wydała z siebie wściekły krzyk. Skierowała w niego różdżkę i już mknął ku niemu czerwony promień. On był na to przygotowany. Rozgrzała się walka. Mimo, że była wyrównana, James powoli tracił siły. Zbyt częste walki ze śmierciożercami i nieprzespane noce dały mu się we znaki. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego Remus i Syriusz stali bezczynnie. Nie robili nic, gdyż młody Potter w zaklęciu zawarł siłę, która uniemożliwiała im ruch do przodu, a ich różdżki posiadała Bella. Nie chcieli też uciec, bo pomimo paraliżującego ich strachu, gorączkowo myśleli jak pomóc przyjacielowi. W pewnym momencie otaczająca ich błona pękła. Bellatrix zamarła, a James, który podczas walki przemieszczał się i był teraz w pobliżu przyjaciół wpatrywał się w nich ze strachem. Za nim zdążył cokolwiek zrobić, śmierciożerczyni z radosnym uśmiechem celując w Blacka powiedzała:
- Avada Kedavra!
Nie wiele myśląc rzucił się w stronę Łapy, przyjmując na siebie zaklęcie. A potem ogarnęła go ciemność. Czuł, że unosi się. Czy to wszystko na prawdę się skończyło?
Wróćmy do wydarzeń sprzed kilku dni. Na drodze pojawiły się dwie postacie w czarnych szatach. Ani mężczyzna, ani kobieta nie byli świadomi, że szaty tego pierwszego trzyma się James Potter ukryty pod peleryną niewidką. Ruszyli wspólnym krokiem do wielkiego, starego domu. Jego właściciel najwyraźniej nie dbał o wizerunek, gdyż ogród był zachwaszczony, a ściany pokryte łuszczącą się farbą były pokryte pnącym się bluszczem. Rudolf i Bella otworzyli furtkę, która zaskrzypiała przeraźliwie. Chłopak bez namysłu ruszył za nimi. Przemierzali mroczne korytarze w domu, aż wreszcie dotarli do celu. Kiedy weszli do pomieszczenia, James wzdrygnął się. Jedynym jasnym elementem pokoju był oświetlający białą postać na fotelu kominek. U stóp Lorda Voldemorta leżał wąż sycząc cicho i z rozkoszą, gdy zobaczył przybyszów. Ci padli na kolana przed swoim panem.
- Panie, wzywałeś nas- powiedziała kobieta służalczym tonem.
- Tak. Mam dla was zadanie. Niezwykle ważne zadanie- wyszeptał ten w odpowiedzi.
- Jesteśmy do twojej dyspozycji panie- powiedział potulnie Rudolf.
- Musicie ukryć bardzo ważny dla mnie przedmiot- wysyczał wyciągając ku nim rękę z medalionem.- Pilnujcie go. Strzeżcie go, bo od tego zależy wasze życie.
Bellatrix podniosła się i wzięła od niego medalion. Włożyła go do kieszeni swojego płaszcza.
- To dla nas zaszczyt panie.
Schylili głowę i odwrócili się wychodząc z pomieszczenia. Niepostrzeżenie Rogacz wyjął z kieszeni ten medalion i uśmiechnął się z radością. Już miał odejść, kiedy usłyszał coś dziwnego. Czarny Pan zmienił swój głos w syczenie zwracając się do węża i głaszcząc długimi palcami jego głowę. Mowa wężów- przeszło mu przez myśl. Jednak po sekundzie dotarło do niego coś innego- on to rozumiał.
- Naginiii. Już tak mało mi brakuje, żeby osiągnąć nieśmiertelność. Już niedługooo.
- Cieszę się razem z tobą paniee.
Z szokiem wymalowanym na twarzy szybko wycofał się z pomieszczenia
*********************************************************************************
Hej. Krótko, ponieważ to było dokończenie tamtej części. Już piszę następny rozdział! Czekam na komentarze (mam nadzieję, że będą, bo komentarze=nowy rozdział). Pozdrawiam, Rogaczka
niedziela, 18 grudnia 2016
17. Wybory cz. 1
Kiedy w całej klasie Obrony Przed Czarną Magią zaległa cisza, każdy spojrzał na przybysza. Był to nie kto inny jak James Potter. Jednak nie wyglądał tak, jak przed tygodniem. Zniknęły wszelkie rany i bladość skóry. Wszystkich zdziwiło, że po tym jak tydzień temu wywrócił życie Hogwartu do góry nogami i ucieczce przed własnymi przyjaciółmi, teraz stał i uśmiechał się szeroko. Spojrzał na nauczyciela i powiedział:
- Wybacz wuju, ja tylko na chwilkę. Syriusz? Możemy porozmawiać?- powiedział ochrypniętym głosem, ale jakby udawanym.
Black patrzył na niego chwilę. Na jego twarzy malowało się jednocześnie zdziwienie, jak i wielka radość. Nie czekał długo i szybko podszedł do przyjaciela. Ten uśmiechnął się jeszcze szerzej i gestem wskazał na otwarte drzwi.
Wyszli, a James od razu szybko ruszył.
- Rogacz? O co chodzi? Wróciłeś? Dlaczego uciekłeś z Hogwartu? Gdzie my idziemy?- zasypał go pytaniami Łapa.
Ten nic mu nie odpowiedział, tylko nadal się uśmiechając szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do lochów. Black zaczął być niecierpliwy i niepewny. Mrok ślizgońskich lochów otaczał ich ze wszystkich stron, a rozpalone pochodnie dodawały grozy.
- James? Co tu robimy? Spójrz na mnie wreszcie!- wściekł się.
Jego przyjaciel odwrócił się wreszcie i spojrzał na niego. Oczy błyszczały mu niezdrowym blaskiem, a włosy poruszały się lekko na wietrze.
- Ty to jesteś jednak bardzo głupi Black- zaśmiał się zupełnie inaczej niż prawdziwy Potter.
- C-c-o?- to jedyne co zdążył wyjąkać, zanim poczuł uderzenie w głowę i zapanowała ciemność.
Przeraźliwy śmiech potoczył się echem po ścianach mrocznego lochu. Płomienie w pochodniach zadrżały i urosły, jakby się cieszyły z otaczającego wszechświat zła.
Tysiące, a może nawet miliony mil od Hogwartu, w Azkabanie, smutek więźniów kłębił się niczym dusząca mgła, która nie chce opaść. W jednej z kamiennych cel, w rogu siedział skulony chłopak. Jego mysie włosy oklapły mu na blade czoło. Twarz miał ukrytą w dłoniach i cicho szlochał. Peter Petergiew bardzo żałował swoich czynów. Brzydził się sam sobą i nie wiedział jak to wszystko naprawić. Glizdogon był tchórzem. Wielkim tchórzem. Kiedy Ślizgoni zaproponowali mu śmierciożerstwo, które uratowałoby mu życie, nie pomyślał o bliskich, ani o tym jak bardzo ich skrzywdzi. Od połowy piątej klasy donosił Voldemortowi o wszystkim, a w wakacje dostąpił największego zaszczytu, jaki sługa może otrzymać od Czarnego Pana- na jego ramieniu został wypalony Mroczny Znak.
Zaszlochał jeszcze mocniej i w jego myśli rzuciło się wspomnienie, jak poznał Huncwotów.
"Biegłem korytarzem pociągu. To był mój pierwszy wyjazd do Hogwartu, a Ślizgoni już mnie gonili, chcąc rzucić na mnie kilka zaklęć. Po moich policzkach płynęły łzy. Od kiedy pamiętam zawsze byłem tchórzem i beksą. Czasami to było uciążliwe. Biegnąc wpadłem na trzech chłopców. Każdy z nich, choć byli w moim wieku, mieli to coś, na co lecą tak dziewczyny. Chciałem biec dalej, lecz oni mnie zatrzymali.
- Cześć. Przed czym tak uciekasz? Czemu płaczesz? Coś się stało?- zapytał ten w okularach o sympatycznej twarzy.
- Ślizgoni mnie gonią- załkałem.
- Chodź, ukryjesz się w naszym przedziale- uśmiechnął się do mnie blondyn.
Trzeci z nich, czarnowłosy o arystokrackiej minie pociągnął mnie za rękaw do pobliskiego przedziału. Chwilę później koło drzwi przebiegli ci, co mnie gonili. Odetchnąłem z ulgą. Podziękowałem chłopakom i do końca podróży zostałem z nimi."
Był to początek wielkiej przyjaźni. Przyjaźni, którą zniszczył.
Zniecierpliwiony Remus z Ann, Kate, Dor i Lily udał się na obiad. Co chwilę zerkali na zegarki. James wziął Syriusza i poszli dwie godziny temu.
- Gdzie oni są?- zapytała nerwowo Kate.
- A może to znowu nie był James?- mruknęła Lily.
- Nie no., co ty nie zrobiliby tej samej sztuczki dwa...-mówił Remus, ale nagle pochłonęła ich ciemność.
W Wielkiej Sali właśnie był obiad. Wszyscy radośnie rozmawiali z przyjaciółmi, jedząc potrawy przygotowane dla nich przez skrzaty domowe. Severus Snape siedział między swoimi kolegami- Averym i Mulciberem. Stół Slytherinu jako jedyny (jak zawsze) nie uczestniczył w radosnych konwersacjach całej sali. Ich miny były jeszcze bardziej przygnębione niż zwykle. Złapano czterech śmierciożerców i Czarny Pan jest wściekły, że James Potter chodzi jeszcze żywy. Ale jedyne co Severusa martwiło to to, że jego Lily grozi niebezpieczeństwo. Przez tego Pottera! Wiedział, że prędzej czy później jako przynętę użyją jego przyjaciół, ale oni nie obchodzili go. Lecz kiedy po raz pierwszy postanowili złapać Pottera na Lily, urósł w nim lęk o jej życie. Błagał Czarnego Pana, żeby nie brał jej jako zakładniczkę, ale jedyną jego odpowiedzią był cruciatus, za miłość do czarodziejki o brudnej krwi. Za miłość do szlamy. Sam gardził ludźmi, którzy selekcjonują czarodziei ze względu na czystość krwi. Dokładnie pamiętał też moment, w którym zmuszony był odpowiedzieć się po stronie złu i samemu tak postępować. Nienawidził nigdy Pottera i jego bandy, którzy pogardzali jego wyborem. Niestety w głębi duszy wiedział, że oni mówią prawdę i miał ochotę samym sobą rzucić o ścianę. Przez ten wybór stracił najbliższą jego sercu osobę. Stracił swoją Lily, która każdego dnia obdarzała go swoim najpiękniejszym uśmiechem. Śmiała się z nim, uczyła, broniła go przed Huncwotami, wspierała. Po prostu była. A on wszystko zniszczył.
Zakazany Las z godziny na godzinę robił się jeszcze bardziej mroczny. W głębi lasu, na mrocznej polanie, zebrał się tłum śmierciożerców. Do sękatych drzew przywiązana była szóstka przyjaciół- Syriusz, Remus, Lily, Dor, Ann i Kate. Syriusz był przywiązany do największego, którego liście zdawałyby się zionąć złymi mocami. Jego twarz oświetlały promienie z różdżek zakapturzonych postaci. Stopniowo na niebie pojawiła się połowa księżyca, przysłana czarnymi, kłębiącymi się chmurami. Wszystko dookoła zdawałoby się oddawać zło całej sytuacji. Kobieta stojąca w środku dziwnego okręgu czarnych postaci, powoli traciła nad sobą panowanie.
- Lucjuszu?! Ile to jeszcze potrwa? Czemu ten gnida Potter się tu nie zjawia?- warknęła zirytowana do mężczyzny o bladej skórze i włosach niemal białych, jak księżyc na niebie.
- Nie wiem Bello. Przecież Avery i Nott dokładnie i wyraźnie rozmawiali o tym, że porwaliśmy tych dzieciaków, a przecież Potter śledził ich.
- Może akurat wtedy go nie było?- warknęła rozjuszona.
- Czego od nas chcecie?!- zapytał Remus zmartwionym głosem.
- Już wam mówiliśmy, że jesteście tylko przynętą. O tym czy przeżyjecie zadecyduje wasz... przyjaciel- powiedział Lucjusz cichym, ale złowieszczym tonem, jakby powiedzenie tego sprawiało mu nie opisaną satysfakcję.
Wszyscy jak jeden mąż zaczęli się przekrzykiwać, mówiąc, że im się to nie uda. Jednak w sercu każdego z nich rosło przerażenie. Wiedzieli jaki charakter miał James. Wiedzieli, że on odda za nich życie bezwarunkowo. W gardle Syriusza rosła klucha, a oczy zaczęły go niewiarygodnie piec. Wiedział, że jego przyjaciel i brat może wkrótce umrzeć. Nie wiedział dlaczego Voldemort tak bardzo pragnął jego śmierci. W tym momencie przeklinał bohaterską duszę Rogacza.
- Jak długo jeszcze?- syknęła Bella.
- Już jestem- rozległ się ochrypły głos.
Wszyscy spojrzeli w stronę, z której wydobywał się głos. Wielu z nich z gardła wyrwał się okrzyk przerażenia na widok twarzy przybyłego. Oświetlone blaskiem księżyca liczne rany i blizny niesamowicie oszpecały twarz młodego mężczyzny. Wyglądał jak zoombie.
- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
C.d. n.
**************************************************************
Hej.
Mam nadzieję, że się podobało. Wiem, że strasznie przyspieszyłam obrót akcji, ale tak musiało być. Dalszy ciąg planuję dodać za tydzień lub dwa :) Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny. Dziękuję serdecznie za komentarze pod poprzednim postem i wierzę, że i tym razem się na was nie zawiodę.
Pozdrawiam,
Rogaczka.
P.S. Tak wiem, że bardzo krótko :D
- Wybacz wuju, ja tylko na chwilkę. Syriusz? Możemy porozmawiać?- powiedział ochrypniętym głosem, ale jakby udawanym.
Black patrzył na niego chwilę. Na jego twarzy malowało się jednocześnie zdziwienie, jak i wielka radość. Nie czekał długo i szybko podszedł do przyjaciela. Ten uśmiechnął się jeszcze szerzej i gestem wskazał na otwarte drzwi.
Wyszli, a James od razu szybko ruszył.
- Rogacz? O co chodzi? Wróciłeś? Dlaczego uciekłeś z Hogwartu? Gdzie my idziemy?- zasypał go pytaniami Łapa.
Ten nic mu nie odpowiedział, tylko nadal się uśmiechając szedł szybkim krokiem po schodach prowadzących do lochów. Black zaczął być niecierpliwy i niepewny. Mrok ślizgońskich lochów otaczał ich ze wszystkich stron, a rozpalone pochodnie dodawały grozy.
- James? Co tu robimy? Spójrz na mnie wreszcie!- wściekł się.
Jego przyjaciel odwrócił się wreszcie i spojrzał na niego. Oczy błyszczały mu niezdrowym blaskiem, a włosy poruszały się lekko na wietrze.
- Ty to jesteś jednak bardzo głupi Black- zaśmiał się zupełnie inaczej niż prawdziwy Potter.
- C-c-o?- to jedyne co zdążył wyjąkać, zanim poczuł uderzenie w głowę i zapanowała ciemność.
Przeraźliwy śmiech potoczył się echem po ścianach mrocznego lochu. Płomienie w pochodniach zadrżały i urosły, jakby się cieszyły z otaczającego wszechświat zła.
Tysiące, a może nawet miliony mil od Hogwartu, w Azkabanie, smutek więźniów kłębił się niczym dusząca mgła, która nie chce opaść. W jednej z kamiennych cel, w rogu siedział skulony chłopak. Jego mysie włosy oklapły mu na blade czoło. Twarz miał ukrytą w dłoniach i cicho szlochał. Peter Petergiew bardzo żałował swoich czynów. Brzydził się sam sobą i nie wiedział jak to wszystko naprawić. Glizdogon był tchórzem. Wielkim tchórzem. Kiedy Ślizgoni zaproponowali mu śmierciożerstwo, które uratowałoby mu życie, nie pomyślał o bliskich, ani o tym jak bardzo ich skrzywdzi. Od połowy piątej klasy donosił Voldemortowi o wszystkim, a w wakacje dostąpił największego zaszczytu, jaki sługa może otrzymać od Czarnego Pana- na jego ramieniu został wypalony Mroczny Znak.
Zaszlochał jeszcze mocniej i w jego myśli rzuciło się wspomnienie, jak poznał Huncwotów.
"Biegłem korytarzem pociągu. To był mój pierwszy wyjazd do Hogwartu, a Ślizgoni już mnie gonili, chcąc rzucić na mnie kilka zaklęć. Po moich policzkach płynęły łzy. Od kiedy pamiętam zawsze byłem tchórzem i beksą. Czasami to było uciążliwe. Biegnąc wpadłem na trzech chłopców. Każdy z nich, choć byli w moim wieku, mieli to coś, na co lecą tak dziewczyny. Chciałem biec dalej, lecz oni mnie zatrzymali.
- Cześć. Przed czym tak uciekasz? Czemu płaczesz? Coś się stało?- zapytał ten w okularach o sympatycznej twarzy.
- Ślizgoni mnie gonią- załkałem.
- Chodź, ukryjesz się w naszym przedziale- uśmiechnął się do mnie blondyn.
Trzeci z nich, czarnowłosy o arystokrackiej minie pociągnął mnie za rękaw do pobliskiego przedziału. Chwilę później koło drzwi przebiegli ci, co mnie gonili. Odetchnąłem z ulgą. Podziękowałem chłopakom i do końca podróży zostałem z nimi."
Był to początek wielkiej przyjaźni. Przyjaźni, którą zniszczył.
Zniecierpliwiony Remus z Ann, Kate, Dor i Lily udał się na obiad. Co chwilę zerkali na zegarki. James wziął Syriusza i poszli dwie godziny temu.
- Gdzie oni są?- zapytała nerwowo Kate.
- A może to znowu nie był James?- mruknęła Lily.
- Nie no., co ty nie zrobiliby tej samej sztuczki dwa...-mówił Remus, ale nagle pochłonęła ich ciemność.
W Wielkiej Sali właśnie był obiad. Wszyscy radośnie rozmawiali z przyjaciółmi, jedząc potrawy przygotowane dla nich przez skrzaty domowe. Severus Snape siedział między swoimi kolegami- Averym i Mulciberem. Stół Slytherinu jako jedyny (jak zawsze) nie uczestniczył w radosnych konwersacjach całej sali. Ich miny były jeszcze bardziej przygnębione niż zwykle. Złapano czterech śmierciożerców i Czarny Pan jest wściekły, że James Potter chodzi jeszcze żywy. Ale jedyne co Severusa martwiło to to, że jego Lily grozi niebezpieczeństwo. Przez tego Pottera! Wiedział, że prędzej czy później jako przynętę użyją jego przyjaciół, ale oni nie obchodzili go. Lecz kiedy po raz pierwszy postanowili złapać Pottera na Lily, urósł w nim lęk o jej życie. Błagał Czarnego Pana, żeby nie brał jej jako zakładniczkę, ale jedyną jego odpowiedzią był cruciatus, za miłość do czarodziejki o brudnej krwi. Za miłość do szlamy. Sam gardził ludźmi, którzy selekcjonują czarodziei ze względu na czystość krwi. Dokładnie pamiętał też moment, w którym zmuszony był odpowiedzieć się po stronie złu i samemu tak postępować. Nienawidził nigdy Pottera i jego bandy, którzy pogardzali jego wyborem. Niestety w głębi duszy wiedział, że oni mówią prawdę i miał ochotę samym sobą rzucić o ścianę. Przez ten wybór stracił najbliższą jego sercu osobę. Stracił swoją Lily, która każdego dnia obdarzała go swoim najpiękniejszym uśmiechem. Śmiała się z nim, uczyła, broniła go przed Huncwotami, wspierała. Po prostu była. A on wszystko zniszczył.
