czwartek, 23 czerwca 2016

12. O kilka słów za dużo.

Jeśli masz wrażenie, że życie czasem się wali, to doskonale zrozumiesz sytuację Jamesa Pottera. Zaklęcie co prawda nie było rzucone w niego, ale w jego ukochaną Lily i to jeszcze większy ból. Śmieszne, że tak niedawno użalał się nad sobą i bał się spojrzeć w oczy przyjaciołom.  Pojawia się pytanie. Jak wybrać żeby wybrać dobrze? Jeśli powie co wie, zdradzi Zakon, a i tak nie będzie miał pewności czy to wystarczy. Przecież Voldemort nie ma skrupułów. Ale patrząc na Lily nie myślał o niczym innym niż o ratowaniu jej.
I właśnie wtedy stało się coś niebywałego.
Polankę rozświetlił oślepiający blask. Jego liny pękły, a Lily ucichła. Nie tracąc czasu zerwał się z miejsca, wziął ją na ręce i wybiegł z lasu. Biegł zastanawiając się nad tym co się stało.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś ich uratował? Jeśli tak to kto? I przecież usłyszał by go. Nagle jego umysł wypełniły słowa jego ojca:
- Czarodzieje zanim trafią do szkoły nie potrafią kontrolować swojej magii i wtedy zdarzają się wybuchy. Jednak nawet dorośli czarodzieje miewają wybuchy magii pod wpływem jakiś silnych emocji. Rzucają zaklęcia bez różdżek i nie są nawet tego świadomi.
Potrząsnął głową. Nie. Nie ma teraz czasu na głębsze zastanowienia.
- Lily? Jak się czujesz?- zapytał patrząc z troską na dziewczynę.
- A jak myślisz kretynie? Postaw mnie na ziemi- warknęła ta w odpowiedzi.
Chłopak się speszył, postawił ją na trawie i pobiegli dalej. James miał ogromne wyrzuty sumienia, a jej ton głosu przekonał go co do winy.
Nie odzywając się już, weszli razem do Pokoju Wspólnego. Powitał ich krzyk dziewczyn:
- O Merlinie! Lily? Jak ty wyglądasz?
- James, czy to krew?
- Gdzie byliście?
Usiedli w fotelach na przeciwko kominka. Rogacz patrząc w płomienie zaczął rzucać zaklęcia na swoją ranę na policzku. Musiało być to jednak zaklęcie czarnomagiczne, bo nie chciała się zagoić. Evans zaczęła tłumaczyć reszcie co się stało. Po chwili siedem spojrzeń skierowało się w jego stronę. Ten wciąż ze wzrokiem wbitym w ogień przywołał opatrunek i dyptam. Z pozorowanym spokojem opatrzył cięcie i dopiero wtedy spojrzał na przyjaciół.
- James? Co to ma znaczyć? O co w tym wszystkim chodzi?!- napadła na niego Kate.
- W Gryffindorze jest zdrajca- wyszeptał uświadamiając to sobie.
- Zdrajca? Kto?- zdziwił się Syriusz.
- Rzecz w tym, że nie wiem kto- mruknął.
Lily nagle poczerwieniała ze złości i wybuchła:
- A czy to ważne?! To twoja wina!
Po wykrzyczeniu tego i zobaczenie twarzy Jamesa, która wyrażała ogromny ból, załamanie i złość na samego siebie, zatkała usta dłońmi i zrobiła przerażoną minę. Nie chciała mu tego mówić, ale nie wytrzymała.
- Evans, myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem o tym doskonale. Dlatego mam już pewien plan. Wkrótce będziecie bezpieczni- posłał im krzywy uśmiech i wyszedł z wieży.
- Rogacz?! A ty dokąd?!- zawołał za nim Łapa.
- Daj mu ochłonąć- powiedział zmartwiony Lunatyk.- Jak myślicie, co on chce zrobić?
- Nie wiem. Ale Lily nie powinnaś była mu tego mówić. Co cię napadło?- zdenerwował się Syriusz.
- Sama nie wiem.


Tymczasem na polanie śmierciożercy otrząsają się z szoku. Lord Voldemort ryknął wściekle i strzelił zielonym promieniem w najbliżej stojącą Celissę Bartneys.
- Jak mu się to udaje tak łatwo mi uciec?!- wysyczał z wściekłością.- Malfoy! Przekaż wiadomość naszemu szpiegowi, że ma wytropić w jaki sposób mu się to udaje! Nie mogę puścić mu tego płazem!
- Tak jest panie. Chociaż nie ufałbym mu. Przecież to Gryfon i do tego tchórz.
- Nie podważaj mojej decyzji. Jest blisko z Potterem, a to jest przydatne- zaśmiał się złowieszczo.
Z końcem zdania wszyscy opuścili polanę, szybkim krokiem kierując się w głębię lasu, a już po chwili słychać było trzask towarzyszący teleportacji.


Chłopak szedł korytarzami Hogwartu. Nie raz już przemierzał tą drogę. Lecz po raz pierwszy robi to sam. Jego serce przepełnione jest goryczą. Jak mógł ich narazić? Samotna łza popłynęła po jego policzku. Teraz, jak ta łza, jest samotny. Nie może się pogodzić z tym, że musi oddalić się od przyjaciół i z opowieścią Voldemorta. Czy ona jest prawdziwa? Coś mu podpowiadało, że tak. Więc teraz albo dołączy do mordercy, albo umrze. Albo będzie szczęśliwy i narazi przyjaciół, albo będzie cierpiał wiedząc, że są bezpieczniejsi, bo w końcu nie mógł im zapewnić pełnego bezpieczeństwa. Musiał wybierać między tym co dobre a tym, co łatwe. Wiedział, że nigdy nie dołączy do śmierciożerców i nie da umrzeć bliskim z jego powodu.
Ze swoim wyborem stanął pod ścianą na siódmym piętrze. Obszedł ją trzy razy i pojawiły się przed nim wielkie drzwi. Otworzył je.
Czas rozpocząć wypełnianie swojego planu. Czas zmierzyć się z losem. Czas walczyć w imię dobra.
*******************************************************************************
Hej ;) Jeszcze ktoś tu jest i czyta?
Rozdział raczej krótki, ale jest. W tym oto momencie rozkręcam się z akcją. Myślę, że teraz będzie tylko lepiej.
Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Proszę, dawajcie znak o sobie. Nawet nie wiecie jak się ciężko pisze jeśli pod poprzednim postem przez miesiąc widniał napis "Brak komentarzy", aż wreszcie się pojawił "1 komentarz".
Właśnie dlatego chciałam podziękować Ann Black za ten komentarz. Dziękuję! Dodałaś mi sił!
Pozdrawiam i liczę na komentarze!
Wasza Rogaczka :)