Zakazany Las z godziny na godzinę robił się jeszcze bardziej mroczny. W głębi lasu, na mrocznej polanie, zebrał się tłum śmierciożerców. Do sękatych drzew przywiązana była szóstka przyjaciół- Syriusz, Remus, Lily, Dor, Ann i Kate. Syriusz był przywiązany do największego, którego liście zdawałyby się zionąć złymi mocami. Jego twarz oświetlały promienie z różdżek zakapturzonych postaci. Stopniowo na niebie pojawiła się połowa księżyca, przysłana czarnymi, kłębiącymi się chmurami. Wszystko dookoła zdawałoby się oddawać zło całej sytuacji. Kobieta stojąca w środku dziwnego okręgu czarnych postaci, powoli traciła nad sobą panowanie.
- Lucjuszu?! Ile to jeszcze potrwa? Czemu ten gnida Potter się tu nie zjawia?- warknęła zirytowana do mężczyzny o bladej skórze i włosach niemal białych, jak księżyc na niebie.
- Nie wiem Bello. Przecież Avery i Nott dokładnie i wyraźnie rozmawiali o tym, że porwaliśmy tych dzieciaków, a przecież Potter śledził ich.
- Może akurat wtedy go nie było?- warknęła rozjuszona.
- Czego od nas chcecie?!- zapytał Remus zmartwionym głosem.
- Już wam mówiliśmy, że jesteście tylko przynętą. O tym czy przeżyjecie zadecyduje wasz... przyjaciel- powiedział Lucjusz cichym, ale złowieszczym tonem, jakby powiedzenie tego sprawiało mu nie opisaną satysfakcję.
Wszyscy jak jeden mąż zaczęli się przekrzykiwać, mówiąc, że im się to nie uda. Jednak w sercu każdego z nich rosło przerażenie. Wiedzieli jaki charakter miał James. Wiedzieli, że on odda za nich życie bezwarunkowo. W gardle Syriusza rosła klucha, a oczy zaczęły go niewiarygodnie piec. Wiedział, że jego przyjaciel i brat może wkrótce umrzeć. Nie wiedział dlaczego Voldemort tak bardzo pragnął jego śmierci. W tym momencie przeklinał bohaterską duszę Rogacza.
- Jak długo jeszcze?- syknęła Bella.
- Już jestem- rozległ się ochrypły głos.
Wszyscy spojrzeli w stronę, z której wydobywał się głos. Wielu z nich z gardła wyrwał się okrzyk przerażenia na widok twarzy przybyłego. Oświetlone blaskiem księżyca liczne rany i blizny niesamowicie oszpecały twarz młodego mężczyzny. Wyglądał jak zoombie.
- Więc jak Potter? Ty czy twoi przyjaciele?- zaśmiała się ze zniecierpliwieniem Lestrange.
- I ja i oni- uśmiechnął się wyciągając z kieszeni mały przedmiot, na którego widok śmierciożecom stanęły skamieniałe serca...
C.d. n.
**************************************************************
Hej.
Mam nadzieję, że się podobało. Wiem, że strasznie przyspieszyłam obrót akcji, ale tak musiało być. Dalszy ciąg planuję dodać za tydzień lub dwa :) Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta moje wypociny. Dziękuję serdecznie za komentarze pod poprzednim postem i wierzę, że i tym razem się na was nie zawiodę.
Pozdrawiam,
Rogaczka.
P.S. Tak wiem, że bardzo krótko :D
sobota, 29 października 2016
16. Przymierze i niespodziewany obrót sprawy.
Na ulicy Privet Drive było bardzo spokojnie. O tej porze wszyscy byli schowani w domach i nie zwracali na to, co się dzieje na ulicy. Tego dnia nawet największe plotkarki ukryły się w domowym zaciszu przed gorącym wiosennym słońcem. Żaden mieszkaniec nie zauważył mężczyzny w granatowej pelerynie pojawiającego się nagle na skrzyżowaniu uliczek. Mężczyzna ten rozejrzał się przez chwilę i ruszył do najbliższego domu. Niepewnie nacisnął dzwonek w drzwiach i ściągnął kaptur. Po chwili przed Jamesem Potterem pojawiła się staruszka. Popatrzyła na niego zdziwiona i spytała:
- Kim pan jest?
- Dzień dobry. Jestem James Potter, ale to mało istotne. Przybyłem do mojego przyjaciela, ale nie wiem pod którym numerem mieszka. Mogłaby mi pani pomóc? On nazywa się Maglabery.
- O tak oczywiście. Mieszka pod 6.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia- uśmiechnął się James, odwrócił się na pięcie i ruszył pod wskazany numer.
Stojąc przed drzwiami zawahał się. A jeśli to pułapka? Jeśli oni tylko tak mówili, bo wiedzieli, że tam jest? Jeśli jednak Maglabery mu nic nie powie i wyda go Voldemortowi? Westchnął ciężko, wyciągnął różdżkę i zapukał mocno w drzwi. Długo czekał, aż wreszcie za drzwiami rozległ się przyciszony głos:
- Kim jesteś?
- James Potter.
Drzwi powoli się uchyliły i dostrzegł twarz śmierciożercy w szparze, który patrzył na niego niepewnie.
- Ty jesteś od Dumbledore'a?
- Tak.
- Czego chcesz?- zapytał nerwowo.
- To nie jest rozmowa , by prowadzić ją na ulicy. Ktoś może nas usłyszeć. To bardzo ważne.
Minutę mierzyli się wzrokiem, aż Maglabery kiwnął lekko głową i wpuścił go do środka. W mieszkaniu było ciemno. Wszystkie zasłony były zasunięte szczelnie, nie przepuszczając ani jednego promienia słonecznego.
- No to o co chodzi.
- Chcę Ci pomóc. Ty dasz mi nazwiska szpiegów w Hogwarcie, a ja z Dumblodorem pomożemy ci przeżyć- powiedział James patrząc na niego uważnie.
Śmierciożerca prychnął nerwowo i spojrzał na niego zrozpaczony.
- Niby czemu mam ci zaufać? Skąd mam widzieć, że nie jesteś od Czarnego Pana?
- Nie masz żadnej pewności, ale sądzisz, że gdybym był śmierciożercą czekałbym na wyjaśnienia, a nie zabiłbym cię od razu?
- No tak- westchnął.
- Zaufaj mi. Nie masz nic do stracenia. Podsłuchałem rozmowę innych śmierciożerców. Jutro będziesz już martwy. A tak możesz uratować uczniów szkoły i jednocześnie siebie.
Mężczyzna kilka minut się zastanawiał.
- No dobrze-odpowiedział, a Potter uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od bardzo dawna.
- Nie pożałujesz. Obiecuję.
Maglabery kiwnął głową i zapieczętował tym przymierze, wiedząc, że i tak prędzej czy później będzie martwy. Patrząc na chłopaka żałował jaką drogę kiedyś wybrał. Chciał to wszystko naprawić.
Kate Willowes siedziała na brzegu jeziora. Wpatrywała się w bezdenną głębię wody, w której wesoło pływała ogromna kałamarnica. Lubiła przychodzić i patrzeć na beztroskie życie tego stworzenia.
Dziewczyna pochodziła z Francji. Do Hogwartu przyjechała dopiero na trzecim roku. Do tej pory ma wrażenie, że odstaje od swoich przyjaciół. Nigdy nie była taka jak oni. Często jest wredna i nie miła dla nich. Lecz wyjazd Jamesa ze szkoły poczuła bardzo dotkliwie, mimo, że nie była z nim tak blisko jak inni. Dokładnie pamiętała moment, gdy się spotkali.
"Jak codziennie w lato przemierzałam wtedy plażę we Francji. Nudziło mnie to już. Przyjaciół nie miałam, bo zrażałam ludzi swoją zgryźliwością. Szłam, patrząc na morze. Zawsze mnie to uspokajało. Lecz oczywiście trudno jest patrzeć w wodę i nie wpaść na kogoś. Nie. Nie było to tak jak w filmach, gdy dziewczyna i chłopak wpadają na siebie i od razu wielka miłość. Po prostu wleciałam i głośno przeklnęłam zwymyślając od najgorszych nikomu nic nie winnego chłopaka. Jego trzej przyjaciele stali z boku i zwijali się ze śmiechu. A on sam patrzył na to z rozbawieniem.
- Niech księżniczka się nie obraża, bo złość piękności szkodzi- zaśmiał się.
- Z czego się śmiejecie?- warknęłam.- Wszyscy mugole są tacy sami- mruknęłam pod nosem.
- Mugole?- chłopcy roześmiali się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na nich zdezorientowana.
- Czy wy...
- Tak. Jesteśmy czarodziejami. Chodzimy do Hogwartu. Jestem James Potter. To jest Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Petergiew- uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ja jestem Kate Willowes. No to cześć, muszę już iść- powiedziałam szybko i odeszłam.
Nie polubiłam za bardzo tych chłopaków, ale ja nikogo nie lubiłam. Skąd mogłam wiedzieć, że tydzień później mój tata dostanie pracę w Anglii i że wszystko się odwróci tak, że staniemy się przyjaciółmi? Jednak wyszło tak, jak na filmach..."
Czy jakby nie przyjechała do Anglii, wszystko potoczyłoby się lepiej? Czy może by nie cierpiała, ale i nigdy nie zaznała prawdziwego szczczęścia?
Następnego dnia uczniowie jak codziennie spożywali śniadanie przed lekcjami. Huncwoci i dziewczyny jedli patrząc tępo w talerze. Szczęście uszło z nich razem z wyjazdem Jamesa. Nie mieli pojęcia, co mają robić.
- Idę dzisiaj do Dumbledora- oświadczył Syriusz.
- Przecież chodzisz do niego codziennie- zauważył Peter.
Black spojrzał na niego morderczym wzrokiem i wbił ze złością widelec w kiełbaskę.
- Tak nie może być! On musi wrócić!- zaszlochała Dorcas.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy uważał to samo.
W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. Do sali wkroczyło sześciu mężczyzn w czarnych strojach z literami MM wyszytymi na piersiach. Za nim wkroczyła zakapturzona postać w niebieskiej pelerynie.
Dumbledore spojrzał na nich wszystko rozumiejącym wzrokiem, podczas gdy uczniowie wlepiali w nich oczy, jakby przybyli z kosmosu. Dyrektor wyszedł zza stołu i podszedł szybkim krokiem do Jamesa (oczywiście nikt nie wiedział, że to on- dop. aut.). Wymienili kilka słów przyciszonymi głosami i Albus skinął na nich. James ruszył powolnym krokiem do stołu Ślizgonów. Za nim ruszło czterech aurorów, a dwóch pozostało przy wyjściu. Podszedł do Celissy Bartneys, machnął różdżką. Oszołomiona dziewczyna padła na ziemie, od razu podniesiona przez aurora. Następnie udali się do stołu Krukonów i Puchonów czyniąc to samo z dwoma uczniami. Na koniec Potter z jednym aurorem podszedł do stołu Gryfonów, do Huncwotów. Popatrzył chwilę spod kaptura na Petera.
- I on- wyszeptał łamiącym się głosem i oszołomił przyjaciela.
Hogwartczycy patrzyli na to z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Aurorzy związali czwórkę, otoczyli zaklęciami antydeportacyjnymi i cofnęli zaklęcia oszałamiające. Jeden pracownik ministerstwa powiedział donośnie do wszystkich uczniów:
- Na mocy prawa danego czarodziejom, aresztujemy Cellissę Bartneys, Alana Manoky, Bradleya Unicent oraz Petera Petergiew za śmierciożerstwo.
- CO?!- krzyknęli Huncwoci i dziewczyny.
- Peter?- podbiegł Syriusz do Petera i potrząsnął nim rozpaczliwie- Powiedz, że to pomyłka!!!
- Ja... Przepraszam- wyszeptał Glizdogon, spuszczając wzrok.
- Petergiew! Ty kretynie!
Dorcas, Ann, Kate i Lily się popłakały, a Huncwotom zamarły serca, krwawiąc boleśnie.
Ciszę przerwał świst zaklęcia Snape'a przelatującego nad głową Jamesa zwalając mu kaptur. Był to przerażający widok. Jego młodą twarz pokrywały liczne blizny i rany po zaklęciach, które ułożone były jedna obok drugiej. Oczy, które były pod wpływem zaklęcia redukującego wzrok (zamiast okularów dop. aut.) były dziwnie zamglone. Biała cera chłopaka przywodziła na myśl inferiusa. Po minucie przerażony James ruszył do wyjścia. Drogę zastąpili mu Syriusz i Remus. Mieli błagające miny i łzy w oczach.
- Nie zostawiaj nas! Prosimy!- wyszeptał Łapa patrząc mu w oczy.
- Ja nigdy was nie zostawiłem- odpowiedział, spuszczając wzrok.
- James. Popatrz na mnie- poprosił Lupin. Gdy ten spojrzał na niego kontynuował- Potrzebujemy ciebie. Nie rób nam tego.
- Ja... Nie wiem...- wyszeptał, przedarł się między nimi i wybiegł z sali.
- Wy głupcy! Jak mogliście do tego dopuścić!- rozległ się przerażający krzyk.
- Panie... My przepraszamy.. my nie wiedzieliśmy...- powiedział rozdygotanym głosem śmierciożerca.
- Milcz Malfoy! Wszystkim muszę zajmować się sam! Avada kedavra!- jeden z jego sług padł martwy.- Cruccio!- czterech kolejnych padło zwijając się z bólu.
Tego dnia jeszcze długo można było słyszeć krzyczących w mękach śmierciożerców.
Tydzień później, dziewczyny, Syriusz i Remus siedzieli na lekcji obrony przed czarną magią. Mieli podkrążone oczy i zmęczone twarze. Stracili dwóch przyjaciół. Jeden z nich okazał się zdrajcą. To ich przerosło. Prowadzący lekcję Mark Potter, także nie wyglądał za dobrze. Bardzo się martwił o Jamesa. Nawet Zakon Feniksa ostatnio nie miał żadnych informacji od niego. Jakby zniknął.
- Jak wiemy świat czarodziejów jest zagrożony- mówił do Gryfonów i Krukonów.- Doszły nas słuchy, że ostatnio dementorzy przyłączyli się do Lorda Voldemorta. Dlatego chcę was nauczyć się przez nimi bronić. Ktoś wie jak brzmi zaklęcie przeciw nim?
- Expecto Patronum- rozległ się ochrypły głos spod drzwi. Tak bardzo znajomy im głos, zupełnie niespodziewany w tym miejscu.
*************************************************************************
Hej.
Jestem, żyję i kulawo tworzę ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału i że po takim czasie wygląda, jak wygląda. Niestety mam bardzo mało czasu. Szkoła, obiad, rehabilitacje ( tak, ktoś tu ma krzywy kręgosłup :I ), lekcje, nauka i spać. Tak wygląda mój dzień. Lecz mimo wszystko znalazłam ten czas na napisanie rozdziału, więc proszę was bardzo, żebyście znaleźli czas, żeby skomentować rozdział. Bardzo smucił mnie napis pod ostatnim rozdziałem "Brak komentarzy" no, ale cóż. Jeśli jesteście, proszę pokażcie się.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będzie takiej przerwy,
Rogaczka.
- Kim pan jest?
- Dzień dobry. Jestem James Potter, ale to mało istotne. Przybyłem do mojego przyjaciela, ale nie wiem pod którym numerem mieszka. Mogłaby mi pani pomóc? On nazywa się Maglabery.
- O tak oczywiście. Mieszka pod 6.
- Dziękuję bardzo. Do widzenia- uśmiechnął się James, odwrócił się na pięcie i ruszył pod wskazany numer.
Stojąc przed drzwiami zawahał się. A jeśli to pułapka? Jeśli oni tylko tak mówili, bo wiedzieli, że tam jest? Jeśli jednak Maglabery mu nic nie powie i wyda go Voldemortowi? Westchnął ciężko, wyciągnął różdżkę i zapukał mocno w drzwi. Długo czekał, aż wreszcie za drzwiami rozległ się przyciszony głos:
- Kim jesteś?
- James Potter.
Drzwi powoli się uchyliły i dostrzegł twarz śmierciożercy w szparze, który patrzył na niego niepewnie.
- Ty jesteś od Dumbledore'a?
- Tak.
- Czego chcesz?- zapytał nerwowo.
- To nie jest rozmowa , by prowadzić ją na ulicy. Ktoś może nas usłyszeć. To bardzo ważne.
Minutę mierzyli się wzrokiem, aż Maglabery kiwnął lekko głową i wpuścił go do środka. W mieszkaniu było ciemno. Wszystkie zasłony były zasunięte szczelnie, nie przepuszczając ani jednego promienia słonecznego.
- No to o co chodzi.
- Chcę Ci pomóc. Ty dasz mi nazwiska szpiegów w Hogwarcie, a ja z Dumblodorem pomożemy ci przeżyć- powiedział James patrząc na niego uważnie.
Śmierciożerca prychnął nerwowo i spojrzał na niego zrozpaczony.
- Niby czemu mam ci zaufać? Skąd mam widzieć, że nie jesteś od Czarnego Pana?
- Nie masz żadnej pewności, ale sądzisz, że gdybym był śmierciożercą czekałbym na wyjaśnienia, a nie zabiłbym cię od razu?
- No tak- westchnął.
- Zaufaj mi. Nie masz nic do stracenia. Podsłuchałem rozmowę innych śmierciożerców. Jutro będziesz już martwy. A tak możesz uratować uczniów szkoły i jednocześnie siebie.
Mężczyzna kilka minut się zastanawiał.
- No dobrze-odpowiedział, a Potter uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od bardzo dawna.
- Nie pożałujesz. Obiecuję.
Maglabery kiwnął głową i zapieczętował tym przymierze, wiedząc, że i tak prędzej czy później będzie martwy. Patrząc na chłopaka żałował jaką drogę kiedyś wybrał. Chciał to wszystko naprawić.
Kate Willowes siedziała na brzegu jeziora. Wpatrywała się w bezdenną głębię wody, w której wesoło pływała ogromna kałamarnica. Lubiła przychodzić i patrzeć na beztroskie życie tego stworzenia.
Dziewczyna pochodziła z Francji. Do Hogwartu przyjechała dopiero na trzecim roku. Do tej pory ma wrażenie, że odstaje od swoich przyjaciół. Nigdy nie była taka jak oni. Często jest wredna i nie miła dla nich. Lecz wyjazd Jamesa ze szkoły poczuła bardzo dotkliwie, mimo, że nie była z nim tak blisko jak inni. Dokładnie pamiętała moment, gdy się spotkali.
"Jak codziennie w lato przemierzałam wtedy plażę we Francji. Nudziło mnie to już. Przyjaciół nie miałam, bo zrażałam ludzi swoją zgryźliwością. Szłam, patrząc na morze. Zawsze mnie to uspokajało. Lecz oczywiście trudno jest patrzeć w wodę i nie wpaść na kogoś. Nie. Nie było to tak jak w filmach, gdy dziewczyna i chłopak wpadają na siebie i od razu wielka miłość. Po prostu wleciałam i głośno przeklnęłam zwymyślając od najgorszych nikomu nic nie winnego chłopaka. Jego trzej przyjaciele stali z boku i zwijali się ze śmiechu. A on sam patrzył na to z rozbawieniem.