poniedziałek, 9 maja 2016

11. Rozterki przyjaźni i leśna polana cz. 2

Kiedy przedarł się przez drażniące jego skórę gałęzie, z początku nie zobaczył niczego z powodu panującej na polanie ciemności. Po chwili jednak jego wzrok przyzwyczaił się do nienaturalnego, nawet jak na Zakazany Las, mroku. Była tam grupka postaci w czarnych pelerynach. Przeklnął w myślach i próbował się bezszelestnie wymknąć. Niestety. Życie nie było tak pobłażliwe.
- Patrzcie, patrzcie. Kogo my tu mamy? Nasz nieustraszony James Potter. Właśnie ucięliśmy sobie małą pogawędkę na twój temat- rozległ się syczący głos.
- Niezmiernie mi miło- zakpił Rogacz.
- No ja myślę.
Jego i tak już syczący głos przeszedł w samo syczenie i prychnie. W krzakach za nim rozległ się szelest i obok młodego Pottera prześlizgnął się wąż. Chłopak drgnął, ale szybko zamaskował strach i obrzydzenie, ponownie patrząc na Voldemorta.
- Czymże sobie zasłużyłem na taki wielki trud z twojej strony, o najłaskawszy panie?- powiedział nadal kpiąc.
- Otóż to, otóż to. Świetne pytanie Jamesie Potterze. Pozwól, że przedstawię ci pewną historię, którą zataili przed tobą twoi rodzice i dziadkowie.
- Jaką historię?- zmarszczył brwi zbity z tropu.
- Och. Zaraz ją poznasz, tylko pozwól, że załatwimy pewną sprawę. Bartneys?
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, błysło, a na nim zacisnęły się więzy tak mocne, że ledwo mógł oddychać. Poczuł, że ktoś go łapie od tyłu i przywiązuje do drzewa. Odchylił głowę, żeby zobaczyć twarz śmierciożercy, ale syknął, bo lina werżnęła się mu w szyję.
- Doskonale. A teraz słuchaj. Wiedz, że pochodzisz z rodziny gorszej niż mugole, szlamy i zdrajcy krwi. Twoja rodzina to zwykłe szumowiny i sam się o tym przekonasz...


Lily Evans przechadzając się po błoniach rozmyślała. Co ma zrobić? Już przegrała walkę z miłością. Dowiodło tego cierpienie jakie odczuwała, gdy myślała, że straciła Jamesa. To był rozpad jej duszy, którego nie potrafiło naprawić nic. Wiedziała, że była żałosna. Jak ona śmiała w ogóle się nad sobą użalać. Wystarczy spojrzeć na takiego Rogacza i każdy w cierpieniu wymięka. On wydaje się być ze stali. Wszystko przyjmuje na klatę i nawet się nie waha, gdy chodzi o poświęcenie dla przyjaciół. Zawsze krzyczała do niego, że on nie jest jej wart i że już na większy szacunek zasługuje akromantula. Teraz pojawia się pytanie. Czy ona jest warta jego?
Spacerowałaby i rozmyślała tak jeszcze długi czas, gdyby nie to, że ktoś założył jej maskę na oczy. Zanim zdążyła krzyknąć zasłonięto jej usta i brutalnie wyciągnięto za włosy. Nie rozumiała nic.


- No więc słuchaj. I nie przerywaj. Kiedy byłem młody i chodziłem jeszcze do Hogwartu, miałem... hm... przyjaciółkę- zaczął Voldemort swoim jadowitym głosem, z szczególną kpiną dla słowa "przyjaciółka".- Razem byliśmy potęgą tej szkoły. Nikt nie śmiał się nam sprzeciwić. Oboje mieliśmy zamiłowanie w czarnej magii i obrzydzenie dla szlam. Nazywała się Katherine. Katherine Potter- tu z ust chłopaka wydobył się dźwięk, coś pomiędzy jękiem, warknięciem a westchnieniem, ale został natychmiast uciszony zaklęciem, które przecięło mu boleśnie skórę na policzku.-  Tak. Była matką twojego ojca. Kiedy ukończyliśmy szkołę zaproponowałem jej podróż w celu wytępienia tych gnid z powierzchni Ziemi. Mugole i szlamy to najgorsza rzecz jaką można sobie wyobrazić. Zgodziła się, ale dostrzegłem wahanie w jej oczach. Wszedłem w głąb jej myśli i wtedy dostrzegłem, że ta głupia się zakochała i zmieniła swoje poglądy. Chciała mnie zdradzić, bo jak wiesz, w świecie czarodziejów nie można mordować, a zależało mi na dobrej reputacji. Jednak nie chciałem też zabić Katherine, gdyż była bardzo potężną czarodziejką i szkoda by było zaprzepaścić taki talent. Wymogłem więc na niej, coś co miało mi zapewnić, że nie zdradzi mnie, albo umrze. Złożyła przysięgę wieczystą. Oczywiście się upierała, że to nie jest potrzebne, ale rzuciłem na nią na czas przysięgi imperiusa. Tak więc podróżowaliśmy, a ona odwalała za mnie czarną robotę. Pewnego dnia uciekła. Nie powiedziała nikomu o tym, co robiliśmy, więc zachowała życie. Kilka dni później dowiedziałem się, że wyszła za jakiegoś czarodzieja półkrwi. Nie zabiłem jej. Nie miałem czasu wracać do kraju. Nie działałem aż do momentu gdy się okazało, że urodziła dziecko, twojego ojca. Zrozumiałem, że źle zrobiłem zostawiając ją w spokoju. Udałem się do niej. Torturami zabiłem jej męża na jej oczach. A później ją. Został dzieciak. Nie widziałem powodu by go zabijać, więc ułaskawiłem go, mając nadzieję, że przejdzie na dobrą stronę. Twojego ojca wychowano w sierocińcu jak wiesz już. Kiedy i on skończył szkołę, ożenił się ze zdrajczynią krwi. Odnalazł swój stary dom. Jak się okazało, jego matka prowadziła pamiętnik, który później znalazł. Dowiedział się wszystkiego. Chciałem zapobiec jeszcze na jakiś czas ujawnieniu, więc pojechałem do jego domu. Jednak po drodze spotkałem wróżbitkę. Przepowiedziała mi, że Dorea wkrótce urodzi syna, który będzie próbował mi przeszkodzić do dojścia do władzy. Tak więc zanim dotarłem, przepowiednia częściowo się wypełniła i urodziłeś się ty. W końcu dotarłem, ale ich nie zabiłem, bo złożyli wieczystą przysięgę, że odchowają cię i dołączą wszyscy do mnie. A byli potężnymi czarodziejami, więc się zgodziłem. Ostatnio wstąpiłeś do Zakonu Feniksa i tym samym wydałeś na was wszystkich wyrok. Przed swoją śmiercią Dorea, jeszcze powiedziała, że gdy byłeś zbyt młody żeby cokolwiek zrozumieć i na tobie zawarli przysięgę, że dołączysz do mnie. Zastanawiasz się pewnie po co tak się meczę, by mieć w swoich szeregach. Po pierwsze jesteś w Zakonie, co by dało mi szerokie pole do popisu. Po drugie, Dumbledore ci ufa i to jest dla niego zgubne. Po trzecie, masz potencjał czarnomagiczny, tak jak twoi rodzice i babcia. Po czwarte, ja sobie nie odpuszczam- zakończył jadowitym szeptem.
Przez chwilę milczał nie mogąc wydusić z siebie słowa.
- Kłamiesz- powiedział wreszcie.
- Ależ nie. I sam o tym dobrze wiesz.
Chciał ponownie zaprzeczyć, ale Voldemort spojrzał w stronę krzaków, z których wyszedł. Te po chwili się rozgięły i wyszedł zza nich śmierciożerca ciągnąc za sobą za włosy jakąś dziewczynę. Pchnął nią w jego stronę tak, że padła u jego stóp. Ściągnął jej opaskę z oczu. Dziewczyna podniosła wzrok i spojrzała na niego.
- Lily?- jęknął słabo- Co ty tu robisz?
- James... Ja tylko wyszłam na spacer po błoniach- szepnęła przerażona.
- Ty podły gadzie! Po co ją tu sprowadziłeś?! To sprawa między nami! Pożałujesz tego! Wszyscy się zaraz domyślą, że to ty!- krzyknął wściekły.
- Jamesie Potterze. Po co się złościć? Właśnie po to ona tu jest. Będzie przykładem dla tych, którzy będą chcieli nam przeszkodzić. Nie martw się. Trochę ją pomęczymy. Może wtedy nam powiesz choć trochę o Zakonie Feniksa- zaśmiał się złowieszczo.
- Zostaw ją! I tak wam nic nie powiem, bo nic nie wiem!
- O tym to my się jeszcze przekonamy. Crucio!
Las wypełnił pełne agonii krzyki dziewczyny i błagania zrozpaczonego chłopaka.
Nadszedł ten moment, gdy trzeba wybierać między dobrem świata, a życiem ukochanej osoby.
*************************************************************************
Hej :)
Przepraszam za tak długą nieobecność. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście.
Rozdział pewnie trochę nudny, ale bardzo kluczowy w dalszych wydarzeniach.
Lily wstawię jak narysuję, ale nie wiem kiedy.
Pozdrawiam z nadzieją na komentarze,
wasza Rogaczka.

W następnym rozdziale:
- co zrobi James?
- czy w Gryffindorze jest zdrajca?
- niespodziewany gość w Hogwarcie.

piątek, 8 kwietnia 2016

11. Rozterki przyjaźni i leśna polana cz. 1

Odpływając w krainę snu miał wrażenie, że nic mu nie grozi, że nie ma żadnych problemów i miał jakieś sztuczne poczucie bezpieczeństwa. Trudno mu było się do tego przyznać, ale nie był taki silny za jakiego go mieli. Nie potrafił lekceważąco podchodzić do spraw, które niekiedy zdawałyby mu się być błahostką. A to, że nie ufał już nikomu rzeczywiście było błahostką w porównaniu do tego co się stało. Śmierć rodziców sprawiła, że odrzucił wszystko na dalszy plan. Kogo obchodzi zawieszona przyjaźń? Kogo obchodzi ręka be z czucia? Kogo obchodził ból ciała? Nie jego. Skupiony był maksymalnie na bólu, nie fizycznym lecz psychicznym. Jego dusza była tak poszarpana, że dziw, że jeszcze się całkowicie nie rozsypała. Serce tak bardzo było połamane, że praktycznie nie mógł oddychać. Ale tym też się za bardzo nie przejmował. Dla niego życie nie miało sensu. Zdradzony przez przyjaciół. Sztylet przeszył mu serce. Rodzice nie żyją. Kolejny sztylet, tym razem większy i bardziej bolesny w użyciu. Nie mógł nic zrobić żeby ich uratować. To chyba jednak nie sztylety ale topory. Nie miał sensu żyć. Bo po co?  I tak praktycznie umierał. Bo ile wytrzyma jego serce? A dusza? A rozum? Nawet rozum już powoli tracił. Nie kontaktował ze światem. Zamknął się we własnej krainie. Krainie bólu i cierpienia. Więc nikt chyba nie ma mu za złe, że próbuje uciec od tego we śnie? Choć i tam nie było do końca spokojnie. Koszmary są bezlitosne. Nie raz budził się przerażony z niemym krzykiem w gardle. To zdecydowanie było ponad jego siły. Czyli tak. Był tchórzem. Nawet nie był na pogrzebie rodziców, bo był zbyt wielkim mięczakiem żeby się obudzić! Żałosne.
- James?- powiedział zasępiony Syriusz wchodząc do szpitala z całą resztą.
Nie zareagował od razu. Miał problemy z koncentracją. Z powrotem do rzeczywistości.
- Co?- burknął w odpowiedzi.
- Musimy porozmawiać i to poważnie. To nie może się ciągnąć. Musisz podjąć decyzję!
- Decyzję? Jaką decyzję?
- No...- odchrząknął.- Czy nam wybaczysz.
- A co mam jeszcze wam wybaczać?
- No... To, że uwierzyliśmy...że nie szukaliśmy cie- Łapa tak jak inni byli całkowicie zbici z tropu.
- Ach to! W ogóle po co pytacie? Oczywiście, że wybaczam. Każdy popełnia w życiu błędy. A po za tym mieliście prawo. To ja właściwie powinienem przeprosić, że naraziłem was na takie niebezpieczeństwo i że musieliście cierpieć przeze mnie- mruknął.
- Co? Ty żartujesz prawda? Ty nas przepraszasz?!- krzyknął wzburzony.- My zachowaliśmy się jak świnie, a ty nas przepraszasz?! Czy ty naprawdę postradałeś zmysły?!
- Być może. Cruciatus nie jest zbyt dobrą rozrywką dla psychiki- powiedział z ironią.
- Czyli... Czyli nam wybaczasz?- zapytała z nadzieją Lily.
- No oczywiście. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, nie?
Każdy poczuł nie wyobrażalną ulgę. Nie byli głupi i wiedzieli, że im nie ufa do końca. Ale wiedzieli to, że jest niezastąpionym przyjacielem.