- Niech księżniczka się nie obraża, bo złość piękności szkodzi- zaśmiał się.
- Z czego się śmiejecie?- warknęłam.- Wszyscy mugole są tacy sami- mruknęłam pod nosem.
- Mugole?- chłopcy roześmiali się jeszcze bardziej.
Popatrzyłam na nich zdezorientowana.
- Czy wy...
- Tak. Jesteśmy czarodziejami. Chodzimy do Hogwartu. Jestem James Potter. To jest Syriusz Black, Remus Lupin i Peter Petergiew- uśmiechnął się przyjaźnie.
- Ja jestem Kate Willowes. No to cześć, muszę już iść- powiedziałam szybko i odeszłam.
Nie polubiłam za bardzo tych chłopaków, ale ja nikogo nie lubiłam. Skąd mogłam wiedzieć, że tydzień później mój tata dostanie pracę w Anglii i że wszystko się odwróci tak, że staniemy się przyjaciółmi? Jednak wyszło tak, jak na filmach..."
Czy jakby nie przyjechała do Anglii, wszystko potoczyłoby się lepiej? Czy może by nie cierpiała, ale i nigdy nie zaznała prawdziwego szczczęścia?
Następnego dnia uczniowie jak codziennie spożywali śniadanie przed lekcjami. Huncwoci i dziewczyny jedli patrząc tępo w talerze. Szczęście uszło z nich razem z wyjazdem Jamesa. Nie mieli pojęcia, co mają robić.
- Idę dzisiaj do Dumbledora- oświadczył Syriusz.
- Przecież chodzisz do niego codziennie- zauważył Peter.
Black spojrzał na niego morderczym wzrokiem i wbił ze złością widelec w kiełbaskę.
- Tak nie może być! On musi wrócić!- zaszlochała Dorcas.
Nikt jej nie odpowiedział, bo każdy uważał to samo.
W tym momencie drzwi do Wielkiej Sali rozwarły się z hukiem. Do sali wkroczyło sześciu mężczyzn w czarnych strojach z literami MM wyszytymi na piersiach. Za nim wkroczyła zakapturzona postać w niebieskiej pelerynie.
Dumbledore spojrzał na nich wszystko rozumiejącym wzrokiem, podczas gdy uczniowie wlepiali w nich oczy, jakby przybyli z kosmosu. Dyrektor wyszedł zza stołu i podszedł szybkim krokiem do Jamesa (oczywiście nikt nie wiedział, że to on- dop. aut.). Wymienili kilka słów przyciszonymi głosami i Albus skinął na nich. James ruszył powolnym krokiem do stołu Ślizgonów. Za nim ruszło czterech aurorów, a dwóch pozostało przy wyjściu. Podszedł do Celissy Bartneys, machnął różdżką. Oszołomiona dziewczyna padła na ziemie, od razu podniesiona przez aurora. Następnie udali się do stołu Krukonów i Puchonów czyniąc to samo z dwoma uczniami. Na koniec Potter z jednym aurorem podszedł do stołu Gryfonów, do Huncwotów. Popatrzył chwilę spod kaptura na Petera.
- I on- wyszeptał łamiącym się głosem i oszołomił przyjaciela.
Hogwartczycy patrzyli na to z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami. Aurorzy związali czwórkę, otoczyli zaklęciami antydeportacyjnymi i cofnęli zaklęcia oszałamiające. Jeden pracownik ministerstwa powiedział donośnie do wszystkich uczniów:
- Na mocy prawa danego czarodziejom, aresztujemy Cellissę Bartneys, Alana Manoky, Bradleya Unicent oraz Petera Petergiew za śmierciożerstwo.
- CO?!- krzyknęli Huncwoci i dziewczyny.
- Peter?- podbiegł Syriusz do Petera i potrząsnął nim rozpaczliwie- Powiedz, że to pomyłka!!!
- Ja... Przepraszam- wyszeptał Glizdogon, spuszczając wzrok.
- Petergiew! Ty kretynie!
Dorcas, Ann, Kate i Lily się popłakały, a Huncwotom zamarły serca, krwawiąc boleśnie.
Ciszę przerwał świst zaklęcia Snape'a przelatującego nad głową Jamesa zwalając mu kaptur. Był to przerażający widok. Jego młodą twarz pokrywały liczne blizny i rany po zaklęciach, które ułożone były jedna obok drugiej. Oczy, które były pod wpływem zaklęcia redukującego wzrok (zamiast okularów dop. aut.) były dziwnie zamglone. Biała cera chłopaka przywodziła na myśl inferiusa. Po minucie przerażony James ruszył do wyjścia. Drogę zastąpili mu Syriusz i Remus. Mieli błagające miny i łzy w oczach.
- Nie zostawiaj nas! Prosimy!- wyszeptał Łapa patrząc mu w oczy.
- Ja nigdy was nie zostawiłem- odpowiedział, spuszczając wzrok.
- James. Popatrz na mnie- poprosił Lupin. Gdy ten spojrzał na niego kontynuował- Potrzebujemy ciebie. Nie rób nam tego.
- Ja... Nie wiem...- wyszeptał, przedarł się między nimi i wybiegł z sali.
- Wy głupcy! Jak mogliście do tego dopuścić!- rozległ się przerażający krzyk.
- Panie... My przepraszamy.. my nie wiedzieliśmy...- powiedział rozdygotanym głosem śmierciożerca.
- Milcz Malfoy! Wszystkim muszę zajmować się sam! Avada kedavra!- jeden z jego sług padł martwy.- Cruccio!- czterech kolejnych padło zwijając się z bólu.
Tego dnia jeszcze długo można było słyszeć krzyczących w mękach śmierciożerców.
Tydzień później, dziewczyny, Syriusz i Remus siedzieli na lekcji obrony przed czarną magią. Mieli podkrążone oczy i zmęczone twarze. Stracili dwóch przyjaciół. Jeden z nich okazał się zdrajcą. To ich przerosło. Prowadzący lekcję Mark Potter, także nie wyglądał za dobrze. Bardzo się martwił o Jamesa. Nawet Zakon Feniksa ostatnio nie miał żadnych informacji od niego. Jakby zniknął.
- Jak wiemy świat czarodziejów jest zagrożony- mówił do Gryfonów i Krukonów.- Doszły nas słuchy, że ostatnio dementorzy przyłączyli się do Lorda Voldemorta. Dlatego chcę was nauczyć się przez nimi bronić. Ktoś wie jak brzmi zaklęcie przeciw nim?
- Expecto Patronum- rozległ się ochrypły głos spod drzwi. Tak bardzo znajomy im głos, zupełnie niespodziewany w tym miejscu.
*************************************************************************
Hej.
Jestem, żyję i kulawo tworzę ;) Przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału i że po takim czasie wygląda, jak wygląda. Niestety mam bardzo mało czasu. Szkoła, obiad, rehabilitacje ( tak, ktoś tu ma krzywy kręgosłup :I ), lekcje, nauka i spać. Tak wygląda mój dzień. Lecz mimo wszystko znalazłam ten czas na napisanie rozdziału, więc proszę was bardzo, żebyście znaleźli czas, żeby skomentować rozdział. Bardzo smucił mnie napis pod ostatnim rozdziałem "Brak komentarzy" no, ale cóż. Jeśli jesteście, proszę pokażcie się.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że nigdy więcej nie będzie takiej przerwy,
Rogaczka.
piątek, 16 września 2016
ROCZNICA BLOGA!
Wyświetlenia: 6112
W sumie postów: z tym 22
Rozdziały: 19
Komentarze: 73
Odbiorcy na świecie:

I wiele innych, ale już po 1-2.
Naprawdę cieszę się, że ze mną jesteście. I powtarzam błaganie: udzielajcie się. A z pośród czytelników chciałam szczególnie podziękować Ann Black, która jest ze mną prawie od początku. Dziękuję! I dziękuję oczywiście wszystkim, którzy tu zaglądają!
Pozdrawiam,
Szczęśliwa Rogaczka.
P.S. Nie sądzicie, że powinnam zmienić wystrój bloga?
P.S.2. Nie sądzicie, że mój pseudonim także trzeba zmienić? :D
poniedziałek, 12 września 2016
15. Nadzieja.
Dorcas Meadowes przemierzała korytarze Hogwartu. Była to ciesząca się życiem dziewczyna. Lecz nie teraz. Przez jej niezbitą maskę szczęścia przebił się smutek i tęsknota. Dor była bardzo tajemnicza. Mało komu się zwierzała ze swoich problemów. Po przyjeździe do Hogwartu na drugim roku zaginął jej pięcioletni braciszek. Od tamtej pory zamknęła się w sobie. Mało kto wiedział, ale jej najlepszym przyjacielem jest James. Od dziecka mieszkają obok siebie. To jemu się zwierzała. Ten kontakt urwał się w tym roku. To on stał się tajemniczy. Skryty. Wszyscy w tym roku oddalili się od siebie, mimo tego, że zdawali się być tak blisko. Sprawcą tego był Lord Voldemort, który radował się strachem wśród czarodziejów. Po dzisiejszym liście od Jamesa miała wątpliwości czy istnieje jeszcze nadzieja na lepsze jutro. Tęskniła bardzo za tą beztroską. Lecz życie było zbyt okrutne, by do niej wrócić.
Przypomniała sobie dzień, w którym poznała Jamesa.
"Jako pięcioletnia dziewczynka byłam bardzo żywiołowa. Rodzice mi to zawsze powtarzali. A, że jestem byt ruchliwa przekonałam się na własnej skórze, kiedy się przewróciłam na chodniku zdzierając boleśnie kolana i skręcając kostkę. Rozpłakałam się, jak to mała dziewczynka. Byłam zbyt daleko od domu, by mnie zobaczyli rodzice i bym tam doszła. Lecz jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Podbiegł do mnie chłopiec o kruczoczarnych włosach, chyba w moim wieku. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Cześć. Jestem James, a ty?
- Dorcas- wychlipałam.
Wyciągnął do mnie rękę, ja ją przyjęłam i pomógł mi wstać.
- Mocno boli?
- Tak.
- Pomogę ci dojść do domu. Gdzie mieszkasz?
- Pod numerem 4.
- Oooo to super, bo ja pod 5- ucieszył się chłopiec.
Zaprowadził mnie do domu, a kilka tygodni później staliśmy się nierozłącznym duetem."
A teraz wszystko się popsuło. Niech licho weźmie tego Voldemorta.
Tej nocy była pełnia. Remus nadzwyczaj spokojnie się zachowywał. Huncwoci bali się, że z powodu braku Rogacza, największego zwierzęcia z nich trudno będzie go opanować, ale tak się nie stało. Nie był zły, tylko podejrzanie radosny, jak nigdy wcześniej. Kiedy wrócili w trójkę do dormitorium od pani Pomfey i zmęczeni kładli się spać była godzina 6:23. Słońce już całkowicie wyszło zza horyzontu. Promienie oświetlały hogwarckie błonia i jezioro, widoczne z okna i słychać było ćwierkot rozmaitych ptaków. Peter podszedł do okna i popatrzył się smutnym wzrokiem na ten krajobraz. Po chwili zasłonił ze złością zasłony i przybity padł na łóżko. Wszyscy już powoli zasypiali, gdy do dormitorium wpadły dziewczyny.
- Co wy jeszcze śpicie?- zdziwiła się Kate.- Przecież zaraz śniadanie.
W odpowiedzi usłyszały warknięcie Syriusza.
- No nic. Wiecie, co? W Hogwarcie są oswojone jelenie!- zwołała podniecona Dor.
- Co?- mruknął Remus z poduszki.
- Jak poszłyśmy na spacer, to z lasu wyszedł taki ogromny ciemny jeleń. Miał takie słodkie obwódki wokół brązowych oczu- paplała Dor.
- Co?!- krzyknęli Huncwoci jednocześnie i zerwali się na równe nogi.
- No..No jeleń- wymamrotała zbita z tropu dziewczyna.
- I co on zrobił?- zapytał przejęty Łapa.
Zdziwione dziewczyny popatrzyły po sobie. Lily wzruszyła do nich ramionami i powiedziała:
- Jak nas zobaczył z początku chciał uciec, ale po chwili podszedł do nas, a my go pogłaskałyśmy. Miał taki ludzki wyraz oczu. Jakby był bardzo smutny.
Huncwoci otworzyli usta. Później szybko chwycili płaszcze (kiedy wrócili nie zdjęli szat) i pobiegli do wyjścia z sypialni.
- A wy dokąd?- zapytała Kate.
- Myy... Idziemy zobaczyć jelenia.
Uniosły brwi, ale nic nie powiedziały. Chłopcy znikli im z oczu, a one po kilku sekundach milczenia poszły do siebie.
Chłopcy biegli tak szybko, że gdy dotarli pod Zakazany Las, zabrakło im tchu.
- Szukajmy!- krzyknął zduszonym głosem Lunatyk.
Rozbiegli się w różne ścieżki lasu i szukali jakiegoś śladu po Rogaczu. Las był pogrążony w mroku i zdawałoby się, że wszystkie stworzenia w nim śpią. Godzinę później zmęczeni i z utraconą nadzieją wyszli z lasu i padli na trawę. Ich twarze ukazywały bezdenną rozpacz i smutek. Byli wrakami ludzi. Gdyby ktoś obok nich przechodził nie poznałby w nich Huncwotów, tych co wiecznie się uśmiechają. Tak wyglądali ludzie, którzy tracili nadzieję. A bez nadziei życie traci sens.
- Patrzcie- szepnął Peter wskazując na pergamin leżący na trawie.- To jest Jamesa!
- Skąd wiesz?- zapytał podniecony Łapa rzucając się na kartkę.- Lunatyk! Zobacz! On ma rację!
- Nie marudź tylko czytaj co tam jest!- ponaglił go Remus, a w jego oczach rozbłysła nadzieja.
- Kartka z pamiętnika Jamesa Pottera.
Każdy dzień mija się z kolejnym. Czas mija, a ja jestem ciągle w pułapce. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy wolno mi mieć jeszcze nadzieję? Nie wiem co myśleć. Z każdą chwilą coraz bardziej odczuwam skutki przeszłości. I wtedy zawsze nasuwa mi się pytanie "dlaczego?" przechodzące miliony razy przez myśli i słowa każdego człowieka od zawsze. Od nicości po kres. Nikt tak naprawdę nie jest pewny odpowiedzi. Więc jaki ma sens szukanie jej, skoro przez to wpadamy tylko w błędne koło, z którego nie da się wyjść? Jaki sens ma to pytanie? Jedno proste słowo, które jest głębią całego istnienia.
Kiedy człowiekowi przydarza się coś złego w życiu, odczuwa strach, niepewność i rozgoryczenie. Później pytamy "dlaczego?". Szukamy obsesyjnie wyjaśnienia i gdy otrzymamy odpowiedź następuje rozczarowanie i strach. Pytamy ponownie "A dlaczego tak, a nie inaczej?" i gubimy się w tym kole. Zamiast pogodzić się z losem obwiniamy innych. Inni pocieszając nas mówią, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Lecz przeznaczenie można zmienić. Los nie jest niczym trwałym. Wszystko zależy od nas.
Właściwie, to nie mam pojęcia po co filozofuję. No i znów jest to pytanie, "dlaczego". Może po to, by wyrzucić z siebie to wszystko, aby choć przez chwilę poczuć się wolny? Możliwe, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Droga jaką wybrałem jest jedynym rozwiązaniem. A może tylko próbuję sobie to wmówić? Bo tak jest łatwiej. Uciec. No bo dlaczego nie zostałem tam, żeby walczyć, by chronić przyjaciół od zła, a błądzę po świecie i ich ranię? I widzicie? Znów to pytanie.
Samotnie wędrując po kraju, będąc sam na sam ze swoimi myślami, powoli rozumiem, że nie powinienem był uciekać. Wmawiam sobie wtedy, że łapanie tych, co są źli, przynosi ulgę, że jestem szczęśliwy. Lecz to tylko złudzenie, krótka satysfakcja. Czuję się się samotny. Nie ma nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Może jednak wrócić? Nie mam pojęcia co robić. A przecież tak bardzo tęsknię...
- O co w tym wszystkim chodzi do cholery?!- zezłościł się Black.
- A o to Łapo- zaczął Lunatyk, który wcześniej cały czas wpatrywał się pustym wzrokiem w chatkę Hagrida, patrząc mu prosto w oczy.- że Rogacz wcale nie pojechał do innej szkoły, tylko uciekł z Hogwartu, żeby nas chronić przed czymś.
- Cholera!- jęknął Syriusz chowając twarz w dłoniach i oddając się rozpaczy.
Nie miał pojęcia co go podkusiło, by po pełni wyjść z lasu i do tego podejść do dziewczyn. Prawdopodobnie tęsknota to któregokolwiek z jego przyjaciół była większa niż wszystko inne. Wiedział, że go nie rozpoznają. Chciał poczuć się na choć jedną chwilę szczęśliwym. A tymczasem to tylko pogorszyło sprawę. Od jakiegoś czasu łapanie śmierciożerców przestało mu sprawiać satysfakcję. Jego myśli wypełniała perspektywa powrotu. Ale przecież nie mógł.
Przemierzał teraz wioskę Little Hangleton, którą miał na liście najczęściej odwiedzanych przez śmierciożerców miejsc, sporządzonej przed ucieczką z Hogwartu. W oddali dostrzegł cieme postacie, więc szybko zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i podszedł bliżej. Usłyszał rozmowę, dzięki, której wreszcie się skupił na zadaniu, jakie sobie postawił.
- Mam przeczucie, że Maglabery chce wydać ślizgońskiego szpiega Dumbledorowi. Musimy mieć na niego oko.
- A ktoś ma pojęcie gdzie on jest?
- Czarny Pan wspomniał coś, że ma dom na Privet Drive w Surrey.
- W takim razie sprawdzimy go jutro, a teraz chodźmy, bo Pan czeka.
I wszyscy teleportowali się. James udał się w wskazane miejsce.
*******************************************************************
Hej.
Ja nie komentuje tej notki, choć wy oczywiście możecie.
Jakiego bohartera następnego?
Pozdrawiam,
Rogaczka.
Przypomniała sobie dzień, w którym poznała Jamesa.
"Jako pięcioletnia dziewczynka byłam bardzo żywiołowa. Rodzice mi to zawsze powtarzali. A, że jestem byt ruchliwa przekonałam się na własnej skórze, kiedy się przewróciłam na chodniku zdzierając boleśnie kolana i skręcając kostkę. Rozpłakałam się, jak to mała dziewczynka. Byłam zbyt daleko od domu, by mnie zobaczyli rodzice i bym tam doszła. Lecz jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście. Podbiegł do mnie chłopiec o kruczoczarnych włosach, chyba w moim wieku. Uśmiechnął się do mnie pocieszająco.
- Cześć. Jestem James, a ty?
- Dorcas- wychlipałam.
Wyciągnął do mnie rękę, ja ją przyjęłam i pomógł mi wstać.
- Mocno boli?
- Tak.
- Pomogę ci dojść do domu. Gdzie mieszkasz?
- Pod numerem 4.
- Oooo to super, bo ja pod 5- ucieszył się chłopiec.
Zaprowadził mnie do domu, a kilka tygodni później staliśmy się nierozłącznym duetem."
A teraz wszystko się popsuło. Niech licho weźmie tego Voldemorta.