Kilka tygodni później James wyzdrowiał na tyle, żeby wyjść ze Skrzydła Szpitalnego, obiecując przy tym, że będzie regularnie zażywał eliksiry. W dormitorium był przywitany idealną ciszą. No tak. W końcu każdy wierzył, że on jest taki jak śmierciożercy. Było im głupio. Niezręczną ciszę przerwał głos wydobywający się jego pierścienia. Rzeczywiście. Wcale się tego nie spodziewałem- pomyślał z ironią.
- "Za godzinę w Hogwarcie, w gabinecie."
Westchnął ciężko i opadł na kanapę obok przyjaciół.
- Hej. Co tam?
- Jakoś. Dużo nam zadali. Musisz porządnie zacząć się uczyć żeby nadążyć- odpowiedziała Evans.
- Za godzinę idę do dyrka. No, ale później może znajdę trochę czasu.
- James. Jak twoja ręka?- spytał Peter.
- Tak samo jak dwie godziny temu Glizdku.
Westchnął ciężko i jednym uchem zaczął słuchać zwykłej rozmowy przyjaciół. Znów popadł w kompletne odrętwienie i dopiero gdy Ann mu przypomniała, że miał iść do dyrektora, ocknął się i poszedł.
Tak jak robił to wiele razy usiadł za dużym stołem. W pomieszczeniu byli już wszyscy członkowie.
Oczywiście od razu wszyscy skupili uwagę na nim. No tak. W końcu przebywał z tymi śmieciami. Musiał coś wiedzieć.
- James, może usłyszałeś coś ciekawego?- zapytał wujek.
- Usły...- zaczął.
- Nie! Stop!!- zagrzmiał Moody.- Albusie sprawdź go. Nie wiadomo nigdy co z nim robili.
- Racja Alastorze- potwierdził Dumbledore i wyciągnął różdżkę w jego stronę.
Nagle jego ciało zrobiło się chłodne. Ale nie całe. Jego niesprawna ręka zaczęła go palić, a nad nią unosiła się niebieska mgiełka.
- Ha! Więc to tak? Rzucili na niego zaklęcie podsłuchu?!- krzyknął zadowolony swym odkryciem auror.
- Z-z-aklęcie p-p-odsłuchu?- wyjąkał całkowicie zaskoczony.
- Tak. Ale to nic. Nie usłyszeli niczego ważnego. To się da usunąć- powiedział spokojnie dyrektor i tak szybko jak ręka zaczęła palić, tak samo przestała.
Ale coś jednak było innego... Nie tak samo jak wcześniej...
- Taaak!! Mam czucie w ręce!! Czyli to przez to zaklęcie!!- krzyknął, po raz pierwszy od bardzo dawna szczęśliwy.
- Świetnie- uśmiechnął się do niego wujek.- Czyli quiddith nie jest całkowicie przekreślony mrugnął do niego okiem.- Bardzo dobrze- poparł Moody.- Ale teraz powiedz co usłyszałeś.
No to zaczęło się przesłuchanie- pomyślał.


Zebranie wyjątkowo się przedłużyło. Miał im sporo bardzo ważnych rzeczy do przekazania. Jednak po spotkaniu tylko udał, że wraca do dormitorium. Jednak tak naprawdę skierował swoje kroki do Zakazanego Lasu. Po mimo złej oceny jaką wydaje każdy, kto był w tym lesie, był on dla niego miejscem spokoju. Chciał po raz tysięczny uciec od tego, że musi żyć normalnie. Smętne rozmyślania nie pozwalałyby mu nawet na sen. Wędrował długo, aż wreszcie zatrzymał się przed krzakami, za którymi była ciemna polana. Przeszedł przez nie. To jednak nie było dobrym ruchem....
****************************************************************************
Cześć ;)
Mam nadzieję, że się podoba, choć jest strasznie krótko. Obiecuję, że następna notka będzie dłuższa.
Pozdrawiam i proszę o komentarze (to naprawdę nie zajmie dużo czasu).
Wasza Rogaczka :)

czwartek, 31 marca 2016

10. Opowieść.

Czarnowłosy chłopak spał niespokojnie w szpitalnym łóżku. Jego twarz zdobiły liczne blizny, a jego ciało było owinięte w bandaże. James Potter stracił przytomność, gdy tylko przybyli uzdrowiciele ze świętego Munga. Od tego, jakże bogatego wydarzenia dnia, spał praktycznie bez przerwy. Budził się tylko by wziąć tacę eliksirów. A minął już tydzień. Nie. Nie był w śpiączce. Często się budził, ale nie otwierał oczu. Nie chciał wracać do rzeczywistości. Wiedział, że są przy nim. Wiedział to. Słyszał ich. Ale otworzenie oczu równałoby się spojrzeniu w ich oczy. Czy potrafi im wybaczyć? Chyba tak. Ale nie potrafiłby im już nigdy do końca zaufać. Dlatego nigdy im nie powiedział o Zakonie Feniksa. Dlatego Lily przez tyle lat uważała go za egoistę. Bo nie ufał ludziom. Ale im zaufał. Pomógł im. A teraz... A teraz okazało się, że jego zaufanie nigdy nie było odwzajemnione.
Nie wiedział jednak tego, co wiedział Voldemort. Nie wiedział do końca dlaczego tak potężny czarnoksiężnik nie zabił go od razu. Nie wiedział jaka historia otacza jego rodzinę...



- Kiedy się on wreszcie obudzi?- szeptał zaniepokojony Remus.
- Pomfrey mówi, że musi spać. To regeneruje jego organizm i... rękę- odszepnęła Dor
- Czy to prawda...że jego ręka... że może nigdy już nie...- zapytał przerażony własnymi słowami Syriusz.
- Pielęgniarka mówi, że to bardzo możliwe- powiedziała płaczliwym tonem Lily.
- A my...zamiast go szukać wieszaliśmy na nim psy w każdym kącie Hogwartu- westchnęła Kate.
- Moglibyście się chociaż do tego nie przyznawać.
Wszyscy jak na komendę spojrzeli na Jamesa. Tak. Odważył się. Co prawda miał zamknięte oczy, ale na jego ustach wykwitł ironiczny uśmiech, który szybko zamienił się w grymas bólu. Policzył do dziesięciu i powoli rozchylił powieki. Natychmiast jednak je zacisnął z powodu nadmiaru jasności. Spróbował jeszcze raz. Tym razem mu się udało. Rozejrzał się po zmieszanych przyjaciół. Teraz każdy z nich był czerwony na twarzy i patrzył się w podłogę.
 - Nie wiedziałem, że tak bardzo się ucieszycie- zironizował ze śmiechem, ale jego oczy pozostawały dziwnie puste.
- No..tego... Hej- odchrząknął Syriusz- Jak się czujesz?
- Nie najgorzej- mruknął i chciał podnieść się na łokciach, ale nie mógł.- Co jest?- mruknął i rozszerzył oczy ze zdziwienia.
Nie czuł ramienia, które poparzył mu smok. W jego oczach pojawiło się przerażenie.
- C-c-co-o... Dlaczego nie czuję ręki?!!
Jego przyjaciele jeszcze bardziej się zmieszali.
- No, bo nie wiadomo co ci jest i... i pani Pomfrey mówi, że.... możesz już nigdy...- wytłumaczył mu Remus.
- Ale...Ale... to był tylko smok!! Nie mogę od smoka stracić ręki!
- Smok?!- zapytali wszyscy chórem wytrzeszczając na niego oczy.
W tym samym momencie do Skrzydła Szpitalnego wszedł profesor Dumbledore. Spojrzał na nich zmęczonymi oczami, a gdy zobaczył, że James nie śpi podszedł do niego szybko.
- Och... Pan Potter. Jak dobrze. Jak się pan czuje?
- Kiepsko, ale to nic- uśmiechnął się co natychmiast sprawiło mu ból.
- Rozumiem. James, chyba wiesz po co do ciebie przyszedłem- powiedział zerkając na niego spod swoich okularó
- Wiem- mruknął, a jego przyjaciele wytężyli słuch.
- No więc słucham. Oczywiście jeśli obecność przyjaciół ci nie przeszkadza.
- Nie. I tak by się dowiedzieli- westchnął ciężko i z pomocą Syriusza oparł się na poduszkach, a jego oczy były wypełnione bólem.- Więc to było tak... Kiedy przyjechałem do domu zobaczyłem....zobaczyłem-zaczął, ale głos mu się załamał więc wziął głęboki wdech, odchrząknął i kontynuował, ale jego głos nadal drżał.-Zobaczyłem Mroczny Znak. Zaraz potem ktoś mnie oszołomił. Obudziłem się po paru godzinach. Od razu przybyli Śmierciożercy. Chcieli zdobyć informacje...
- Jakie informacje?- zmarszczył brwi Remus, ale James posłał dyrektorowi znaczące spojrzenie.
- Nie teraz panie Lupin- powiedział ten ostro.
- Umm...Przepraszam. Mów Rogacz.
- Ja nic im nie mówiłem więc zaczęli mnie torturować. Rzucali cruciatusem, klątwami, ale bo później dostali instrukcje od Voldemorta. Wzięli jednego z nich...chyba miał na nazwisko Murderns, w każdym razie tak na niego wołali... i zrobili z niego mojego sobowtóra- w tym momencie wszyscy oprócz dyrektora odwrócili wzrok.-Wysłali go na misję-przerwał patrząc na swoje dłonie.
- Co on właściwie miał robić? Bo chyba nie śledzić. Od razu wydałem ostrzeżenie do nauczycieli żeby mu nie ufali- zapytał Dumbledore korzystając z tego, że chłopak przerwał.
- Och nie..Nie-szepnął rozgoryczony.- Nie to było jego zadaniem. Przybył do Hogwartu zupełnie w innym celu... Miał za zdanie odwrócić ode mnie wszystkich przyjaciół i wujka, miał sprawić, że nikt by mi już nie zaufał nigdy. Poniżał wszystkich, pokazywał swoje oblicze w moim ciele, a później pokazywali mi jego wspomnienia. Wiedziałem, że są prawdziwe, ojciec nauczył mnie sztuki oklumencji i legilimencji oraz nauczył rozpoznawać. Widziałem wszystko co się dzieje w szkole. Dzięki temu miałem też pewność, że nikomu z was nic się nie stało, a to było dla mnie najważniejsze- westchnął po raz kolejny i zamknął na dłuższą chwilę oczy, więc nie widział jak jego przyjaciele wymieniają między sobą spojrzenia.
- Ale po co to robili? Przecież ty nie miałeś zbyt wielu informacji.
- Voldemortowi nie chodziło tylko o to. Z tego co oni mówili bardzo mu zależy na tym, bym do niego dołączył.
- Po co?!- pisnęła Lily.
- Nie mam pojęcia- wymamrotał i ponownie zamknął oczy, ale ich już nie otwierał.
- Dobrze. Jeszcze tylko jedno i będziesz mógł odpocząć. Jak uciekłeś?
Otworzył oczy i spojrzał na dyrektora. Zmarszczył lekko czoło jakby sam się nad tym zastanawiał.
- Zmotywowało mnie to, że choć ja i tak mam umrzeć to nie mogę pozwolić by komuś stała się krzywda oraz to, że Voldemort miał przybyć wieczorem. Jakimś cudem się pozbierałem. Oni chyba mieli wtedy jakieś spotkanie, bo był tylko jeden z nich. Ale byli dobrze przygotowani. Powaliłem go i zabrałem mu różdżkę, a później było gorzej. To było coś na miarę toru przeszkód. Sfinks, druzgotki, smok. Uciekłem. Zdołałem się deportować. A resztę już pan wie.
- Dobra robota James. Za twoje męstwo Gryffindor otrzymuje 200 punktów. Jak już się lepiej poczujesz, to wiesz co robić. A teraz odpoczywaj. Do widzenia.
- Do widzenia.
Jego powieki opadły i wykończony zapadł w głęboki, niespokojny sen. W koszmarach powracały twarze jego rodziców i sceny jak umierają. Po jego policzku potoczyła się nieświadomie łza.



- Jesteśmy świniami! Cholernymi idiotami!- krzyknął Łapa, kiedy Huncwoci wieczorem siedzieli w dormitorium.
- Syriuszu.... Uspokój się. Przezywając się i nas nie pomożesz. To, czy Rogacz nam wybaczy jest jego wyborem- powiedział zmartwiony Lunatyk.
- I ja śmiem o nim myśleć jako o bracie! Nie zasługujemy na niego! On mógł umrzeć, ale myślał o tym, żeby nam się nic nie stało! Jesteśmy egoistami!
- A składaliśmy przecież kiedyś przysięgę. On jako jedyny jej nie złamał- dodał Glizdogon z rozżaloną miną.
- No właśnie! Cholera!