Tej nocy była pełnia. Remus nadzwyczaj spokojnie się zachowywał. Huncwoci bali się, że z powodu braku Rogacza, największego zwierzęcia z nich trudno będzie go opanować, ale tak się nie stało. Nie był zły, tylko podejrzanie radosny, jak nigdy wcześniej. Kiedy wrócili w trójkę do dormitorium od pani Pomfey i zmęczeni kładli się spać była godzina 6:23. Słońce już całkowicie wyszło zza horyzontu. Promienie oświetlały hogwarckie błonia i jezioro, widoczne z okna i słychać było ćwierkot rozmaitych ptaków. Peter podszedł do okna i popatrzył się smutnym wzrokiem na ten krajobraz. Po chwili zasłonił ze złością zasłony i przybity padł na łóżko. Wszyscy już powoli zasypiali, gdy do dormitorium wpadły dziewczyny.
- Co wy jeszcze śpicie?- zdziwiła się Kate.- Przecież zaraz śniadanie.
W odpowiedzi usłyszały warknięcie Syriusza.
- No nic. Wiecie, co? W Hogwarcie są oswojone jelenie!- zwołała podniecona Dor.
- Co?- mruknął Remus z poduszki.
- Jak poszłyśmy na spacer, to z lasu wyszedł taki ogromny ciemny jeleń. Miał takie słodkie obwódki wokół brązowych oczu- paplała Dor.
- Co?!- krzyknęli Huncwoci jednocześnie i zerwali się na równe nogi.
- No..No jeleń- wymamrotała zbita z tropu dziewczyna.
- I co on zrobił?- zapytał przejęty Łapa.
Zdziwione dziewczyny popatrzyły po sobie. Lily wzruszyła do nich ramionami i powiedziała:
- Jak nas zobaczył z początku chciał uciec, ale po chwili podszedł do nas, a my go pogłaskałyśmy. Miał taki ludzki wyraz oczu. Jakby był bardzo smutny.
Huncwoci otworzyli usta. Później szybko chwycili płaszcze (kiedy wrócili nie zdjęli szat) i pobiegli do wyjścia z sypialni.
- A wy dokąd?- zapytała Kate.
- Myy... Idziemy zobaczyć jelenia.
Uniosły brwi, ale nic nie powiedziały. Chłopcy znikli im z oczu, a one po kilku sekundach milczenia poszły do siebie.
Chłopcy biegli tak szybko, że gdy dotarli pod Zakazany Las, zabrakło im tchu.
- Szukajmy!- krzyknął zduszonym głosem Lunatyk.
Rozbiegli się w różne ścieżki lasu i szukali jakiegoś śladu po Rogaczu. Las był pogrążony w mroku i zdawałoby się, że wszystkie stworzenia w nim śpią. Godzinę później zmęczeni i z utraconą nadzieją wyszli z lasu i padli na trawę. Ich twarze ukazywały bezdenną rozpacz i smutek. Byli wrakami ludzi. Gdyby ktoś obok nich przechodził nie poznałby w nich Huncwotów, tych co wiecznie się uśmiechają. Tak wyglądali ludzie, którzy tracili nadzieję. A bez nadziei życie traci sens.
- Patrzcie- szepnął Peter wskazując na pergamin leżący na trawie.- To jest Jamesa!
- Skąd wiesz?- zapytał podniecony Łapa rzucając się na kartkę.- Lunatyk! Zobacz! On ma rację!
- Nie marudź tylko czytaj co tam jest!- ponaglił go Remus, a w jego oczach rozbłysła nadzieja.
- Kartka z pamiętnika Jamesa Pottera.
Każdy dzień mija się z kolejnym. Czas mija, a ja jestem ciągle w pułapce. Dlaczego jest tak, a nie inaczej? Czy wolno mi mieć jeszcze nadzieję? Nie wiem co myśleć. Z każdą chwilą coraz bardziej odczuwam skutki przeszłości. I wtedy zawsze nasuwa mi się pytanie "dlaczego?" przechodzące miliony razy przez myśli i słowa każdego człowieka od zawsze. Od nicości po kres. Nikt tak naprawdę nie jest pewny odpowiedzi. Więc jaki ma sens szukanie jej, skoro przez to wpadamy tylko w błędne koło, z którego nie da się wyjść? Jaki sens ma to pytanie? Jedno proste słowo, które jest głębią całego istnienia.
Kiedy człowiekowi przydarza się coś złego w życiu, odczuwa strach, niepewność i rozgoryczenie. Później pytamy "dlaczego?". Szukamy obsesyjnie wyjaśnienia i gdy otrzymamy odpowiedź następuje rozczarowanie i strach. Pytamy ponownie "A dlaczego tak, a nie inaczej?" i gubimy się w tym kole. Zamiast pogodzić się z losem obwiniamy innych. Inni pocieszając nas mówią, że tak musiało być, że takie jest przeznaczenie. Lecz przeznaczenie można zmienić. Los nie jest niczym trwałym. Wszystko zależy od nas.
Właściwie, to nie mam pojęcia po co filozofuję. No i znów jest to pytanie, "dlaczego". Może po to, by wyrzucić z siebie to wszystko, aby choć przez chwilę poczuć się wolny? Możliwe, ale nie będę się nad tym rozwodzić. Droga jaką wybrałem jest jedynym rozwiązaniem. A może tylko próbuję sobie to wmówić? Bo tak jest łatwiej. Uciec. No bo dlaczego nie zostałem tam, żeby walczyć, by chronić przyjaciół od zła, a błądzę po świecie i ich ranię? I widzicie? Znów to pytanie.
Samotnie wędrując po kraju, będąc sam na sam ze swoimi myślami, powoli rozumiem, że nie powinienem był uciekać. Wmawiam sobie wtedy, że łapanie tych, co są źli, przynosi ulgę, że jestem szczęśliwy. Lecz to tylko złudzenie, krótka satysfakcja. Czuję się się samotny. Nie ma nikogo, komu mógłbym się zwierzyć. Może jednak wrócić? Nie mam pojęcia co robić. A przecież tak bardzo tęsknię...
- O co w tym wszystkim chodzi do cholery?!- zezłościł się Black.
- A o to Łapo- zaczął Lunatyk, który wcześniej cały czas wpatrywał się pustym wzrokiem w chatkę Hagrida, patrząc mu prosto w oczy.- że Rogacz wcale nie pojechał do innej szkoły, tylko uciekł z Hogwartu, żeby nas chronić przed czymś.
- Cholera!- jęknął Syriusz chowając twarz w dłoniach i oddając się rozpaczy.
Nie miał pojęcia co go podkusiło, by po pełni wyjść z lasu i do tego podejść do dziewczyn. Prawdopodobnie tęsknota to któregokolwiek z jego przyjaciół była większa niż wszystko inne. Wiedział, że go nie rozpoznają. Chciał poczuć się na choć jedną chwilę szczęśliwym. A tymczasem to tylko pogorszyło sprawę. Od jakiegoś czasu łapanie śmierciożerców przestało mu sprawiać satysfakcję. Jego myśli wypełniała perspektywa powrotu. Ale przecież nie mógł.
Przemierzał teraz wioskę Little Hangleton, którą miał na liście najczęściej odwiedzanych przez śmierciożerców miejsc, sporządzonej przed ucieczką z Hogwartu. W oddali dostrzegł cieme postacie, więc szybko zarzucił na siebie pelerynę niewidkę i podszedł bliżej. Usłyszał rozmowę, dzięki, której wreszcie się skupił na zadaniu, jakie sobie postawił.
- Mam przeczucie, że Maglabery chce wydać ślizgońskiego szpiega Dumbledorowi. Musimy mieć na niego oko.
- A ktoś ma pojęcie gdzie on jest?
- Czarny Pan wspomniał coś, że ma dom na Privet Drive w Surrey.
- W takim razie sprawdzimy go jutro, a teraz chodźmy, bo Pan czeka.
I wszyscy teleportowali się. James udał się w wskazane miejsce.
*******************************************************************
Hej.
Ja nie komentuje tej notki, choć wy oczywiście możecie.
Jakiego bohartera następnego?
Pozdrawiam,
Rogaczka.
wtorek, 9 sierpnia 2016
14. Po prostu zapomnieć.
Na pierwszym stał z Huncwotami na tle morza w Brazylii, nad które wybrali się w minione wakacje. Wszyscy śmiali się wesoło i machali do obiektywu.
Na drugim z całą paczką urządzili sobie bitwę na śnieżki na błoniach. Miało to miejsce na trzecim roku, kiedy to wszyscy prowadzili jeszcze beztroskie, wolne od problemów życie.
Na trzecim siedział z Dorcas na kanapie, a z tyłu stała Kate i Ann,. We troje uśmiechali się szeroko jakby sam uśmiech przepędzał zło.
Czwarte zdjęcie było zrobione w tym roku. Obejmował na nim ramieniem Lily. Oboje mieli uśmiechy na twarzach, ale jego był jakby przygaszony, taki pusty.
Na ostatniej fotografii jako pięciolatek stał z rodzicami na tle choinki. Ich szczęście było wyraźne nawet za szybki oprawki.
Stał jak zaklęty i wpatrywał się w nie. Nie świadomie kilka łez wypłynęło z jego oczu. Minęło 10 minut zanim się ocknął. Otarł łzy, które coraz szybciej leciały i spakował szybko zdjęcia do odrębnej kieszeni. W myślach przywołał pergamin i pióro. Napisał list i położył go na łóżku. Rozejrzał się wokoło i zatrzymał się na śpiących przyjaciołach. Poczuł nieprzyjemny ucisk w gardle i jego oczy niebezpiecznie zaczęły piec. Zawahał się. Ale przecież nie mógł się wycofać. Przecież robił to dla nich.
Chwycił swoją miotłę i wybiegł z dormitorium. Biegł i zatrzymał się dopiero przy bramie Hogwartu. Omiótł spojrzeniem po terenie szkoły. Dostrzedł słupki bramkowe na boisk do quidditcha. Tęsknił za nim. Choć od 5 roku był kapitanem drużyny, w tym roku z powodu jego częstego pobytu w szpitalu jego funkcje objął jego zastępca. Tęsknił za tymi chwilami, gdzie liczył się tylko on i znicz. Czuł wtedy wolność.
Zaśmiał się histerycznie na myśl, że kiedyś jego największym problemem był mecz, albo nawet odrzucenie jego podrywów przez Lily. Ileż to razy wspominała mu, że na świecie byłoby piękniej bez niego. No to masz, co chciałaś- pomyślał smutno. Nigdy nie dał po sobie poznać jak go wtedy raniła. On zrobi dla niej wszystko, ale ona nie wie jeszcze jak mocno ją kocha. Nie miał jej za złe, że wypowiedziała głośno to, czego on był sam świadom.
Ich wszystkich kochał tak bardzo, że aż bolało. Nie pozostało mu więc nic innego, jak wsiąść na miotłę i odlecieć.
- Syriusz? Co tak stoisz?
Ann, Dor, Kate i Lily weszły do dormitorium chłopców, budząc tym samym Petera i Remusa. Syriusz od kilkunastu minut wpatrywał się w pergamin, który zostawił James.
- Gdzie jest James?- szepnęła Lily.
- Łapo, co tam masz?- zapytał Lunatyk.
Ten jakby obudził się z transu, drgnął, podniósł wzrok i bez słowa podał im list opadając na łóżku.
Remus na głos odczytał list. Z każdym słowem jego głos tracił na sile i się załamywał. Kiedy skończył, każdy miał zaszklone oczy.
- Musimy go odnaleźć- powiedział zachrypniętym głosem Syriusz.
- Niby jak? Nawet nie wiemy w którą stronę wyruszył- mruknęła smętnie Dor.
- Wyślijmy do niego list- podsunęła Ann.
- No dobra. I tak niczego innego nie zrobimy- zadecydował Lupin.
Wziął pergamin i orle pióro ze swojej szafki i wspólnie napisali list.
Drogi Jamesie!
Masz rację, jesteśmy wściekli i to bardzo. Jak możesz nam tak robić? Gdzie ty jesteś? Odpowiedz nam! Martwimy się o Ciecie. Co zrobiliśmy nie tak? Powiedz nam, naprawimy to, tylko do cholery wróć! Nie ma żadnego żegnaj. Wróć sam, albo my Cię znajdziemy. Jak możesz twierdzić, że szybko zapomnimy? James! Błagamy! Wróć!
Twoi nic nie rozumiejący przyjaciele (?).
Udali się do sowiarni, gdzie wysłali go szkolną sową.
- Chodźmy na śniadanie. Zaraz lekcje, a i tak niczego nie zrobimy- powiedziała Kate.
Skinęli głowami na znak zgody.
- Chwila. Gdzie Peter?- zdziwiła się Lily.
- Myślałam, że szedł z nami- rozejrzała się Dor jakby spodziewała go ujrzeć.
- Mniejsza o niego. Pewnie poszedł już jeść- westchnął Łapa.
Zamilkli i poszli do Wielkiej Sali.
- Panie mój, on mówi, że młody Potter uciekł z Hogwartu- wyszeptał Lucjusz Malfoy.
- Świetnie. Teraz jest bezbronny nie ma przy nim Dumbledore'a- zaśmiał się Lord Voldemort.- Znajdźcie go.
- Tak jest panie.
Mężczyźni aportowali się z domu w Little Hangleton i zapadła głucha cisza.
Przyjaciele z niecierpliwością oczekiwali odpowiedzi od Jamesa. Ta jednak nie przyszła ani tego dnia ani przez dwa tygodnie, mimo, że codziennie wysyłali po dwa listy o podobnej treści. Podczas śniadania trzy tygodnie później, Remus otrzymał Proroka. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie patronusa-jelenia.
- Ej, słuchajcie.
Tajemniczy łowca śmierciożerców działa na terenie Angli!
W ostatnim czasie złapano jedenastu śmierciożerców. Za każdym razem Łowca wysyła Patronusa- Jelenia do Siedziby Aurorów. Gdy aktualny szef aurorów Alastor Moody wraz ze swoją ekipą przybywa na miejsce wskazane przez owego patronusa znajduje skrępowanych i oszołomionych zwolenników Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, a obok niego drugi magiczny jeleń.
"Nie wiemy kim on jest, ale jesteśmy mu bardzo wdzięczni"- wyznaje jeden z aurorów.
Życzymy szczęścia naszemu tajemniczemu Łowcy. W tych trudnych czasach przydają się tacy ludzie. A tymczasem wojna wisi w powietrzu...(więcej na str. 2)
- Patronus jeleń?- zmarszczył czoło Black.- A czy to nie...
- Wiele osób ma takie patronusy- ostudził jego zapał Remus.
- O czy wy mówicie?- zdziwiła się Lily.
- Nie ważne Evans. Nie powinno cię to obchodzić- warknął Syriusz.
- Hej! Patrzcie!- krzyknęła Kate wskazując na sowę uszatą lądującą obok nich.
- To od Jamesa!- szepnął Lupin i trzęsącymi się rękoma odwiązał list, a sowa od razu odleciała.
Drodzy Syriuszu, Remusie, Glizdogonie, Peterze, Ann, Kate, Lily i Dorcas!
Proszę, nie piszcie więcej listów. Sowy zbyt zwracają na mnie uwagę, a tego nie chcę. Wiem, że to dla was trudna i niezrozumiana sytuacja, ale o mnie się nie martwcie. Radzę sobie doskonale.
Po prostu zapomnijcie.
J.P
Wszyscy patrzyli się tępo w kartkę jakby marzyli, by wyskoczył z niej Rogacz.
- Po prostu zapomnijcie?- zapytał pustym głosem Łapa.
Przed oczami stanęły im wszystkie chwile spędzone z Jamesem. Łapa zerwał się i wybiegł z sali. Przypomniał sobie dzień, w którym się poznali.
Był 1 września. Właśnie jechał do Hogwartu. Jego umysł wypełniła szczęśliwa wizja opuszczenia swojego domu na 10 miesięcy. Szczęście go rozpierało. Uśmiechał się właśnie do siebie, gdy przedział otworzył się i weszły jego kuzynki Narcyza i Bellatrix. Obie miały kpiące uśmiechy na twarzach.
- Witaj Syriuszu.
- Witajcie- wycedził.- Czego chcecie?
- Pamiętaj. Masz trafić do Slitherinu, albo pożałujesz.
- Po moim trupie. Może jeszcze mam dołączyć do tego zapchlonego Czarnego Pana?
- Nie wycieraj swojej gęby Czarnym Panem!- wpadła w furię Bella.- Crucio!- krzyknęła.
Ale w ostatniej chwili, ktoś ją popchnął od tyłu tak, że upadła na podłogę, a zaklęcie trafiło w szybę i ją roztrzaskało. Podniosła się ze złością i już miała rzucić zaklęcie na chłopca stojącego za nią, ale Narcyza chwyciła ją za rękę i powiedziała.
- Opamiętaj się Bello. Będziemy miały kłopoty.
Pociągnęła ją za sobą i po chwili obie zniknęły.
- O rety. Dzięki- wymamrotał Syriusz do chłopca.
- Nie ma za co. Jestem James Potter, a ty?
- Syriusz Black.
Podali sobie ręce i uśmiechnęli się do siebie. Od tej pory byli nierozłączni.
A teraz... Teraz wszystko było nie tak.
* * * * * * *




(dop. aut.- I to są z grubsza te zdjęcia. Tylko do jednego nie mogłam znaleźć odpowiednika)
*******************************************************************************
Hej.
Teraz jest dłużej. Mam nadzieję, że się podoba, bo się starałam.
Dziękuję za te komentarze. Naprawdę są one dla mnie bardzo ważne. Piszcie też na czacie i odpowiadajcie na moje sondy, bo wtedy widzę ile was jest i czy mam dla kogo pisać.
Liczę na komentarze i pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
niedziela, 17 lipca 2016
13. Podjęta decyzja.
Od dnia, w którym miało miejsce zdarzenie zmieniające życie Gryfonów, minęły miesiące. Na dworze zaczęło wesoło świecić słońce chcąc otulić ich swoją radością. Nadszedł marzec.
James Potter od tamtego dnia był widywany jedynie podczas lekcji. Nie sypiał w dormitorium, a na posiłki nie przychodził. Wiele osób na marne próbowało zagadnąć chłopaka o to gdzie się podziewa, gdyż równo z dzwonkiem znikał i nie pojawiał się przed następnymi zajęciami, a na nich siedział w najciemniejszych kątach klasy nie odpowiadając na żadne pytania, chyba, że dotyczyły one danej lekcji. Podejrzewano, że ucieka ze szkoły. Krążyło wiele plotek na jego temat.
Prawda była taka, że James podjął decyzję. Chciał opuścić szkołę. Lecz nie przepisać się do innej. Jego celem byli śmierciożercy i Voldemort. Każdy dzień i noc spędzał w Pokoju Życzeń na przygotowanie się do wędrówki po świecie. Uczył się zaklęć obronnych, leczniczych, klątw i uroków. Aby móc wsadzić do Azkabanu lub zabić jak najwięcej z nich. Czekał tylko na osiągnięcie przez siebie pełnoletności, by spokojnie używać zaklęć po za szkołą i by być niezależnym. Jedynym momentem, w którym dał znak o sobie, miał miejsce 30 stycznia, w urodziny Lily, kiedy to przysłał jej prezent i życzenia przez sowę.
Siódemka przyjaciół Rogacza bardzo się o niego martwiła. Nie wiedzieli co się z nim dzieje. Pozostali Huncwoci nie wiedzieli o istnieniu Pokoju Przychodź-Wychodź, więc mapa im nie pomogła. Codziennie próbowali porozmawiać z Rogaczem. Tylko Peter się nie odzywał i sprawiał wrażenie jakby coś go dręczyło. Dorcas, Ann i Kate przestały się uśmiechać i popadły w rutynę. Remus zmizerniał, a Syriusz był chodzącym widmem. Łapa obwiniał za wszystko Rudą, która miała wielkie wyrzuty sumienia. Nie miała pojęcia jak mogła to zrobić. To był taki impuls, przez który zniszczyła życie Potterowi.