- Lucjuszu. Świetny pomysł. Wiedz, że Lord Voldemort jest zadowolony.- wysyczał Tom Riddle.
- Panie. Jeszcze tylko trochę. Wkrótce Potter wkroczy na kolejne spotkanie i wtedy się sprawdzi.
- Nikt o tym nie wie? Dumbledore nic nie podejrzewa?
- Nic.
Śmiech jaki się potoczył po starym, ciemnym cmentarzu sprawił, że wszystkie ptaki śpiące na drzewach poderwały się ze strachem. Tak. Czarny Pan ma przewagę nad Jamesem Potterem! I wkrótce wszyscy się o tym przekonają!
******************************************************************************
Hej :)
Tak sterczałam chyba z pół godziny nad klawiaturą nie wiedząc co napisać. Jednak coś mi się udało napisać. Mam nadzieję, że wybaczycie mi smętność tego rozdziału :/
Powiem jeszcze tylko, że narysuję Lily :) Niedługo wstawię rysunek ;)
Pozdrawiam,
Wasza Rogaczka.

W następnym rozdziale:
- o co chodzi w planie Lucjusza Malfoya
- James szczerze rozmawia z przyjaciółmi
- jak Rogacz poradzi sobie ze stratą rodziców




środa, 30 marca 2016

PROROK CODZIENNY

Mam przyjemność poinformować Was, że stworzyłam drugiego bloga. Swoją własną historię :)
Serdecznie zapraszam! :)
Link ---> http://historia-zgranej-paczki.blogspot.com/

środa, 23 marca 2016

9. Tor przeszkód.

Dlaczego jego życie się tak komplikuje? On nie ma czasu. Musi uciekać. Musi ratować przyjaciół od tego potwora-sobowtóra. Co z tego, że oni już go opuścili. On nie jest taki. Nigdy, przenigdy nie odwróci się od przyjaciół choćby musiał odczuwać ten piekielny ból. Już w jego ucieczce nie chodziło o dumę, czy przeżycie. On wiedział, że musi umrzeć. Pogodził się z tym. Nie pozwoli jednak zabić jego przyjaciół. Mimo iż go bolała ich zdrada. Nie jest taki. Nadal myśli o tym zawodzie w ich oczach. Jak mogli się nie domyśleć. Z drugiej strony miał wyrzuty sumienia. Bo czy to nie przez niego cierpią? Czy nie przez niego wisi nad nimi niebezpieczeństwo? Bo przecież wstąpił do Zakonu nawet nie zdając sobie sprawy, że tym może skazać ich na śmierć. I jeszcze ten Sfins! Co on tu robi? Przecież one żyją w Egipcie!
- Jedyna droga do celu twego przebiega przez miejsce stróżu mego. Jeśli życie chcesz oszczędzić to radzę Ci w drugą stronę pędzić. Jeśli jednak nie masz czasu i nie chcesz ulec zgubie przez stworzenia tego lasu, radzę odpowiedzieć na moją zagadkę. Nie będzie ona zbyt zawiła, bo by w twoim umyśle się spowiła zgubna dla ciebie droga.
- Daj zagadkę! Nie mam czasu!- krzyknął z rozpaczą.
- A więc słuchaj. Odpowiedzią jest osoba, która nie jest pewna. Zawsze udaje wieczną i niezniszczalną. Jest ośrodkiem zaufania i twojego wsparcia. Jednak gdy jej najbardziej potrzebujesz wbija ci nóż w plecy. Osoba wieczna, ale do czasu.
Przed oczami przebłysły mu wydarzenia z ostatnich dwóch dni. W jego oczach zabłysły łzy.
- Przyjaciel- szepnął.
- Tak- mruknął nie zadowolony Sfinks i usunął się z drogi.
Przeszedł tajemniczą bramę. Znalazł się na zielonej polanie leśnej, na której nie było nic oprócz trawy. Usiadł na nienaturalnie równej murawie, by obmyślić jakiś plan.
Jednak przerwał mu niewyobrażalny ból ramienia. Czuł się jakby włożył rękę do ognia. Zszokowany spojrzał na ramię i z przerażeniem stwierdził, że ma poparzoną do krwi skórę. Zerknął w bok, by zobaczyć co wywołało to oparzenie. Zamarł ze strachu. Kilkanaście metrów od niego stał wielki Chiński Ogniomiot.
Szybko zerwał się i popędził najszybciej jak potrafił w stronę lasu, ale w przeciwną stronę niż przyszedł. Jakimś cudem, chyba życie zawdzięcza zaskoczeniu smoka, udało mu się dobiec do celu. Poczuł tylko jeszcze liźnięcie ogniem po nodze, ale Ogniomiot nie ruszył za nim.
Przebiegł krótki fragment boru i napotkał jezioro. Z ulgą uklęknął na jego brzegu i zanurzył rękę, by się napić. Jednak jego los okazał się nie zbyt łaskawy dla niego. Już chwilę po zetknięciu ręki z wodą, na nadgarstku zacisnęły mu się patyczkowate palce. Westchnął ze znużeniem. Nie czuł już ciała z bólu, a jego dusza wcale nie miała się lepiej. Pragnął tylko umrzeć. To byłaby jedyna ulga. Bo nawet jak uda mu się jakoś dotrzeć do Hogwartu, to czy będzie potrafił spojrzeć przyjaciołom w oczy? Czy im wybaczy tą chwilę zawahania?
Otępiale chwycił za różdżkę i uwolnił się od druzgotka. Wstał i niemal natychmiast usiadł czując brak siły. Co prawda umiał się teleportować, bo z resztą Huncwotów opanowali tą sztukę już pod koniec piątej klasy, ale nie był pewny czy da radę aportować się nie tracąc przy tym ręki. Ale czy ma już cokolwiek do stracenia? Nie. Tak więc chwycił mocno różdżkę i okręcił się w miejscu skupiając się na celu. Chcę do Hogwartu, chcę do Hogwartu...* I ku jego uciesze i zdziwieniu poczuł pochłaniającą go ciemność. Udało się!


- Albusie! Niby w jaki sposób udowodnić, że Potter to nie Potter! Gdyby istniało jakieś zaklęcie, albo eliksir na prawdę!* Ale nie ma! Nie pomoże tu legilimencja. Jeśli to śmierciożerca to jestem przekonana, że ma opanowaną oklumencję do perfekcji!
Wszyscy członkowie Zakonu Feniksa siedzieli właśnie od dwóch godzin na kolejnym spotkaniu.
- Minerwo. Ja doskonale wiem o co chodzi. Nie możemy jednak na razie nic więcej zrobić. Chodźmy lepiej wszyscy na obiad. Później zajmiemy się wzmocnieniem ochrony zamku w razie czego. A co do Jamesa prawdziwego to nie ma żadnych śladów. Powinniśmy mieć jednak nadzieję, że nasze przypuszczenia są słuszne- westchnął i z całym Zakonem Udali się do Wielkiej Sali.
Po wejściu od razu zorientowali się, że coś jest nie tak. I mieli rację. Na środku stał "James Potter" z połową domu Węża  i wszyscy celowali w grupkę Gryfonów. W Syriusza, Remusa, Petera, Lily, Kate, Dorcas i Ann. Mieli okropne uśmiechy na twarzach. Pozostali uczniowie wraz z resztą grona pedagogicznego zostali przytwierdzeni do krzeseł z zawiązanymi rękoma i zakneblowanymi ustami. Dumbledore szybko uwolnil wszystkich machnięciem ręki i podszedł do grupy, która stopniowo zaczęła się zmniejszać aż został tylko fałszywy James z zawiązanymi Gryfonami. Widząc dyrektora pociągnął Lily za włosy i przyłożył jej różdżkę do gardła.
- Nie róbcie nic, albo stanie się jej krzywda- warknął groźnie, na co dyrektor się zatrzymał.
- Och to by było nie rozsądne. Przy tylu świadkach?- powiedział spokojnie.
- W dupie mam Azkaban. Chcesz się przekonać? To patrz. Avada...- zaczął, ale nie zdążył bo nagle prawdziwy James Potter zmaterializował się na jego plecach powalając go na ziemię.
Rozejrzał się zmęczonym wzrokiem po wszystkich i powiedział lekkim tonem:
- Przegapiłem coś?- zaśmiał się, lecz zaraz zaczął kaszleć krwawy kaszlem.
- Alastorze! Wezwij szybko uzdrowicieli! Marku ty powiadom Ministerstwo Magii. Pani Pomfrey proszę szybko przetransportować pana Pottera do Skrzydła Szpitalnego. A pan, panie... jeszcze nie wiem kto, ale eliksir wielosokowy wkrótce przestanie działać, to się dowiem.... zapraszam do gabinetu.
Każdy zrobił tak jak kazał. Po chwili Gryfoni byli wolni, śmierciożerca związany, a James Potter ratowany przez uzdrowicieli w Skrzydle Szpitalnym.
Paczka przyjaciół popatrzyła po sobie zakłopotanym wzrokiem.
- Czy wy też.... pomyśleliście...no wiecie...że to prawdziwy James? - zapytał zakłopotany Syriusz.
Reszta tylko potwierdziła skinieniem głowy.
- On... On nam zawsze pomagał... A my...
- A my go zdradziliśmy - szepnął Remus.
- Myślicie, że nam wybaczy?- zapytała Lily.
- On? On wybaczyłby nam nawet jakbyśmy chcieli go zabić. Jest prawdziwym przyjacielem- stwierdził Łapa wpatrując się w podłogę.
- Zawiedliśmy- mruknął Peter.


- Wy głupcy! Nawet jednej misji nie można wam powierzyć! Jak mógł uciec? Wydostać się z domu, a później przejść nasze przeszkody!! Zapłacicie za to! - wysyczał Czarny Pan patrząc z pogardą i złością na śmierciożerców.
- Panie... Jemu nie do końca pozwoliliśmy mu uciec- powiedział Lucjusz Malfoy z szaleńczym uśmiechem.
Lord Voldemort przeniknął przez jego myśli i uśmiechnął się szyderczo.
- Przynajmniej nie do końca spapraliście robotę. Jeśli teraz przepuścicie tą okazję... Nie będę już taki łaskawy...- zaśmiał się złowrogo wywołując dreszcze u swych sług.
****************************************************************************
* Wiem, że nie można aportować się do Hogwartu, ale zmieniłam to na potrzebę mojego opowiadania.
** W moim opowiadaniu nie wynaleźli jeszcze Veritaserum.

Hej :)
Mam nadzieję, że rozdział się podoba i nie jest tak smętny jak mi się wydaje.
Wpadłam na taki pomysł, że może chcielibyście, żebym narysowała Lily. Co wy na to? Piszcie w komentarzach! :)
Pozdrawiam,
Rogaczka.

sobota, 19 marca 2016

8. Rozczarowania czas.

...Wrota do sali otwarły się z hukiem i stanął w nich Rogacz z kpiącym uśmiechem na twarzy. Rozejrzał się z wyższością po sali udając zdziwienie.
- No co? Nie widzieliście nigdy takiego przystojniaka co?- zarechotał.
Ale nikt mu nie odpowiedział. Każdy był w zbyt dużym szoku.
Ten tylko jeszcze raz roześmiał się z ich min i podszedł do stołu Gryfonów. Patrzył na nich z obrzydzeniem, które jednak szybko zamaskował pamiętając o swoim zadaniu. Usiadł obok "swojej" paczki i wyszczerzył do nich zęby.
- No hej.
- Heeej?- zapytał Syriusz.
- No wiesz. To takie słowo na przywitanie tępaku.
- Ej! Nie no rozumiem. Hej. Co ty tu robisz?- oburzył się Łapa.
- No nie wiem. Pewnie się tu uczę. A co można robić w szkole?- powiedział z ironią.
- No, bo wiesz... My wszyscy myśleliśmy, że ty...bo twoi rodzice zabici...ciebie nie było...- zaczęła się tłumaczyć czerwona Dorcas.
- I?
- Myśleliśmy, że zostałeś porwany!
- Co? Hahahaha!- zaczął się śmiać, ale jego oczy pozostały chłodne.
- To twoi rodzice żyją?- zdumiał się Remus.
- Nie- odpowiedział z obrzydliwym uśmiechem.