W końcu nadszedł dzień 27 marca. Wieczorem, ku zdziwieniu całej Wielkiej Sali, na kolację wszedł James, który chciał zjeść ostatni posiłek w tej szkole. Miał zamiar wyruszyć o świcie. Nie zważając na spojrzenia usiadł na mniej okupowanej przez Gryfonów części stołu. Natychmiast podeszli do niego Huncwoci karząc zostać dziewczynom na miejscu.
- Rogacz! Gdzie ty się podziewałeś? Dlaczego wszystkich unikasz? Martwimy się o ciebie- krzyknął Łapa rzucając się na Pottera radośnie.- Chyba nie przejąłeś się tym co powiedziała ta ruda małpa?!
Chłopak nie odpowiedział, tylko odepchnął lekko od siebie Blacka i kontynuował kolację. Huncwoci wymienili zmartwione spojrzenia. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zerwał się z miejsca i ruszył za wychodzącym z sali dyrektorem.
- Jamesie Potterze masz tu wszystko wrócić i wszystko nam wyjaśnić!- krzyknął Lunatyk.
Rogacz zastygł w wejściu. Po chwili odwrócił się i powiedział zachrypniętym od długiego milczenia głosem:
- Nic mi nie jest chłopaki. Potrzebowałem to wszystko przemyśleć. Porozmawiamy później!- posłał im sztuczny uśmiech i wyszedł.
- Myśleć? Trzy miesiące?- pokręcił głową Syriusz.- Kiepska wymówka. Mam nadzieję, że nam to wyjaśni.
James złapał dyrektora kawałek od jego gabinetu. Chłopak zdziwił się, że mężczyzna tak szybko tu dotarł. Nie tracąc jednak czasu zawołał do niego:
- Profesorze Dumbledore! Proszę, niech pan poczeka, muszę z panem porozmawiać.
Ten odwrócił się w jego stronę ze swoim dobrotliwym uśmiechem.
- James! Dobrze cię widzieć. Niepokoiliśmy się o ciebie. Chodź, porozmawiamy w moim gabinecie.
Doszli do kamiennej chimery strzegącej wejścia. Mężczyzna podał hasło i weszli po schodach do okrągłego pomieszczenia. Chłopak znał go już na pamięć od pierwszej klasy. Żal mu ścisnął serce na wspomnienie tych beztroskich czasów.
- A więc, o czym chciałeś porozmawiać?
- Mam nadzieję, że dotarła do pana moja ostatnia wiadomość o przeciekach w zaklęciach chroniących Hogwart- zaczął Potter.
- Oczywiście. Wzmocniliśmy ochronę zamku- zapewnił go Albus.
- To dobrze. Chciałem z panem pomówić na temat mojej działalności w Zakonie Feniksa.
- Chcesz zrezygnować?- popatrzył na niego wzrokiem pełnym zrozumienia.
- Nie, dyrektorze. Wręcz przeciwnie.
- Więc słucham- zaintrygował się Dumbledore.
Młody Potter przedstawił swoje plany. Rozpoczęła się długa rozmowa.
W tym samym czasie Huncwoci z dziewczynami również opuścili WS i poszli do dormitorium tych pierwszych. Z napięciem czekali na Rogacza.
- Co on wymyślił?- zezłościła się Kate.
- Gdzie się podział nasz stary Rogacz? Gdzie jest ten roześmiany chłopak, który w każdym ujrzy przede wszystkim dobro? Gdzie się podział nasz przyjaciel? Bo z pewnością teraźniejszy James nim nie jest. W nim nie ma ani krzyty szczęścia, a oczy są puste- powiedział zrozpaczony Lunatyk patrząc na wszystkich bezradnie.
- Tęsknię za nim- westchnął Łapa.
Dziewczyny popatrzyły po sobie zdziwione. Huncwoci nie byli nigdy wylewni w okazywaniu uczuć. Nie odezwały się jednak i po chwili każdy z nich oddał się ponurym myślom. Nikt się nie zorientował, że dzień nastąpił już miejsca nocy. Z zadumy wyrwał ich Potter wchodzący do sypialni. Spojrzał po nich i uśmiechnął się smutno.
- Och... Jesteście wszyscy. To dobrze.
- No więc może nam wreszcie do cholery wyjaśnisz, dlaczego przez trzy miesiące unikasz całej szkoły?!- zdenerwował się nagle Syriusz.
- Już wam mówię- westchnął.- Musiałem to wszystko przemyśleć.
- No i do jakiego wniosku doszedłeś?
- Do takiego, że zmieniam szkołę. Wyjeżdżam za granicę do... mojej ciotki.
Zapadła głucha cisza. Po pół minucie wszyscy na raz wybuchli śmiechem. Tylko on pozostał poważny.
- Z czego się śmiejecie?- oburzył się.
- No... z twojego żartu- odpowiedział Glizdogon dusząc się ze śmiechu.
- Jakiego żartu? Przecież ja mówię poważnie!- krzyknął.
Spojrzeli na niego z rozbawieniem, ale śmiech zamarł im w ustach na widok jego smutnej miny.
- T-t-ty-y m-mówisz p-poważnie- wyjąkał Lunatyk.
- Oczywiście. Wyruszam jutro. A teraz wybaczcie idę spać. Podszedł do swojego łóżka, zgonił z niego Dorcas i zasłonił kotary.
Kiedy w szkole zegar wybił godzinę siódmą ze snu wyrwał się Syriusz. Spojrzał na łóżko przyjaciela, ale ono było puste. Po chwili dostrzegł na nim kartkę. Całkowicie rozbudzony wstał i wziął kartkę. Był to list od Jamesa.
Kochani przyjaciele!
Wiem, że bardzo się dziwicie i może nawet jesteście wściekli, że nawet się nie pożegnałem. Ale tak było łatwiej.
Dor, Ann i Kate. Uśmiechnijcie się, bo z uśmiechem Wam do twarzy.
Lily. To nie Twoja wina, nie słuchaj Syriusza.
Glizdogonie. Nie bój się ludzi. Pokaż się im. Zagadaj wreszcie do Emmy, bo widzę, że Ci się podoba.
Lunatyku. Wbrew temu co myślisz, nie zapomniałem o Twoim problemie. Nie będziecie mnie za pewne widzieć, ale zawsze będę gdzieś w pobliżu, gdy będę potrzebny.
Łapo. Nie martw się. Ze mną będzie dobrze. Nie trać wiary w to, że masz rodzinę. Rozejrzyj się. Zobaczysz, że nie jesteś sam.
Wy szybko zapomnicie o mnie. Mnie będzie trudniej. Ale zapewniam Was, że nie będę tu szukać nowych przyjaciół.
James- Rogacz.
P.S. Bądźcie szczęśliwi.
******************************************************************************
Hejka ;)
Mam nadzieję, że się podobało, bo się starałam. Nie jest ekstra długi, ale dłuższy od tamtego.
Dziękuję za poprzednie komentarze i liczę, że tym razem też się nie zawiodę!
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
James Potter od tamtego dnia był widywany jedynie podczas lekcji. Nie sypiał w dormitorium, a na posiłki nie przychodził. Wiele osób na marne próbowało zagadnąć chłopaka o to gdzie się podziewa, gdyż równo z dzwonkiem znikał i nie pojawiał się przed następnymi zajęciami, a na nich siedział w najciemniejszych kątach klasy nie odpowiadając na żadne pytania, chyba, że dotyczyły one danej lekcji. Podejrzewano, że ucieka ze szkoły. Krążyło wiele plotek na jego temat.
Prawda była taka, że James podjął decyzję. Chciał opuścić szkołę. Lecz nie przepisać się do innej. Jego celem byli śmierciożercy i Voldemort. Każdy dzień i noc spędzał w Pokoju Życzeń na przygotowanie się do wędrówki po świecie. Uczył się zaklęć obronnych, leczniczych, klątw i uroków. Aby móc wsadzić do Azkabanu lub zabić jak najwięcej z nich. Czekał tylko na osiągnięcie przez siebie pełnoletności, by spokojnie używać zaklęć po za szkołą i by być niezależnym. Jedynym momentem, w którym dał znak o sobie, miał miejsce 30 stycznia, w urodziny Lily, kiedy to przysłał jej prezent i życzenia przez sowę.
Siódemka przyjaciół Rogacza bardzo się o niego martwiła. Nie wiedzieli co się z nim dzieje. Pozostali Huncwoci nie wiedzieli o istnieniu Pokoju Przychodź-Wychodź, więc mapa im nie pomogła. Codziennie próbowali porozmawiać z Rogaczem. Tylko Peter się nie odzywał i sprawiał wrażenie jakby coś go dręczyło. Dorcas, Ann i Kate przestały się uśmiechać i popadły w rutynę. Remus zmizerniał, a Syriusz był chodzącym widmem. Łapa obwiniał za wszystko Rudą, która miała wielkie wyrzuty sumienia. Nie miała pojęcia jak mogła to zrobić. To był taki impuls, przez który zniszczyła życie Potterowi.
W końcu nadszedł dzień 27 marca. Wieczorem, ku zdziwieniu całej Wielkiej Sali, na kolację wszedł James, który chciał zjeść ostatni posiłek w tej szkole. Miał zamiar wyruszyć o świcie. Nie zważając na spojrzenia usiadł na mniej okupowanej przez Gryfonów części stołu. Natychmiast podeszli do niego Huncwoci karząc zostać dziewczynom na miejscu.
- Rogacz! Gdzie ty się podziewałeś? Dlaczego wszystkich unikasz? Martwimy się o ciebie- krzyknął Łapa rzucając się na Pottera radośnie.- Chyba nie przejąłeś się tym co powiedziała ta ruda małpa?!
Chłopak nie odpowiedział, tylko odepchnął lekko od siebie Blacka i kontynuował kolację. Huncwoci wymienili zmartwione spojrzenia. Zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, zerwał się z miejsca i ruszył za wychodzącym z sali dyrektorem.
- Jamesie Potterze masz tu wszystko wrócić i wszystko nam wyjaśnić!- krzyknął Lunatyk.
Rogacz zastygł w wejściu. Po chwili odwrócił się i powiedział zachrypniętym od długiego milczenia głosem:
- Nic mi nie jest chłopaki. Potrzebowałem to wszystko przemyśleć. Porozmawiamy później!- posłał im sztuczny uśmiech i wyszedł.
- Myśleć? Trzy miesiące?- pokręcił głową Syriusz.- Kiepska wymówka. Mam nadzieję, że nam to wyjaśni.
James złapał dyrektora kawałek od jego gabinetu. Chłopak zdziwił się, że mężczyzna tak szybko tu dotarł. Nie tracąc jednak czasu zawołał do niego:
- Profesorze Dumbledore! Proszę, niech pan poczeka, muszę z panem porozmawiać.
Ten odwrócił się w jego stronę ze swoim dobrotliwym uśmiechem.
- James! Dobrze cię widzieć. Niepokoiliśmy się o ciebie. Chodź, porozmawiamy w moim gabinecie.
Doszli do kamiennej chimery strzegącej wejścia. Mężczyzna podał hasło i weszli po schodach do okrągłego pomieszczenia. Chłopak znał go już na pamięć od pierwszej klasy. Żal mu ścisnął serce na wspomnienie tych beztroskich czasów.
- A więc, o czym chciałeś porozmawiać?
- Mam nadzieję, że dotarła do pana moja ostatnia wiadomość o przeciekach w zaklęciach chroniących Hogwart- zaczął Potter.
- Oczywiście. Wzmocniliśmy ochronę zamku- zapewnił go Albus.
- To dobrze. Chciałem z panem pomówić na temat mojej działalności w Zakonie Feniksa.
- Chcesz zrezygnować?- popatrzył na niego wzrokiem pełnym zrozumienia.
- Nie, dyrektorze. Wręcz przeciwnie.
- Więc słucham- zaintrygował się Dumbledore.
Młody Potter przedstawił swoje plany. Rozpoczęła się długa rozmowa.
W tym samym czasie Huncwoci z dziewczynami również opuścili WS i poszli do dormitorium tych pierwszych. Z napięciem czekali na Rogacza.
- Co on wymyślił?- zezłościła się Kate.
- Gdzie się podział nasz stary Rogacz? Gdzie jest ten roześmiany chłopak, który w każdym ujrzy przede wszystkim dobro? Gdzie się podział nasz przyjaciel? Bo z pewnością teraźniejszy James nim nie jest. W nim nie ma ani krzyty szczęścia, a oczy są puste- powiedział zrozpaczony Lunatyk patrząc na wszystkich bezradnie.
- Tęsknię za nim- westchnął Łapa.
Dziewczyny popatrzyły po sobie zdziwione. Huncwoci nie byli nigdy wylewni w okazywaniu uczuć. Nie odezwały się jednak i po chwili każdy z nich oddał się ponurym myślom. Nikt się nie zorientował, że dzień nastąpił już miejsca nocy. Z zadumy wyrwał ich Potter wchodzący do sypialni. Spojrzał po nich i uśmiechnął się smutno.
- Och... Jesteście wszyscy. To dobrze.
- No więc może nam wreszcie do cholery wyjaśnisz, dlaczego przez trzy miesiące unikasz całej szkoły?!- zdenerwował się nagle Syriusz.
- Już wam mówię- westchnął.- Musiałem to wszystko przemyśleć.
- No i do jakiego wniosku doszedłeś?
- Do takiego, że zmieniam szkołę. Wyjeżdżam za granicę do... mojej ciotki.
Zapadła głucha cisza. Po pół minucie wszyscy na raz wybuchli śmiechem. Tylko on pozostał poważny.
- Z czego się śmiejecie?- oburzył się.
- No... z twojego żartu- odpowiedział Glizdogon dusząc się ze śmiechu.
- Jakiego żartu? Przecież ja mówię poważnie!- krzyknął.
Spojrzeli na niego z rozbawieniem, ale śmiech zamarł im w ustach na widok jego smutnej miny.
- T-t-ty-y m-mówisz p-poważnie- wyjąkał Lunatyk.
- Oczywiście. Wyruszam jutro. A teraz wybaczcie idę spać. Podszedł do swojego łóżka, zgonił z niego Dorcas i zasłonił kotary.
Kiedy w szkole zegar wybił godzinę siódmą ze snu wyrwał się Syriusz. Spojrzał na łóżko przyjaciela, ale ono było puste. Po chwili dostrzegł na nim kartkę. Całkowicie rozbudzony wstał i wziął kartkę. Był to list od Jamesa.
Kochani przyjaciele!
Wiem, że bardzo się dziwicie i może nawet jesteście wściekli, że nawet się nie pożegnałem. Ale tak było łatwiej.
Dor, Ann i Kate. Uśmiechnijcie się, bo z uśmiechem Wam do twarzy.
Lily. To nie Twoja wina, nie słuchaj Syriusza.
Glizdogonie. Nie bój się ludzi. Pokaż się im. Zagadaj wreszcie do Emmy, bo widzę, że Ci się podoba.
Lunatyku. Wbrew temu co myślisz, nie zapomniałem o Twoim problemie. Nie będziecie mnie za pewne widzieć, ale zawsze będę gdzieś w pobliżu, gdy będę potrzebny.
Łapo. Nie martw się. Ze mną będzie dobrze. Nie trać wiary w to, że masz rodzinę. Rozejrzyj się. Zobaczysz, że nie jesteś sam.
Wy szybko zapomnicie o mnie. Mnie będzie trudniej. Ale zapewniam Was, że nie będę tu szukać nowych przyjaciół.
James- Rogacz.
P.S. Bądźcie szczęśliwi.
******************************************************************************
Hejka ;)
Mam nadzieję, że się podobało, bo się starałam. Nie jest ekstra długi, ale dłuższy od tamtego.
Dziękuję za poprzednie komentarze i liczę, że tym razem też się nie zawiodę!
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
czwartek, 23 czerwca 2016
12. O kilka słów za dużo.
Jeśli masz wrażenie, że życie czasem się wali, to doskonale zrozumiesz sytuację Jamesa Pottera. Zaklęcie co prawda nie było rzucone w niego, ale w jego ukochaną Lily i to jeszcze większy ból. Śmieszne, że tak niedawno użalał się nad sobą i bał się spojrzeć w oczy przyjaciołom. Pojawia się pytanie. Jak wybrać żeby wybrać dobrze? Jeśli powie co wie, zdradzi Zakon, a i tak nie będzie miał pewności czy to wystarczy. Przecież Voldemort nie ma skrupułów. Ale patrząc na Lily nie myślał o niczym innym niż o ratowaniu jej.
I właśnie wtedy stało się coś niebywałego.
Polankę rozświetlił oślepiający blask. Jego liny pękły, a Lily ucichła. Nie tracąc czasu zerwał się z miejsca, wziął ją na ręce i wybiegł z lasu. Biegł zastanawiając się nad tym co się stało.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś ich uratował? Jeśli tak to kto? I przecież usłyszał by go. Nagle jego umysł wypełniły słowa jego ojca:
- Czarodzieje zanim trafią do szkoły nie potrafią kontrolować swojej magii i wtedy zdarzają się wybuchy. Jednak nawet dorośli czarodzieje miewają wybuchy magii pod wpływem jakiś silnych emocji. Rzucają zaklęcia bez różdżek i nie są nawet tego świadomi.
Potrząsnął głową. Nie. Nie ma teraz czasu na głębsze zastanowienia.
- Lily? Jak się czujesz?- zapytał patrząc z troską na dziewczynę.
- A jak myślisz kretynie? Postaw mnie na ziemi- warknęła ta w odpowiedzi.
Chłopak się speszył, postawił ją na trawie i pobiegli dalej. James miał ogromne wyrzuty sumienia, a jej ton głosu przekonał go co do winy.
Nie odzywając się już, weszli razem do Pokoju Wspólnego. Powitał ich krzyk dziewczyn:
- O Merlinie! Lily? Jak ty wyglądasz?
- James, czy to krew?
- Gdzie byliście?
Usiedli w fotelach na przeciwko kominka. Rogacz patrząc w płomienie zaczął rzucać zaklęcia na swoją ranę na policzku. Musiało być to jednak zaklęcie czarnomagiczne, bo nie chciała się zagoić. Evans zaczęła tłumaczyć reszcie co się stało. Po chwili siedem spojrzeń skierowało się w jego stronę. Ten wciąż ze wzrokiem wbitym w ogień przywołał opatrunek i dyptam. Z pozorowanym spokojem opatrzył cięcie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciół.
- James? Co to ma znaczyć? O co w tym wszystkim chodzi?!- napadła na niego Kate.
- W Gryffindorze jest zdrajca- wyszeptał uświadamiając to sobie.
- Zdrajca? Kto?- zdziwił się Syriusz.
- Rzecz w tym, że nie wiem kto- mruknął.
Lily nagle poczerwieniała ze złości i wybuchła:
- A czy to ważne?! To twoja wina!
Po wykrzyczeniu tego i zobaczenie twarzy Jamesa, która wyrażała ogromny ból, załamanie i złość na samego siebie, zatkała usta dłońmi i zrobiła przerażoną minę. Nie chciała mu tego mówić, ale nie wytrzymała.
- Evans, myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem o tym doskonale. Dlatego mam już pewien plan. Wkrótce będziecie bezpieczni- posłał im krzywy uśmiech i wyszedł z wieży.
- Rogacz?! A ty dokąd?!- zawołał za nim Łapa.
- Daj mu ochłonąć- powiedział zmartwiony Lunatyk.- Jak myślicie, co on chce zrobić?
- Nie wiem. Ale Lily nie powinnaś była mu tego mówić. Co cię napadło?- zdenerwował się Syriusz.
- Sama nie wiem.
Tymczasem na polanie śmierciożercy otrząsają się z szoku. Lord Voldemort ryknął wściekle i strzelił zielonym promieniem w najbliżej stojącą Celissę Bartneys.
- Jak mu się to udaje tak łatwo mi uciec?!- wysyczał z wściekłością.- Malfoy! Przekaż wiadomość naszemu szpiegowi, że ma wytropić w jaki sposób mu się to udaje! Nie mogę puścić mu tego płazem!
- Tak jest panie. Chociaż nie ufałbym mu. Przecież to Gryfon i do tego tchórz.
- Nie podważaj mojej decyzji. Jest blisko z Potterem, a to jest przydatne- zaśmiał się złowieszczo.
Z końcem zdania wszyscy opuścili polanę, szybkim krokiem kierując się w głębię lasu, a już po chwili słychać było trzask towarzyszący teleportacji.
Chłopak szedł korytarzami Hogwartu. Nie raz już przemierzał tą drogę. Lecz po raz pierwszy robi to sam. Jego serce przepełnione jest goryczą. Jak mógł ich narazić? Samotna łza popłynęła po jego policzku. Teraz, jak ta łza, jest samotny. Nie może się pogodzić z tym, że musi oddalić się od przyjaciół i z opowieścią Voldemorta. Czy ona jest prawdziwa? Coś mu podpowiadało, że tak. Więc teraz albo dołączy do mordercy, albo umrze. Albo będzie szczęśliwy i narazi przyjaciół, albo będzie cierpiał wiedząc, że są bezpieczniejsi, bo w końcu nie mógł im zapewnić pełnego bezpieczeństwa. Musiał wybierać między tym co dobre a tym, co łatwe. Wiedział, że nigdy nie dołączy do śmierciożerców i nie da umrzeć bliskim z jego powodu.
Ze swoim wyborem stanął pod ścianą na siódmym piętrze. Obszedł ją trzy razy i pojawiły się przed nim wielkie drzwi. Otworzył je.
Czas rozpocząć wypełnianie swojego planu. Czas zmierzyć się z losem. Czas walczyć w imię dobra.
*******************************************************************************
Hej ;) Jeszcze ktoś tu jest i czyta?
Rozdział raczej krótki, ale jest. W tym oto momencie rozkręcam się z akcją. Myślę, że teraz będzie tylko lepiej.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Proszę, dawajcie znak o sobie. Nawet nie wiecie jak się ciężko pisze jeśli pod poprzednim postem przez miesiąc widniał napis "Brak komentarzy", aż wreszcie się pojawił "1 komentarz".
Właśnie dlatego chciałam podziękować Ann Black za ten komentarz. Dziękuję! Dodałaś mi sił!
Pozdrawiam i liczę na komentarze!
Wasza Rogaczka :)
I właśnie wtedy stało się coś niebywałego.
Polankę rozświetlił oślepiający blask. Jego liny pękły, a Lily ucichła. Nie tracąc czasu zerwał się z miejsca, wziął ją na ręce i wybiegł z lasu. Biegł zastanawiając się nad tym co się stało.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś ich uratował? Jeśli tak to kto? I przecież usłyszał by go. Nagle jego umysł wypełniły słowa jego ojca:
- Czarodzieje zanim trafią do szkoły nie potrafią kontrolować swojej magii i wtedy zdarzają się wybuchy. Jednak nawet dorośli czarodzieje miewają wybuchy magii pod wpływem jakiś silnych emocji. Rzucają zaklęcia bez różdżek i nie są nawet tego świadomi.
Potrząsnął głową. Nie. Nie ma teraz czasu na głębsze zastanowienia.
- Lily? Jak się czujesz?- zapytał patrząc z troską na dziewczynę.
- A jak myślisz kretynie? Postaw mnie na ziemi- warknęła ta w odpowiedzi.
Chłopak się speszył, postawił ją na trawie i pobiegli dalej. James miał ogromne wyrzuty sumienia, a jej ton głosu przekonał go co do winy.
Nie odzywając się już, weszli razem do Pokoju Wspólnego. Powitał ich krzyk dziewczyn:
- O Merlinie! Lily? Jak ty wyglądasz?
- James, czy to krew?
- Gdzie byliście?
Usiedli w fotelach na przeciwko kominka. Rogacz patrząc w płomienie zaczął rzucać zaklęcia na swoją ranę na policzku. Musiało być to jednak zaklęcie czarnomagiczne, bo nie chciała się zagoić. Evans zaczęła tłumaczyć reszcie co się stało. Po chwili siedem spojrzeń skierowało się w jego stronę. Ten wciąż ze wzrokiem wbitym w ogień przywołał opatrunek i dyptam. Z pozorowanym spokojem opatrzył cięcie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciół.
- James? Co to ma znaczyć? O co w tym wszystkim chodzi?!- napadła na niego Kate.
- W Gryffindorze jest zdrajca- wyszeptał uświadamiając to sobie.
- Zdrajca? Kto?- zdziwił się Syriusz.
- Rzecz w tym, że nie wiem kto- mruknął.
Lily nagle poczerwieniała ze złości i wybuchła:
- A czy to ważne?! To twoja wina!
Po wykrzyczeniu tego i zobaczenie twarzy Jamesa, która wyrażała ogromny ból, załamanie i złość na samego siebie, zatkała usta dłońmi i zrobiła przerażoną minę. Nie chciała mu tego mówić, ale nie wytrzymała.
- Evans, myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem o tym doskonale. Dlatego mam już pewien plan. Wkrótce będziecie bezpieczni- posłał im krzywy uśmiech i wyszedł z wieży.
- Rogacz?! A ty dokąd?!- zawołał za nim Łapa.
- Daj mu ochłonąć- powiedział zmartwiony Lunatyk.- Jak myślicie, co on chce zrobić?
- Nie wiem. Ale Lily nie powinnaś była mu tego mówić. Co cię napadło?- zdenerwował się Syriusz.
- Sama nie wiem.
Tymczasem na polanie śmierciożercy otrząsają się z szoku. Lord Voldemort ryknął wściekle i strzelił zielonym promieniem w najbliżej stojącą Celissę Bartneys.
- Jak mu się to udaje tak łatwo mi uciec?!- wysyczał z wściekłością.- Malfoy! Przekaż wiadomość naszemu szpiegowi, że ma wytropić w jaki sposób mu się to udaje! Nie mogę puścić mu tego płazem!
- Tak jest panie. Chociaż nie ufałbym mu. Przecież to Gryfon i do tego tchórz.
- Nie podważaj mojej decyzji. Jest blisko z Potterem, a to jest przydatne- zaśmiał się złowieszczo.
Z końcem zdania wszyscy opuścili polanę, szybkim krokiem kierując się w głębię lasu, a już po chwili słychać było trzask towarzyszący teleportacji.
Chłopak szedł korytarzami Hogwartu. Nie raz już przemierzał tą drogę. Lecz po raz pierwszy robi to sam. Jego serce przepełnione jest goryczą. Jak mógł ich narazić? Samotna łza popłynęła po jego policzku. Teraz, jak ta łza, jest samotny. Nie może się pogodzić z tym, że musi oddalić się od przyjaciół i z opowieścią Voldemorta. Czy ona jest prawdziwa? Coś mu podpowiadało, że tak. Więc teraz albo dołączy do mordercy, albo umrze. Albo będzie szczęśliwy i narazi przyjaciół, albo będzie cierpiał wiedząc, że są bezpieczniejsi, bo w końcu nie mógł im zapewnić pełnego bezpieczeństwa. Musiał wybierać między tym co dobre a tym, co łatwe. Wiedział, że nigdy nie dołączy do śmierciożerców i nie da umrzeć bliskim z jego powodu.
Ze swoim wyborem stanął pod ścianą na siódmym piętrze. Obszedł ją trzy razy i pojawiły się przed nim wielkie drzwi. Otworzył je.
Czas rozpocząć wypełnianie swojego planu. Czas zmierzyć się z losem. Czas walczyć w imię dobra.
*******************************************************************************
Hej ;) Jeszcze ktoś tu jest i czyta?
Rozdział raczej krótki, ale jest. W tym oto momencie rozkręcam się z akcją. Myślę, że teraz będzie tylko lepiej.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Proszę, dawajcie znak o sobie. Nawet nie wiecie jak się ciężko pisze jeśli pod poprzednim postem przez miesiąc widniał napis "Brak komentarzy", aż wreszcie się pojawił "1 komentarz".
Właśnie dlatego chciałam podziękować Ann Black za ten komentarz. Dziękuję! Dodałaś mi sił!
Pozdrawiam i liczę na komentarze!
Wasza Rogaczka :)
poniedziałek, 9 maja 2016
11. Rozterki przyjaźni i leśna polana cz. 2
Kiedy przedarł się przez drażniące jego skórę gałęzie, z początku nie zobaczył niczego z powodu panującej na polanie ciemności. Po chwili jednak jego wzrok przyzwyczaił się do nienaturalnego, nawet jak na Zakazany Las, mroku. Była tam grupka postaci w czarnych pelerynach. Przeklnął w myślach i próbował się bezszelestnie wymknąć. Niestety. Życie nie było tak pobłażliwe.
- Patrzcie, patrzcie. Kogo my tu mamy? Nasz nieustraszony James Potter. Właśnie ucięliśmy sobie małą pogawędkę na twój temat- rozległ się syczący głos.
- Niezmiernie mi miło- zakpił Rogacz.
- No ja myślę.
Jego i tak już syczący głos przeszedł w samo syczenie i prychnie. W krzakach za nim rozległ się szelest i obok młodego Pottera prześlizgnął się wąż. Chłopak drgnął, ale szybko zamaskował strach i obrzydzenie, ponownie patrząc na Voldemorta.
- Czymże sobie zasłużyłem na taki wielki trud z twojej strony, o najłaskawszy panie?- powiedział nadal kpiąc.
- Otóż to, otóż to. Świetne pytanie Jamesie Potterze. Pozwól, że przedstawię ci pewną historię, którą zataili przed tobą twoi rodzice i dziadkowie.
- Jaką historię?- zmarszczył brwi zbity z tropu.
- Och. Zaraz ją poznasz, tylko pozwól, że załatwimy pewną sprawę. Bartneys?
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, błysło, a na nim zacisnęły się więzy tak mocne, że ledwo mógł oddychać. Poczuł, że ktoś go łapie od tyłu i przywiązuje do drzewa. Odchylił głowę, żeby zobaczyć twarz śmierciożercy, ale syknął, bo lina werżnęła się mu w szyję.
- Doskonale. A teraz słuchaj. Wiedz, że pochodzisz z rodziny gorszej niż mugole, szlamy i zdrajcy krwi. Twoja rodzina to zwykłe szumowiny i sam się o tym przekonasz...
Lily Evans przechadzając się po błoniach rozmyślała. Co ma zrobić? Już przegrała walkę z miłością. Dowiodło tego cierpienie jakie odczuwała, gdy myślała, że straciła Jamesa. To był rozpad jej duszy, którego nie potrafiło naprawić nic. Wiedziała, że była żałosna. Jak ona śmiała w ogóle się nad sobą użalać. Wystarczy spojrzeć na takiego Rogacza i każdy w cierpieniu wymięka. On wydaje się być ze stali. Wszystko przyjmuje na klatę i nawet się nie waha, gdy chodzi o poświęcenie dla przyjaciół. Zawsze krzyczała do niego, że on nie jest jej wart i że już na większy szacunek zasługuje akromantula. Teraz pojawia się pytanie. Czy ona jest warta jego?
Spacerowałaby i rozmyślała tak jeszcze długi czas, gdyby nie to, że ktoś założył jej maskę na oczy. Zanim zdążyła krzyknąć zasłonięto jej usta i brutalnie wyciągnięto za włosy. Nie rozumiała nic.
- No więc słuchaj. I nie przerywaj. Kiedy byłem młody i chodziłem jeszcze do Hogwartu, miałem... hm... przyjaciółkę- zaczął Voldemort swoim jadowitym głosem, z szczególną kpiną dla słowa "przyjaciółka".- Razem byliśmy potęgą tej szkoły. Nikt nie śmiał się nam sprzeciwić. Oboje mieliśmy zamiłowanie w czarnej magii i obrzydzenie dla szlam. Nazywała się Katherine. Katherine Potter- tu z ust chłopaka wydobył się dźwięk, coś pomiędzy jękiem, warknięciem a westchnieniem, ale został natychmiast uciszony zaklęciem, które przecięło mu boleśnie skórę na policzku.- Tak. Była matką twojego ojca. Kiedy ukończyliśmy szkołę zaproponowałem jej podróż w celu wytępienia tych gnid z powierzchni Ziemi. Mugole i szlamy to najgorsza rzecz jaką można sobie wyobrazić. Zgodziła się, ale dostrzegłem wahanie w jej oczach. Wszedłem w głąb jej myśli i wtedy dostrzegłem, że ta głupia się zakochała i zmieniła swoje poglądy. Chciała mnie zdradzić, bo jak wiesz, w świecie czarodziejów nie można mordować, a zależało mi na dobrej reputacji. Jednak nie chciałem też zabić Katherine, gdyż była bardzo potężną czarodziejką i szkoda by było zaprzepaścić taki talent. Wymogłem więc na niej, coś co miało mi zapewnić, że nie zdradzi mnie, albo umrze. Złożyła przysięgę wieczystą. Oczywiście się upierała, że to nie jest potrzebne, ale rzuciłem na nią na czas przysięgi imperiusa. Tak więc podróżowaliśmy, a ona odwalała za mnie czarną robotę. Pewnego dnia uciekła. Nie powiedziała nikomu o tym, co robiliśmy, więc zachowała życie. Kilka dni później dowiedziałem się, że wyszła za jakiegoś czarodzieja półkrwi. Nie zabiłem jej. Nie miałem czasu wracać do kraju. Nie działałem aż do momentu gdy się okazało, że urodziła dziecko, twojego ojca. Zrozumiałem, że źle zrobiłem zostawiając ją w spokoju. Udałem się do niej. Torturami zabiłem jej męża na jej oczach. A później ją. Został dzieciak. Nie widziałem powodu by go zabijać, więc ułaskawiłem go, mając nadzieję, że przejdzie na dobrą stronę. Twojego ojca wychowano w sierocińcu jak wiesz już. Kiedy i on skończył szkołę, ożenił się ze zdrajczynią krwi. Odnalazł swój stary dom. Jak się okazało, jego matka prowadziła pamiętnik, który później znalazł. Dowiedział się wszystkiego. Chciałem zapobiec jeszcze na jakiś czas ujawnieniu, więc pojechałem do jego domu. Jednak po drodze spotkałem wróżbitkę. Przepowiedziała mi, że Dorea wkrótce urodzi syna, który będzie próbował mi przeszkodzić do dojścia do władzy. Tak więc zanim dotarłem, przepowiednia częściowo się wypełniła i urodziłeś się ty. W końcu dotarłem, ale ich nie zabiłem, bo złożyli wieczystą przysięgę, że odchowają cię i dołączą wszyscy do mnie. A byli potężnymi czarodziejami, więc się zgodziłem. Ostatnio wstąpiłeś do Zakonu Feniksa i tym samym wydałeś na was wszystkich wyrok. Przed swoją śmiercią Dorea, jeszcze powiedziała, że gdy byłeś zbyt młody żeby cokolwiek zrozumieć i na tobie zawarli przysięgę, że dołączysz do mnie. Zastanawiasz się pewnie po co tak się meczę, by mieć w swoich szeregach. Po pierwsze jesteś w Zakonie, co by dało mi szerokie pole do popisu. Po drugie, Dumbledore ci ufa i to jest dla niego zgubne. Po trzecie, masz potencjał czarnomagiczny, tak jak twoi rodzice i babcia. Po czwarte, ja sobie nie odpuszczam- zakończył jadowitym szeptem.
Przez chwilę milczał nie mogąc wydusić z siebie słowa.
- Kłamiesz- powiedział wreszcie.
- Ależ nie. I sam o tym dobrze wiesz.
Chciał ponownie zaprzeczyć, ale Voldemort spojrzał w stronę krzaków, z których wyszedł. Te po chwili się rozgięły i wyszedł zza nich śmierciożerca ciągnąc za sobą za włosy jakąś dziewczynę. Pchnął nią w jego stronę tak, że padła u jego stóp. Ściągnął jej opaskę z oczu. Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała na niego.
- Lily?- jęknął słabo- Co ty tu robisz?
- James... Ja tylko wyszłam na spacer po błoniach- szepnęła przerażona.
- Ty podły gadzie! Po co ją tu sprowadziłeś?! To sprawa między nami! Pożałujesz tego! Wszyscy się zaraz domyślą, że to ty!- krzyknął wściekły.
- Jamesie Potterze. Po co się złościć? Właśnie po to ona tu jest. Będzie przykładem dla tych, którzy będą chcieli nam przeszkodzić. Nie martw się. Trochę ją pomęczymy. Może wtedy nam powiesz choć trochę o Zakonie Feniksa- zaśmiał się złowieszczo.
- Zostaw ją! I tak wam nic nie powiem, bo nic nie wiem!
- O tym to my się jeszcze przekonamy. Crucio!
Las wypełnił pełne agonii krzyki dziewczyny i błagania zrozpaczonego chłopaka.
Nadszedł ten moment, gdy trzeba wybierać między dobrem świata, a życiem ukochanej osoby.
*************************************************************************
Hej :)
Przepraszam za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście.
Rozdział pewnie trochę nudny, ale bardzo kluczowy w dalszych wydarzeniach.
Lily wstawię jak narysuję, ale nie wiem kiedy.
Pozdrawiam z nadzieją na komentarze,
wasza Rogaczka.
W następnym rozdziale:
- co zrobi James?
- czy w Gryffindorze jest zdrajca?
- niespodziewany gość w Hogwarcie.
- Patrzcie, patrzcie. Kogo my tu mamy? Nasz nieustraszony James Potter. Właśnie ucięliśmy sobie małą pogawędkę na twój temat- rozległ się syczący głos.
- Niezmiernie mi miło- zakpił Rogacz.
- No ja myślę.
Jego i tak już syczący głos przeszedł w samo syczenie i prychnie. W krzakach za nim rozległ się szelest i obok młodego Pottera prześlizgnął się wąż. Chłopak drgnął, ale szybko zamaskował strach i obrzydzenie, ponownie patrząc na Voldemorta.
- Czymże sobie zasłużyłem na taki wielki trud z twojej strony, o najłaskawszy panie?- powiedział nadal kpiąc.
- Otóż to, otóż to. Świetne pytanie Jamesie Potterze. Pozwól, że przedstawię ci pewną historię, którą zataili przed tobą twoi rodzice i dziadkowie.
- Jaką historię?- zmarszczył brwi zbity z tropu.
- Och. Zaraz ją poznasz, tylko pozwól, że załatwimy pewną sprawę. Bartneys?
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, błysło, a na nim zacisnęły się więzy tak mocne, że ledwo mógł oddychać. Poczuł, że ktoś go łapie od tyłu i przywiązuje do drzewa. Odchylił głowę, żeby zobaczyć twarz śmierciożercy, ale syknął, bo lina werżnęła się mu w szyję.