- Tak nam przykro James- szepnęła Lily.
- Czemu wam przykro? Nie będę płakać przecież po zdrajcach krwi- zdziwił się nie świadom ciszy na sali, która nadal trwała od jego przybycia, a teraz zamieniła się wręcz w grobową.
Przyjaciele wytrzeszczyli na niego oczy. Nie mogli zrozumieć jego zachowania. Przecież nigdy taki nie był. Zawsze mimo wszystko kochał swoich rodziców. A przede wszystkim nigdy nie oceniał w ten sposób żadnego człowieka. Określenie "zdrajca krwi" było oblegą godną Ślizgona, a nie Jamesa Pottera, odważnego Gryfona.
- Co ty mówisz?- zdenerwowała się Lily.
Dziewczyna spodziewała się tego po wszystkich, ale nie po przyjacielu. Choć tak naprawdę jeden raz się zawiodła...
- Mówię, że nie ma co żałować takich jak oni, bo kto się zadaje ze szlamami?- zaśmiał się okrutnie- O nie... Przecież ja też się z nimi zadaję... O zgrozo- wydawał się być przerażony tą myślą.
- Nie! Stary, teraz to przesadziłeś!- zdenerwował się Black i wstał z ławki celując w niego różdżką.
- Ja? Ja nigdy nie przesadzam. A ty wcale nie jesteś lepszy. Jak ja mogłem się zadawać ze szlamą, zdrajcą krwi, potworem, tłustym debilu, molem książkowym i dwoma pustymi laleczkami- otworzył szeroko oczy jakby do niego dotarła bardzo ważna rzecz.
- Ty...cholerny idioto!- wykrzyknął Syriusz, bo reszta nie była w stanie zareagować jakkolwiek.
- Spójrz lepiej na siebie. Mogłeś mieć tak wiele. Mogłeś mieć łaskę Czarnego Pana. Mogłeś mu godnie służyć. Ale nie... Ty wolisz szlamy. Czeka cię śmierć. prędzej czy później. Zostaniesz zabity jak jakaś zwykła szlama czy mugol. Przemyśl sobie jeszcze wszystko. Tylko nie jestem pewny czy Czarny Pan cię przyjmie z otwartymi ramionami. Wątpię- wzruszył ramionami.
- Jim! Dobrze, że jesteś!!!- usłyszeli krzyk dziewczyny, która właśnie do niego biegła.
Była nikim innym jak Cellisą Bartneys
- O tak. Cześć Cel. Chodźmy już lepiej, bo pobrudzę się szlamem- uśmiechnął się szeroko i teatralnie wzdrygnął, po czym oboje wyszli z sali.

- Minerwo. Na razie nie zbliżajmy Jamesa do Zakonu. Musimy wszystko wyjaśnić. Nie pasuje mi to.
- Mi też Albusie- westchnęła nauczycielka.- Zauważyłeś, że nie ma pierścienia?
- Tak. Mam pewne podejrzenie, że to pułapka.
- Ale jaka?
- Nie wiem- powiedział zrezygnowany dyrektor oddając się rozmyślaniom.

Ciemność. To jedyne co widział. Ból. To jedyne co czuł. Ciało. Odmówiło współpracy. Serce. Złamana na pół boleśnie krwawi. Dusza. Niespokojna o los najbliższych. Sumienie. Nie daje spokoju. Duma. Poniżona leży w kącie. Złość. Z każdą chwilą wzrasta. Życie. Wisi na włosku. Śmierć. Stoi tuż za nim.
Śmierciożercy postanowili mu utrudnić życie i pokazali wspomnienia jego fałszywej podobizny. Widział jak Syriusz we wszystko uwierzył. Jak on mógł chociaż pomyśleć, że on kiedykolwiek by coś takiego powiedział. Przecież są braćmi. Ale jednak. Zabolało. Widział jak Lily patrzy na niego ze wstrętem w oczach. Była taka smutna i rozczarowana. Zabolało. Każdy jego znajomy, wróg, nauczyciel czy nawet przyjaciel uwierzył w prawdziwość tego parszywego śmierciożercy, który niby był nim. Zabolało. Bardziej niż najgorsza klątwa jaką tu oberwał.
Czy już nigdy nie zobaczy zaufania u jego przyjaciół? Czy już nigdy w ogóle ich nie zobaczy?
Nie. James Potter nie bał się śmierci. Co to, to nie. Miał jeszcze trochę dumy. Bał się jedynie tego, że nie będzie mógł ochronić bliskich.
A jego rodzice...
Starał się o tym nie myśleć. Nie chciał dać się złamać. Nie może teraz płakać. Nie może być słaby. Musi ich pomścić.
Tylko jak może kogokolwiek pomścić leżąc na posadzce w jakimś lochu. Choć nie był związany nie miał siły się podnieść. Nie.
Przecież miał się nie poddawać.
Musi coś wymyślić.
Otworzył oczy i spojrzał w kierunku drzwi. Zerwał się na równe nogi ignorując ból i wyczerpanie. Drzwi były niedomknięte. Przez szparę do pomieszczenia przedarła się cieniutka łuna światła.
Podszedł ostrożnie i działając bez planu pociągnął delikatnie za klamkę powiększając szparkę o kilka cali. Zauważył, że za drzwiami rozciąga się oświetlony pochodniami korytarz na którym stał tyłem do niego śmierciożerca. Na końcu korytarza były schody prowadzące ku górze.
Nie mając nic do stracenia, otworzył cicho drzwi i zaatakował od tyłu strażnika. Ten niczego się nie spodziewając, nie zdążył nawet podnieść różdżki. Gdy James przygwoździł go do podłogi wypuścił ją. Jednym zwinnym ruchem chłopak podniósł ją i wycelował w czarną postać.
- Drętwota!- czerwony promień strzelił i strażnik znieruchomiał.
Szybko wbiegł po schodach i dotarł do wrot. Pchnął je i ze zdumieniem rozejrzał się wokół. Stał przed ogromnym domem w jakimś lesie. Żadnych strażników.
Postanowił nie tracić czasu i pobiegł przez las.
Z każdą minutą las gęstniał. Nie miał pojęcia gdzie jest. Biegł ile sił przed pół godziny. Nie miał pojęcia jak się mu udało ignorować ból, ale gdy wreszcie się zatrzymał padł na ziemię. Leżał tak kilka minut, aż spostrzegł, że ktoś mu się przygląda.
Przerażony szybko wstał i ściskając różdżkę śmierciożercy spojrzał na postać.
Nie, nie, nie. To nie była osoba. To był lew z głową kobiety strzegący jakiejś bramy.
Drogę zagrodził mu krwiożerczy sfinks.
********************************************************************************************************
Hej :)
Mam nadzieję, że nie wyszło aż tak tragicznie jak podejrzewałam.
Powiem tylko, że postanowiłam się spiąć i dodawać post w każdą sobotę późnym wieczorem :)
Tylko po za następną notką, którą nie wiem kiedy wstawię, bo nie będę miała zbytnio czasu.
Powtórzę swoją prośbę: Komentujcie!
Pozdrawiam,
wasza Rogaczka :)

W następnym rozdziale:
- problemy z fałszywym Jamesem Potterem
- "tor przeszkód"
- i co się dzieje w szeregach Czarnego Pana