- Doskonale. A teraz słuchaj. Wiedz, że pochodzisz z rodziny gorszej niż mugole, szlamy i zdrajcy krwi. Twoja rodzina to zwykłe szumowiny i sam się o tym przekonasz...
Lily Evans przechadzając się po błoniach rozmyślała. Co ma zrobić? Już przegrała walkę z miłością. Dowiodło tego cierpienie jakie odczuwała, gdy myślała, że straciła Jamesa. To był rozpad jej duszy, którego nie potrafiło naprawić nic. Wiedziała, że była żałosna. Jak ona śmiała w ogóle się nad sobą użalać. Wystarczy spojrzeć na takiego Rogacza i każdy w cierpieniu wymięka. On wydaje się być ze stali. Wszystko przyjmuje na klatę i nawet się nie waha, gdy chodzi o poświęcenie dla przyjaciół. Zawsze krzyczała do niego, że on nie jest jej wart i że już na większy szacunek zasługuje akromantula. Teraz pojawia się pytanie. Czy ona jest warta jego?
Spacerowałaby i rozmyślała tak jeszcze długi czas, gdyby nie to, że ktoś założył jej maskę na oczy. Zanim zdążyła krzyknąć zasłonięto jej usta i brutalnie wyciągnięto za włosy. Nie rozumiała nic.
- No więc słuchaj. I nie przerywaj. Kiedy byłem młody i chodziłem jeszcze do Hogwartu, miałem... hm... przyjaciółkę- zaczął Voldemort swoim jadowitym głosem, z szczególną kpiną dla słowa "przyjaciółka".- Razem byliśmy potęgą tej szkoły. Nikt nie śmiał się nam sprzeciwić. Oboje mieliśmy zamiłowanie w czarnej magii i obrzydzenie dla szlam. Nazywała się Katherine. Katherine Potter- tu z ust chłopaka wydobył się dźwięk, coś pomiędzy jękiem, warknięciem a westchnieniem, ale został natychmiast uciszony zaklęciem, które przecięło mu boleśnie skórę na policzku.- Tak. Była matką twojego ojca. Kiedy ukończyliśmy szkołę zaproponowałem jej podróż w celu wytępienia tych gnid z powierzchni Ziemi. Mugole i szlamy to najgorsza rzecz jaką można sobie wyobrazić. Zgodziła się, ale dostrzegłem wahanie w jej oczach. Wszedłem w głąb jej myśli i wtedy dostrzegłem, że ta głupia się zakochała i zmieniła swoje poglądy. Chciała mnie zdradzić, bo jak wiesz, w świecie czarodziejów nie można mordować, a zależało mi na dobrej reputacji. Jednak nie chciałem też zabić Katherine, gdyż była bardzo potężną czarodziejką i szkoda by było zaprzepaścić taki talent. Wymogłem więc na niej, coś co miało mi zapewnić, że nie zdradzi mnie, albo umrze. Złożyła przysięgę wieczystą. Oczywiście się upierała, że to nie jest potrzebne, ale rzuciłem na nią na czas przysięgi imperiusa. Tak więc podróżowaliśmy, a ona odwalała za mnie czarną robotę. Pewnego dnia uciekła. Nie powiedziała nikomu o tym, co robiliśmy, więc zachowała życie. Kilka dni później dowiedziałem się, że wyszła za jakiegoś czarodzieja półkrwi. Nie zabiłem jej. Nie miałem czasu wracać do kraju. Nie działałem aż do momentu gdy się okazało, że urodziła dziecko, twojego ojca. Zrozumiałem, że źle zrobiłem zostawiając ją w spokoju. Udałem się do niej. Torturami zabiłem jej męża na jej oczach. A później ją. Został dzieciak. Nie widziałem powodu by go zabijać, więc ułaskawiłem go, mając nadzieję, że przejdzie na dobrą stronę. Twojego ojca wychowano w sierocińcu jak wiesz już. Kiedy i on skończył szkołę, ożenił się ze zdrajczynią krwi. Odnalazł swój stary dom. Jak się okazało, jego matka prowadziła pamiętnik, który później znalazł. Dowiedział się wszystkiego. Chciałem zapobiec jeszcze na jakiś czas ujawnieniu, więc pojechałem do jego domu. Jednak po drodze spotkałem wróżbitkę. Przepowiedziała mi, że Dorea wkrótce urodzi syna, który będzie próbował mi przeszkodzić do dojścia do władzy. Tak więc zanim dotarłem, przepowiednia częściowo się wypełniła i urodziłeś się ty. W końcu dotarłem, ale ich nie zabiłem, bo złożyli wieczystą przysięgę, że odchowają cię i dołączą wszyscy do mnie. A byli potężnymi czarodziejami, więc się zgodziłem. Ostatnio wstąpiłeś do Zakonu Feniksa i tym samym wydałeś na was wszystkich wyrok. Przed swoją śmiercią Dorea, jeszcze powiedziała, że gdy byłeś zbyt młody żeby cokolwiek zrozumieć i na tobie zawarli przysięgę, że dołączysz do mnie. Zastanawiasz się pewnie po co tak się meczę, by mieć w swoich szeregach. Po pierwsze jesteś w Zakonie, co by dało mi szerokie pole do popisu. Po drugie, Dumbledore ci ufa i to jest dla niego zgubne. Po trzecie, masz potencjał czarnomagiczny, tak jak twoi rodzice i babcia. Po czwarte, ja sobie nie odpuszczam- zakończył jadowitym szeptem.
Przez chwilę milczał nie mogąc wydusić z siebie słowa.
- Kłamiesz- powiedział wreszcie.
- Ależ nie. I sam o tym dobrze wiesz.
Chciał ponownie zaprzeczyć, ale Voldemort spojrzał w stronę krzaków, z których wyszedł. Te po chwili się rozgięły i wyszedł zza nich śmierciożerca ciągnąc za sobą za włosy jakąś dziewczynę. Pchnął nią w jego stronę tak, że padła u jego stóp. Ściągnął jej opaskę z oczu. Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała na niego.
- Lily?- jęknął słabo- Co ty tu robisz?
- James... Ja tylko wyszłam na spacer po błoniach- szepnęła przerażona.
- Ty podły gadzie! Po co ją tu sprowadziłeś?! To sprawa między nami! Pożałujesz tego! Wszyscy się zaraz domyślą, że to ty!- krzyknął wściekły.
- Jamesie Potterze. Po co się złościć? Właśnie po to ona tu jest. Będzie przykładem dla tych, którzy będą chcieli nam przeszkodzić. Nie martw się. Trochę ją pomęczymy. Może wtedy nam powiesz choć trochę o Zakonie Feniksa- zaśmiał się złowieszczo.
- Zostaw ją! I tak wam nic nie powiem, bo nic nie wiem!
- O tym to my się jeszcze przekonamy. Crucio!
Las wypełnił pełne agonii krzyki dziewczyny i błagania zrozpaczonego chłopaka.
Nadszedł ten moment, gdy trzeba wybierać między dobrem świata, a życiem ukochanej osoby.
*************************************************************************
Hej :)
Przepraszam za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście.
Rozdział pewnie trochę nudny, ale bardzo kluczowy w dalszych wydarzeniach.
Lily wstawię jak narysuję, ale nie wiem kiedy.
Pozdrawiam z nadzieją na komentarze,
wasza Rogaczka.
W następnym rozdziale:
- co zrobi James?
- czy w Gryffindorze jest zdrajca?
- niespodziewany gość w Hogwarcie.
piątek, 8 kwietnia 2016
11. Rozterki przyjaźni i leśna polana cz. 1
Odpływając w krainę snu miał wrażenie, że nic mu nie grozi, że nie ma żadnych problemów i miał jakieś sztuczne poczucie bezpieczeństwa. Trudno mu było się do tego przyznać, ale nie był taki silny za jakiego go mieli. Nie potrafił lekceważąco podchodzić do spraw, które niekiedy zdawałyby mu się być błahostką. A to, że nie ufał już nikomu rzeczywiście było błahostką w porównaniu do tego co się stało. Śmierć rodziców sprawiła, że odrzucił wszystko na dalszy plan. Kogo obchodzi zawieszona przyjaźń? Kogo obchodzi ręka be z czucia? Kogo obchodził ból ciała? Nie jego. Skupiony był maksymalnie na bólu, nie fizycznym lecz psychicznym. Jego dusza była tak poszarpana, że dziw, że jeszcze się całkowicie nie rozsypała. Serce tak bardzo było połamane, że praktycznie nie mógł oddychać. Ale tym też się za bardzo nie przejmował. Dla niego życie nie miało sensu. Zdradzony przez przyjaciół. Sztylet przeszył mu serce. Rodzice nie żyją. Kolejny sztylet, tym razem większy i bardziej bolesny w użyciu. Nie mógł nic zrobić żeby ich uratować. To chyba jednak nie sztylety ale topory. Nie miał sensu żyć. Bo po co? I tak praktycznie umierał. Bo ile wytrzyma jego serce? A dusza? A rozum? Nawet rozum już powoli tracił. Nie kontaktował ze światem. Zamknął się we własnej krainie. Krainie bólu i cierpienia. Więc nikt chyba nie ma mu za złe, że próbuje uciec od tego we śnie? Choć i tam nie było do końca spokojnie. Koszmary są bezlitosne. Nie raz budził się przerażony z niemym krzykiem w gardle. To zdecydowanie było ponad jego siły. Czyli tak. Był tchórzem. Nawet nie był na pogrzebie rodziców, bo był zbyt wielkim mięczakiem żeby się obudzić! Żałosne.
- James?- powiedział zasępiony Syriusz wchodząc do szpitala z całą resztą.
Nie zareagował od razu. Miał problemy z koncentracją. Z powrotem do rzeczywistości.
- Co?- burknął w odpowiedzi.
- Musimy porozmawiać i to poważnie. To nie może się ciągnąć. Musisz podjąć decyzję!
- Decyzję? Jaką decyzję?
- No...- odchrząknął.- Czy nam wybaczysz.
- A co mam jeszcze wam wybaczać?
- No... To, że uwierzyliśmy...że nie szukaliśmy cie- Łapa tak jak inni byli całkowicie zbici z tropu.
- Ach to! W ogóle po co pytacie? Oczywiście, że wybaczam. Każdy popełnia w życiu błędy. A po za tym mieliście prawo. To ja właściwie powinienem przeprosić, że naraziłem was na takie niebezpieczeństwo i że musieliście cierpieć przeze mnie- mruknął.
- Co? Ty żartujesz prawda? Ty nas przepraszasz?!- krzyknął wzburzony.- My zachowaliśmy się jak świnie, a ty nas przepraszasz?! Czy ty naprawdę postradałeś zmysły?!
- Być może. Cruciatus nie jest zbyt dobrą rozrywką dla psychiki- powiedział z ironią.
- Czyli... Czyli nam wybaczasz?- zapytała z nadzieją Lily.
- No oczywiście. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, nie?
Każdy poczuł nie wyobrażalną ulgę. Nie byli głupi i wiedzieli, że im nie ufa do końca. Ale wiedzieli to, że jest niezastąpionym przyjacielem.
Kilka tygodni później James wyzdrowiał na tyle, żeby wyjść ze Skrzydła Szpitalnego, obiecując przy tym, że będzie regularnie zażywał eliksiry. W dormitorium był przywitany idealną ciszą. No tak. W końcu każdy wierzył, że on jest taki jak śmierciożercy. Było im głupio. Niezręczną ciszę przerwał głos wydobywający się jego pierścienia. Rzeczywiście. Wcale się tego nie spodziewałem- pomyślał z ironią.
- "Za godzinę w Hogwarcie, w gabinecie."
Westchnął ciężko i opadł na kanapę obok przyjaciół.
- Hej. Co tam?
- Jakoś. Dużo nam zadali. Musisz porządnie zacząć się uczyć żeby nadążyć- odpowiedziała Evans.
- Za godzinę idę do dyrka. No, ale później może znajdę trochę czasu.
- James. Jak twoja ręka?- spytał Peter.
- Tak samo jak dwie godziny temu Glizdku.
Westchnął ciężko i jednym uchem zaczął słuchać zwykłej rozmowy przyjaciół. Znów popadł w kompletne odrętwienie i dopiero gdy Ann mu przypomniała, że miał iść do dyrektora, ocknął się i poszedł.
Tak jak robił to wiele razy usiadł za dużym stołem. W pomieszczeniu byli już wszyscy członkowie.
Oczywiście od razu wszyscy skupili uwagę na nim. No tak. W końcu przebywał z tymi śmieciami. Musiał coś wiedzieć.
- James, może usłyszałeś coś ciekawego?- zapytał wujek.
- Usły...- zaczął.
- Nie! Stop!!- zagrzmiał Moody.- Albusie sprawdź go. Nie wiadomo nigdy co z nim robili.
- Racja Alastorze- potwierdził Dumbledore i wyciągnął różdżkę w jego stronę.
Nagle jego ciało zrobiło się chłodne. Ale nie całe. Jego niesprawna ręka zaczęła go palić, a nad nią unosiła się niebieska mgiełka.
- Ha! Więc to tak? Rzucili na niego zaklęcie podsłuchu?!- krzyknął zadowolony swym odkryciem auror.
- Z-z-aklęcie p-p-odsłuchu?- wyjąkał całkowicie zaskoczony.
- Tak. Ale to nic. Nie usłyszeli niczego ważnego. To się da usunąć- powiedział spokojnie dyrektor i tak szybko jak ręka zaczęła palić, tak samo przestała.
Ale coś jednak było innego... Nie tak samo jak wcześniej...
- Taaak!! Mam czucie w ręce!! Czyli to przez to zaklęcie!!- krzyknął, po raz pierwszy od bardzo dawna szczęśliwy.
- Świetnie- uśmiechnął się do niego wujek.- Czyli quiddith nie jest całkowicie przekreślony mrugnął do niego okiem.- Bardzo dobrze- poparł Moody.- Ale teraz powiedz co usłyszałeś.
No to zaczęło się przesłuchanie- pomyślał.
Zebranie wyjątkowo się przedłużyło. Miał im sporo bardzo ważnych rzeczy do przekazania. Jednak po spotkaniu tylko udał, że wraca do dormitorium. Jednak tak naprawdę skierował swoje kroki do Zakazanego Lasu. Po mimo złej oceny jaką wydaje każdy, kto był w tym lesie, był on dla niego miejscem spokoju. Chciał po raz tysięczny uciec od tego, że musi żyć normalnie. Smętne rozmyślania nie pozwalałyby mu nawet na sen. Wędrował długo, aż wreszcie zatrzymał się przed krzakami, za którymi była ciemna polana. Przeszedł przez nie. To jednak nie było dobrym ruchem....
****************************************************************************
Cześć ;)
Mam nadzieję, że się podoba, choć jest strasznie krótko. Obiecuję, że następna notka będzie dłuższa.
Pozdrawiam i proszę o komentarze (to naprawdę nie zajmie dużo czasu).
Wasza Rogaczka :)
- James?- powiedział zasępiony Syriusz wchodząc do szpitala z całą resztą.
Nie zareagował od razu. Miał problemy z koncentracją. Z powrotem do rzeczywistości.
- Co?- burknął w odpowiedzi.
- Musimy porozmawiać i to poważnie. To nie może się ciągnąć. Musisz podjąć decyzję!
- Decyzję? Jaką decyzję?
- No...- odchrząknął.- Czy nam wybaczysz.
- A co mam jeszcze wam wybaczać?
- No... To, że uwierzyliśmy...że nie szukaliśmy cie- Łapa tak jak inni byli całkowicie zbici z tropu.
- Ach to! W ogóle po co pytacie? Oczywiście, że wybaczam. Każdy popełnia w życiu błędy. A po za tym mieliście prawo. To ja właściwie powinienem przeprosić, że naraziłem was na takie niebezpieczeństwo i że musieliście cierpieć przeze mnie- mruknął.
- Co? Ty żartujesz prawda? Ty nas przepraszasz?!- krzyknął wzburzony.- My zachowaliśmy się jak świnie, a ty nas przepraszasz?! Czy ty naprawdę postradałeś zmysły?!
- Być może. Cruciatus nie jest zbyt dobrą rozrywką dla psychiki- powiedział z ironią.
- Czyli... Czyli nam wybaczasz?- zapytała z nadzieją Lily.
- No oczywiście. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, nie?
Każdy poczuł nie wyobrażalną ulgę. Nie byli głupi i wiedzieli, że im nie ufa do końca. Ale wiedzieli to, że jest niezastąpionym przyjacielem.
Kilka tygodni później James wyzdrowiał na tyle, żeby wyjść ze Skrzydła Szpitalnego, obiecując przy tym, że będzie regularnie zażywał eliksiry. W dormitorium był przywitany idealną ciszą. No tak. W końcu każdy wierzył, że on jest taki jak śmierciożercy. Było im głupio. Niezręczną ciszę przerwał głos wydobywający się jego pierścienia. Rzeczywiście. Wcale się tego nie spodziewałem- pomyślał z ironią.
- "Za godzinę w Hogwarcie, w gabinecie."
Westchnął ciężko i opadł na kanapę obok przyjaciół.
- Hej. Co tam?
- Jakoś. Dużo nam zadali. Musisz porządnie zacząć się uczyć żeby nadążyć- odpowiedziała Evans.
- Za godzinę idę do dyrka. No, ale później może znajdę trochę czasu.
- James. Jak twoja ręka?- spytał Peter.
- Tak samo jak dwie godziny temu Glizdku.
Westchnął ciężko i jednym uchem zaczął słuchać zwykłej rozmowy przyjaciół. Znów popadł w kompletne odrętwienie i dopiero gdy Ann mu przypomniała, że miał iść do dyrektora, ocknął się i poszedł.
Tak jak robił to wiele razy usiadł za dużym stołem. W pomieszczeniu byli już wszyscy członkowie.
Oczywiście od razu wszyscy skupili uwagę na nim. No tak. W końcu przebywał z tymi śmieciami. Musiał coś wiedzieć.
- James, może usłyszałeś coś ciekawego?- zapytał wujek.
- Usły...- zaczął.
- Nie! Stop!!- zagrzmiał Moody.- Albusie sprawdź go. Nie wiadomo nigdy co z nim robili.
- Racja Alastorze- potwierdził Dumbledore i wyciągnął różdżkę w jego stronę.
Nagle jego ciało zrobiło się chłodne. Ale nie całe. Jego niesprawna ręka zaczęła go palić, a nad nią unosiła się niebieska mgiełka.
- Ha! Więc to tak? Rzucili na niego zaklęcie podsłuchu?!- krzyknął zadowolony swym odkryciem auror.
- Z-z-aklęcie p-p-odsłuchu?- wyjąkał całkowicie zaskoczony.
- Tak. Ale to nic. Nie usłyszeli niczego ważnego. To się da usunąć- powiedział spokojnie dyrektor i tak szybko jak ręka zaczęła palić, tak samo przestała.
Ale coś jednak było innego... Nie tak samo jak wcześniej...
- Taaak!! Mam czucie w ręce!! Czyli to przez to zaklęcie!!- krzyknął, po raz pierwszy od bardzo dawna szczęśliwy.
- Świetnie- uśmiechnął się do niego wujek.- Czyli quiddith nie jest całkowicie przekreślony mrugnął do niego okiem.- Bardzo dobrze- poparł Moody.- Ale teraz powiedz co usłyszałeś.
No to zaczęło się przesłuchanie- pomyślał.
Zebranie wyjątkowo się przedłużyło. Miał im sporo bardzo ważnych rzeczy do przekazania. Jednak po spotkaniu tylko udał, że wraca do dormitorium. Jednak tak naprawdę skierował swoje kroki do Zakazanego Lasu. Po mimo złej oceny jaką wydaje każdy, kto był w tym lesie, był on dla niego miejscem spokoju. Chciał po raz tysięczny uciec od tego, że musi żyć normalnie. Smętne rozmyślania nie pozwalałyby mu nawet na sen. Wędrował długo, aż wreszcie zatrzymał się przed krzakami, za którymi była ciemna polana. Przeszedł przez nie. To jednak nie było dobrym ruchem....
****************************************************************************
Cześć ;)
Mam nadzieję, że się podoba, choć jest strasznie krótko. Obiecuję, że następna notka będzie dłuższa.
Pozdrawiam i proszę o komentarze (to naprawdę nie zajmie dużo czasu).
Wasza Rogaczka :)
czwartek, 31 marca 2016
10. Opowieść.
Czarnowłosy chłopak spał niespokojnie w szpitalnym łóżku. Jego twarz zdobiły liczne blizny, a jego ciało było owinięte w bandaże. James Potter stracił przytomność, gdy tylko przybyli uzdrowiciele ze świętego Munga. Od tego, jakże bogatego wydarzenia dnia, spał praktycznie bez przerwy. Budził się tylko by wziąć tacę eliksirów. A minął już tydzień. Nie. Nie był w śpiączce. Często się budził, ale nie otwierał oczu. Nie chciał wracać do rzeczywistości. Wiedział, że są przy nim. Wiedział to. Słyszał ich. Ale otworzenie oczu równałoby się spojrzeniu w ich oczy. Czy potrafi im wybaczyć? Chyba tak. Ale nie potrafiłby im już nigdy do końca zaufać. Dlatego nigdy im nie powiedział o Zakonie Feniksa. Dlatego Lily przez tyle lat uważała go za egoistę. Bo nie ufał ludziom. Ale im zaufał. Pomógł im. A teraz... A teraz okazało się, że jego zaufanie nigdy nie było odwzajemnione.
Nie wiedział jednak tego, co wiedział Voldemort. Nie wiedział do końca dlaczego tak potężny czarnoksiężnik nie zabił go od razu. Nie wiedział jaka historia otacza jego rodzinę...
- Kiedy się on wreszcie obudzi?- szeptał zaniepokojony Remus.
- Pomfrey mówi, że musi spać. To regeneruje jego organizm i... rękę- odszepnęła Dor
- Czy to prawda...że jego ręka... że może nigdy już nie...- zapytał przerażony własnymi słowami Syriusz.
- Pielęgniarka mówi, że to bardzo możliwe- powiedziała płaczliwym tonem Lily.
- A my...zamiast go szukać wieszaliśmy na nim psy w każdym kącie Hogwartu- westchnęła Kate.
- Moglibyście się chociaż do tego nie przyznawać.
Wszyscy jak na komendę spojrzeli na Jamesa. Tak. Odważył się. Co prawda miał zamknięte oczy, ale na jego ustach wykwitł ironiczny uśmiech, który szybko zamienił się w grymas bólu. Policzył do dziesięciu i powoli rozchylił powieki. Natychmiast jednak je zacisnął z powodu nadmiaru jasności. Spróbował jeszcze raz. Tym razem mu się udało. Rozejrzał się po zmieszanych przyjaciół. Teraz każdy z nich był czerwony na twarzy i patrzył się w podłogę.
- Nie wiedziałem, że tak bardzo się ucieszycie- zironizował ze śmiechem, ale jego oczy pozostawały dziwnie puste.
- No..tego... Hej- odchrząknął Syriusz- Jak się czujesz?
- Nie najgorzej- mruknął i chciał podnieść się na łokciach, ale nie mógł.- Co jest?- mruknął i rozszerzył oczy ze zdziwienia.
Nie czuł ramienia, które poparzył mu smok. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
- C-c-co-o... Dlaczego nie czuję ręki?!!
Jego przyjaciele jeszcze bardziej się zmieszali.
- No, bo nie wiadomo co ci jest i... i pani Pomfrey mówi, że.... możesz już nigdy...- wytłumaczył mu Remus.
- Ale...Ale... to był tylko smok!! Nie mogę od smoka stracić ręki!
- Smok?!- zapytali wszyscy chórem wytrzeszczając na niego oczy.
W tym samym momencie do Skrzydła Szpitalnego wszedł profesor Dumbledore. Spojrzał na nich zmęczonymi oczami, a gdy zobaczył, że James nie śpi podszedł do niego szybko.
- Och... Pan Potter. Jak dobrze. Jak się pan czuje?
- Kiepsko, ale to nic- uśmiechnął się co natychmiast sprawiło mu ból.
- Rozumiem. James, chyba wiesz po co do ciebie przyszedłem- powiedział zerkając na niego spod swoich okularó
- Wiem- mruknął, a jego przyjaciele wytężyli słuch.
- No więc słucham. Oczywiście jeśli obecność przyjaciół ci nie przeszkadza.
- Nie. I tak by się dowiedzieli- westchnął ciężko i z pomocą Syriusza oparł się na poduszkach, a jego oczy były wypełnione bólem.- Więc to było tak... Kiedy przyjechałem do domu zobaczyłem....zobaczyłem-zaczął, ale głos mu się załamał więc wziął głęboki wdech, odchrząknął i kontynuował, ale jego głos nadal drżał.-Zobaczyłem Mroczny Znak. Zaraz potem ktoś mnie oszołomił. Obudziłem się po paru godzinach. Od razu przybyli Śmierciożercy. Chcieli zdobyć informacje...
- Jakie informacje?- zmarszczył brwi Remus, ale James posłał dyrektorowi znaczące spojrzenie.
- Nie teraz panie Lupin- powiedział ten ostro.
- Umm...Przepraszam. Mów Rogacz.
- Ja nic im nie mówiłem więc zaczęli mnie torturować. Rzucali cruciatusem, klątwami, ale bo później dostali instrukcje od Voldemorta. Wzięli jednego z nich...chyba miał na nazwisko Murderns, w każdym razie tak na niego wołali... i zrobili z niego mojego sobowtóra- w tym momencie wszyscy oprócz dyrektora odwrócili wzrok.-Wysłali go na misję-przerwał patrząc na swoje dłonie.
- Co on właściwie miał robić? Bo chyba nie śledzić. Od razu wydałem ostrzeżenie do nauczycieli żeby mu nie ufali- zapytał Dumbledore korzystając z tego, że chłopak przerwał.
- Och nie..Nie-szepnął rozgoryczony.- Nie to było jego zadaniem. Przybył do Hogwartu zupełnie w innym celu... Miał za zdanie odwrócić ode mnie wszystkich przyjaciół i wujka, miał sprawić, że nikt by mi już nie zaufał nigdy. Poniżał wszystkich, pokazywał swoje oblicze w moim ciele, a później pokazywali mi jego wspomnienia. Wiedziałem, że są prawdziwe, ojciec nauczył mnie sztuki oklumencji i legilimencji oraz nauczył rozpoznawać. Widziałem wszystko co się dzieje w szkole. Dzięki temu miałem też pewność, że nikomu z was nic się nie stało, a to było dla mnie najważniejsze- westchnął po raz kolejny i zamknął na dłuższą chwilę oczy, więc nie widział jak jego przyjaciele wymieniają między sobą spojrzenia.
- Ale po co to robili? Przecież ty nie miałeś zbyt wielu informacji.
- Voldemortowi nie chodziło tylko o to. Z tego co oni mówili bardzo mu zależy na tym, bym do niego dołączył.
- Po co?!- pisnęła Lily.
- Nie mam pojęcia- wymamrotał i ponownie zamknął oczy, ale ich już nie otwierał.
- Dobrze. Jeszcze tylko jedno i będziesz mógł odpocząć. Jak uciekłeś?
Otworzył oczy i spojrzał na dyrektora. Zmarszczył lekko czoło jakby sam się nad tym zastanawiał.
- Zmotywowało mnie to, że choć ja i tak mam umrzeć to nie mogę pozwolić by komuś stała się krzywda oraz to, że Voldemort miał przybyć wieczorem. Jakimś cudem się pozbierałem. Oni chyba mieli wtedy jakieś spotkanie, bo był tylko jeden z nich. Ale byli dobrze przygotowani. Powaliłem go i zabrałem mu różdżkę, a później było gorzej. To było coś na miarę toru przeszkód. Sfinks, druzgotki, smok. Uciekłem. Zdołałem się deportować. A resztę już pan wie.
- Dobra robota James. Za twoje męstwo Gryffindor otrzymuje 200 punktów. Jak już się lepiej poczujesz, to wiesz co robić. A teraz odpoczywaj. Do widzenia.
- Do widzenia.
Jego powieki opadły i wykończony zapadł w głęboki, niespokojny sen. W koszmarach powracały twarze jego rodziców i sceny jak umierają. Po jego policzku potoczyła się nieświadomie łza.
- Jesteśmy świniami! Cholernymi idiotami!- krzyknął Łapa, kiedy Huncwoci wieczorem siedzieli w dormitorium.
- Syriuszu.... Uspokój się. Przezywając się i nas nie pomożesz. To, czy Rogacz nam wybaczy jest jego wyborem- powiedział zmartwiony Lunatyk.
- I ja śmiem o nim myśleć jako o bracie! Nie zasługujemy na niego! On mógł umrzeć, ale myślał o tym, żeby nam się nic nie stało! Jesteśmy egoistami!
- A składaliśmy przecież kiedyś przysięgę. On jako jedyny jej nie złamał- dodał Glizdogon z rozżaloną miną.
- No właśnie! Cholera!
- Lucjuszu. Świetny pomysł. Wiedz, że Lord Voldemort jest zadowolony.- wysyczał Tom Riddle.
- Panie. Jeszcze tylko trochę. Wkrótce Potter wkroczy na kolejne spotkanie i wtedy się sprawdzi.
- Nikt o tym nie wie? Dumbledore nic nie podejrzewa?
- Nic.
Śmiech jaki się potoczył po starym, ciemnym cmentarzu sprawił, że wszystkie ptaki śpiące na drzewach poderwały się ze strachem. Tak. Czarny Pan ma przewagę nad Jamesem Potterem! I wkrótce wszyscy się o tym przekonają!
******************************************************************************
Hej :)
Tak sterczałam chyba z pół godziny nad klawiaturą nie wiedząc co napisać. Jednak coś mi się udało napisać. Mam nadzieję, że wybaczycie mi smętność tego rozdziału :/
Powiem jeszcze tylko, że narysuję Lily :) Niedługo wstawię rysunek ;)
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
W następnym rozdziale:
- o co chodzi w planie Lucjusza Malfoya
- James szczerze rozmawia z przyjaciółmi
- jak Rogacz poradzi sobie ze stratą rodziców
Nie wiedział jednak tego, co wiedział Voldemort. Nie wiedział do końca dlaczego tak potężny czarnoksiężnik nie zabił go od razu. Nie wiedział jaka historia otacza jego rodzinę...
- Kiedy się on wreszcie obudzi?- szeptał zaniepokojony Remus.
- Pomfrey mówi, że musi spać. To regeneruje jego organizm i... rękę- odszepnęła Dor
- Czy to prawda...że jego ręka... że może nigdy już nie...- zapytał przerażony własnymi słowami Syriusz.
- Pielęgniarka mówi, że to bardzo możliwe- powiedziała płaczliwym tonem Lily.
- A my...zamiast go szukać wieszaliśmy na nim psy w każdym kącie Hogwartu- westchnęła Kate.
- Moglibyście się chociaż do tego nie przyznawać.
Wszyscy jak na komendę spojrzeli na Jamesa. Tak. Odważył się. Co prawda miał zamknięte oczy, ale na jego ustach wykwitł ironiczny uśmiech, który szybko zamienił się w grymas bólu. Policzył do dziesięciu i powoli rozchylił powieki. Natychmiast jednak je zacisnął z powodu nadmiaru jasności. Spróbował jeszcze raz. Tym razem mu się udało. Rozejrzał się po zmieszanych przyjaciół. Teraz każdy z nich był czerwony na twarzy i patrzył się w podłogę.
- Nie wiedziałem, że tak bardzo się ucieszycie- zironizował ze śmiechem, ale jego oczy pozostawały dziwnie puste.
- No..tego... Hej- odchrząknął Syriusz- Jak się czujesz?
- Nie najgorzej- mruknął i chciał podnieść się na łokciach, ale nie mógł.- Co jest?- mruknął i rozszerzył oczy ze zdziwienia.
Nie czuł ramienia, które poparzył mu smok. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
- C-c-co-o... Dlaczego nie czuję ręki?!!
Jego przyjaciele jeszcze bardziej się zmieszali.
- No, bo nie wiadomo co ci jest i... i pani Pomfrey mówi, że.... możesz już nigdy...- wytłumaczył mu Remus.
- Ale...Ale... to był tylko smok!! Nie mogę od smoka stracić ręki!
- Smok?!- zapytali wszyscy chórem wytrzeszczając na niego oczy.
W tym samym momencie do Skrzydła Szpitalnego wszedł profesor Dumbledore. Spojrzał na nich zmęczonymi oczami, a gdy zobaczył, że James nie śpi podszedł do niego szybko.
- Och... Pan Potter. Jak dobrze. Jak się pan czuje?
- Kiepsko, ale to nic- uśmiechnął się co natychmiast sprawiło mu ból.
- Rozumiem. James, chyba wiesz po co do ciebie przyszedłem- powiedział zerkając na niego spod swoich okularó
- Wiem- mruknął, a jego przyjaciele wytężyli słuch.
- No więc słucham. Oczywiście jeśli obecność przyjaciół ci nie przeszkadza.
- Nie. I tak by się dowiedzieli- westchnął ciężko i z pomocą Syriusza oparł się na poduszkach, a jego oczy były wypełnione bólem.- Więc to było tak... Kiedy przyjechałem do domu zobaczyłem....zobaczyłem-zaczął, ale głos mu się załamał więc wziął głęboki wdech, odchrząknął i kontynuował, ale jego głos nadal drżał.-Zobaczyłem Mroczny Znak. Zaraz potem ktoś mnie oszołomił. Obudziłem się po paru godzinach. Od razu przybyli Śmierciożercy. Chcieli zdobyć informacje...
- Jakie informacje?- zmarszczył brwi Remus, ale James posłał dyrektorowi znaczące spojrzenie.
- Nie teraz panie Lupin- powiedział ten ostro.
- Umm...Przepraszam. Mów Rogacz.
- Ja nic im nie mówiłem więc zaczęli mnie torturować. Rzucali cruciatusem, klątwami, ale bo później dostali instrukcje od Voldemorta. Wzięli jednego z nich...chyba miał na nazwisko Murderns, w każdym razie tak na niego wołali... i zrobili z niego mojego sobowtóra- w tym momencie wszyscy oprócz dyrektora odwrócili wzrok.-Wysłali go na misję-przerwał patrząc na swoje dłonie.
- Co on właściwie miał robić? Bo chyba nie śledzić. Od razu wydałem ostrzeżenie do nauczycieli żeby mu nie ufali- zapytał Dumbledore korzystając z tego, że chłopak przerwał.
- Och nie..Nie-szepnął rozgoryczony.- Nie to było jego zadaniem. Przybył do Hogwartu zupełnie w innym celu... Miał za zdanie odwrócić ode mnie wszystkich przyjaciół i wujka, miał sprawić, że nikt by mi już nie zaufał nigdy. Poniżał wszystkich, pokazywał swoje oblicze w moim ciele, a później pokazywali mi jego wspomnienia. Wiedziałem, że są prawdziwe, ojciec nauczył mnie sztuki oklumencji i legilimencji oraz nauczył rozpoznawać. Widziałem wszystko co się dzieje w szkole. Dzięki temu miałem też pewność, że nikomu z was nic się nie stało, a to było dla mnie najważniejsze- westchnął po raz kolejny i zamknął na dłuższą chwilę oczy, więc nie widział jak jego przyjaciele wymieniają między sobą spojrzenia.
- Ale po co to robili? Przecież ty nie miałeś zbyt wielu informacji.
- Voldemortowi nie chodziło tylko o to. Z tego co oni mówili bardzo mu zależy na tym, bym do niego dołączył.
- Po co?!- pisnęła Lily.
- Nie mam pojęcia- wymamrotał i ponownie zamknął oczy, ale ich już nie otwierał.
- Dobrze. Jeszcze tylko jedno i będziesz mógł odpocząć. Jak uciekłeś?
Otworzył oczy i spojrzał na dyrektora. Zmarszczył lekko czoło jakby sam się nad tym zastanawiał.
- Zmotywowało mnie to, że choć ja i tak mam umrzeć to nie mogę pozwolić by komuś stała się krzywda oraz to, że Voldemort miał przybyć wieczorem. Jakimś cudem się pozbierałem. Oni chyba mieli wtedy jakieś spotkanie, bo był tylko jeden z nich. Ale byli dobrze przygotowani. Powaliłem go i zabrałem mu różdżkę, a później było gorzej. To było coś na miarę toru przeszkód. Sfinks, druzgotki, smok. Uciekłem. Zdołałem się deportować. A resztę już pan wie.
- Dobra robota James. Za twoje męstwo Gryffindor otrzymuje 200 punktów. Jak już się lepiej poczujesz, to wiesz co robić. A teraz odpoczywaj. Do widzenia.
- Do widzenia.
Jego powieki opadły i wykończony zapadł w głęboki, niespokojny sen. W koszmarach powracały twarze jego rodziców i sceny jak umierają. Po jego policzku potoczyła się nieświadomie łza.
- Jesteśmy świniami! Cholernymi idiotami!- krzyknął Łapa, kiedy Huncwoci wieczorem siedzieli w dormitorium.
- Syriuszu.... Uspokój się. Przezywając się i nas nie pomożesz. To, czy Rogacz nam wybaczy jest jego wyborem- powiedział zmartwiony Lunatyk.
- I ja śmiem o nim myśleć jako o bracie! Nie zasługujemy na niego! On mógł umrzeć, ale myślał o tym, żeby nam się nic nie stało! Jesteśmy egoistami!
- A składaliśmy przecież kiedyś przysięgę. On jako jedyny jej nie złamał- dodał Glizdogon z rozżaloną miną.
- No właśnie! Cholera!
- Lucjuszu. Świetny pomysł. Wiedz, że Lord Voldemort jest zadowolony.- wysyczał Tom Riddle.
- Panie. Jeszcze tylko trochę. Wkrótce Potter wkroczy na kolejne spotkanie i wtedy się sprawdzi.
- Nikt o tym nie wie? Dumbledore nic nie podejrzewa?
- Nic.
Śmiech jaki się potoczył po starym, ciemnym cmentarzu sprawił, że wszystkie ptaki śpiące na drzewach poderwały się ze strachem. Tak. Czarny Pan ma przewagę nad Jamesem Potterem! I wkrótce wszyscy się o tym przekonają!
******************************************************************************
Hej :)
Tak sterczałam chyba z pół godziny nad klawiaturą nie wiedząc co napisać. Jednak coś mi się udało napisać. Mam nadzieję, że wybaczycie mi smętność tego rozdziału :/
Powiem jeszcze tylko, że narysuję Lily :) Niedługo wstawię rysunek ;)
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.
W następnym rozdziale:
- o co chodzi w planie Lucjusza Malfoya
- James szczerze rozmawia z przyjaciółmi
- jak Rogacz poradzi sobie ze stratą rodziców
Subskrybuj:
Posty (Atom)

